19.09.2011

Nie rozdzielaj

Dedykowane Demonowi.


Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela.
Ewangelia Mk 10,2–16



Pokój tonął w słońcu. Światło tańczyło w rozgrzebanej pościeli. Wyłuskiwało kurz rezydujący na szafce stojącej przy łóżku, delikatnie dotykało grzbietów książek ustawionych ciasno na licznych półkach. Zza zamkniętych drzwi słychać było szmery rozmowy prowadzonej przez kilka osób. Głosy wzrastały i opadały, co wskazywało, że dyskusja dotyczyła spornej sprawy.
Po korytarzu przebiegł kot, goniąc podskakującą i dzwoniącą piłeczkę. Dźwięk dzwoneczka irytował, drażnił, wgryzał się denerwująco w umysł Samanthy. Dziewczynka siedziała skulona w kącie. Miała potargane włosy oraz bose stopy. Ubrana była w koszulę nocną, którą dostała od babci w zeszłym miesiącu. Na brodzie dziecka zaschnięta ślina stworzyła osobliwe wzory, podobne do tych, które niewprawną rączką namalowała na ścianach mała Sammie. On był z niej dumny, ale rodzice krzyczeli. Krzyczeli długo, mama płakała, tata wszystko zamalował, znowu przyszli panowie – jeden ubrany na biało, drugi na czarno.

Śmiał się z obu. Bawili go do łez. Byli żałośni jak ich metody. Xanax powodował, że śpiewał w jej głowie głośno i wyraźnie, porywał ją do tańca. Fenactil sprawiał mu ból, ale on pragnął cierpieć, więc lubił też i ten lek. Mianserin prowokował go do zwierzeń, do plecenia nitek poezji, do monologów, które przyprawiały otoczenie o gęsią skórkę. Wiwatował na dźwięk psalmów. Gwizdał, gdy się modlili. Cofał się przed wodą święconą, żeby dać im złudne nadzieje.
Był Synem Piekła – Piekła Piekieł. Stulecia temu pretendował do Tronu, lecz odrzucił go przez kaprys. Ktoś taki miał prawo do wszelkich zachcianek – mógł zniszczyć świat z uśmiechem na ustach – by za chwilę – prawie szczerze go opłakiwać. Mógł mieć każdego, wybrał ją. Wołała go; od pierwszej sekundy swojej świadomości, niemal błagała, żeby po nią przyszedł, ale jego czas mijał inaczej. Mrugnął, a gdy otworzył oczy, Samantha straciła pierwsze sześć wiosen.
Uroczo – pomyślał. I zanim znów naszła go ochota na zamykanie powiek, tchnął się w jej małą, niewinną, a jednocześnie bardzo starą duszę.

Kot zesztywniał w połowie szusu. Opadł niezgrabnie na drewnianą podłogę, wygiął grzbiet, sycząc przeciągle. Zjeżył sierść, po czym uciekł do kuchni. Pod kredensem, w krainie kurzu i zamglonych wspomnień, na chwilę rozbłysły dwa żółte punkty – zaprzeczyły wszelkim zasadom i zgasły snem wiecznym. Żniwa wymagały ofiar. Ta nie była niewinna, ośmieliła się zakłócać spokój Tego, który Włada.
Twarz dziewczynki wykrzywiła się nienaturalnie, by po chwili rozluźnić się w wyrazie głębokiego relaksu. Znów mógł zasnąć. Zasnąć snem czujnym. Snem istoty, która wie. Bytu świadomego tak jak żaden inny na świecie. Tym świecie.
Nasłuchiwał uważnie, chłonął ich słowa – gniew, nienawiść, smutek, wzajemnie obwinianie się, przedwczesną żałobę i irracjonalną nadzieję. Karmili go. Regularnie i do syta. Jednocześnie odbierając swojej własnej córce ostatni cień szansy na normalność. Normalność, której się wyrzekła dla niego.

***

Samantha leżała w łóżku, blada i nieprzytomna, otumaniona lekami. Wyniszczali jej ciało, zatruwali duszę. Duszę, która od milionów wcieleń należała się Piekłu. Zaprzedano ją tylko raz,  za to wyjątkowo bezmyślnie. Można było tę spętaną energię uwolnić, uratować setki lat temu. Zagadka miała jedno z najprostszych rozwiązań. Tak proste, że nikt nigdy go nie wypróbował; być może z obawy, że zrobi z siebie głupca.
Dziewczynka jęknęła. Wybudziła się gwałtownie, usiadła i popatrzyła na własną matkę zimnym wzrokiem, mówiąc:
– Nie pozwalam, rozumiesz?! Jeśli to zrobisz, pożałujesz! Wiesz, że nie żartuję... mamo.

Kobieta załkała, pozwoliła łzom płynąć po policzkach. Zmuszała się, żeby patrzeć na swoje jedyne dziecko w takim stanie. Nie pomogli najlepsi lekarze. Najwybitniejsi egzorcyści załamywali ręce. On nie bał się niczego. Nie imały się go żadne metody ani rozwiązania.
Przemawiał głosem Samanthy, nadając mu zgrzytliwe, nieprzyjemne brzmienie. Złamane matczyne serce mogło go pokonać, mogło odebrać mu to wyjątkowe naczynie. Mogło, pod warunkiem pozbycia się dumy oraz pychy. Wymagało to jedynie wyparcia się ślepej wiary w to, że inni wiedzą lepiej. Zaczynało się tam, gdzie kończyła pewność, że każda opcja jest lepsza od tej.

***

Dzień po szóstych urodzinach (uczczonych w gronie rodziny i kilku koleżanek) Samantha zaczęła zachowywać się dziwnie. Przy śniadaniu zapatrzyła się w przestrzeń za oknem, by za chwilę zacząć śpiewać o końcu świata i apokalipsie. Za pierwszym razem rodzice zgodnie uznali, że żartuje albo bezmyślnie powtarza coś, co usłyszała w telewizji. Jednak z każdą chwilą było gorzej – po kilku godzinach wezwali lekarza rodzinnego. Ten jedynie wzruszył ramionami, doradzając wizytę w szpitalu z dobrym oddziałem dziecięcej neurologii.
Następnego dnia zawieźli ją do takiej placówki, całą drżącą, z sinymi ustami i jednocześnie wysoką gorączką. Po tygodniu dziewczynkę odesłano do kolejnego lekarza oraz następnego szpitala. Stan Samanthy wciąż się pogarszał – od totalnego odrętwienia po nieokiełznaną euforię.
Z czasem zmienił się tembr głosu dziewczynki, doszły kolejne objawy: zaburzenie rytmu dobowego, światłowstręt, agresja. Najbardziej przerażało jednak to, że wiedziała o rzeczach, o których żadna sześciolatka nie miała prawa wiedzieć – mówiła o nich bez ogródek, jakby wspominała o ulubionym misiu czy lalce. Nie płakała, nie skarżyła się, za to często uciekała ze swojego pokoju, tylko po to, żeby być przy śmierci innego pacjenta. Po trzecim takim przypadku pielęgniarki zaczęły się żegnać na jej widok, a lekarze badali ją tak rzadko, jak to było możliwe. Po kilku dniach ordynator zaproponował kontrowersyjne rozwiązanie – silne leki psychotropowe, w dużych dawkach. Ale one tylko tłumiły objawy. Wtedy matka Sammie – niegdyś zwyczajna pani domu – wypisała córeczkę na własne żądanie do domu i wezwała do niej księdza.

***

Czasami człowiek nie ma już nic do stracenia i nie mogąc znieść własnej bezsilności oraz beznadziei czekania, decyduje się postawić wszystko na jedną kartę. On wyczuł ten stan. Wiedział, co nastąpi dalej. Mógł walczyć, ale nawet Piekło i spuścizna samej Lilith, nie mogły wygrać z desperacją istoty ludzkiej. Człowieka, który właśnie klękał przy łóżku, wtulał twarz w koc i po cichu, na granicy słyszalności, zaczął szeptać:
– Zostaw ją, p...
Rozwiązywał kolejne supełki, przecinał nitki, niemal żegnał się i niemal odczuwał żal. Gdyby mógł kochać, pewnie wybrałby tę duszę, ale nie potrafił przeżywać emocji w taki sposób, więc sprawa była przesądzona. Jedno słowo miało odesłać go do domu, jak ironicznie nazywał Czeluść. Już prawie czuł zapach siarki, oddech smoków, ciepło Wulkanów Grzechu, gdy nagle Samantha krzyknęła swoim własnym, słodkim, dziecinnym głosikiem:
– Nie rób tego! On odejdzie! Nie rób! Nie rób!

Po jej bladej twarzyczce płynęły łzy. Kobieta urwała w pół słowa, podniosła się, następnie zszokowana odskoczyła do tyłu, by po chwili zrobić trzy kroki do przodu i porwać córkę w ramiona. Po raz pierwszy od dawna miała do czynienia z Sammie we własnej osobie. Wiedziała już, co trzeba zrobić, ale, zanim zdołała wykrztusić choć słowo, dziecinne rączki zacisnęły się kurczowo na jej włosach. Córka szarpała nią histerycznie, wrzeszcząc piskliwie, na co do pokoju wpadło trzech mężczyzn. Ksiądz zaczął się modlić, lekarz pobiegł po swoją torbę, a wymizerowany ojciec dopadł do rąk Samanthy, usiłując rozluźnić uścisk. Zamarł, widząc łzy.
– Nie zabierajcie mi go! Nie zabierajcie! – błagała.
– Zostaw ją, proszę – wykrztusiła kobieta.

W pokoju zapadła cisza przerywana tylko szmerem psalmu. Stara dusza nie zamierzała się jednak poddać. Ostatkiem sił chwyciła resztki jego obecności. Zareagował, warcząc cicho, po czym kazał jej odejść, ale dusze są przecież uparte. Szczególnie te, które pamiętają Początek Końca.
Ta była na swój sposób wyjątkowa. Widziała swoimi dawnymi oczami, oczami sprzed milionów żyć, jego narodziny. Znała to, czego nie wyjawiłby nikomu. On poczuł swoje imię i wiedział, że musi ulec – jedyna zasada, z którą nikt przed nim i nikt po nim nie wygrał. Nie miał wyboru.
Zabrał duszę tam, gdzie chciała być – do Piekła. Dał jej Piekło. Stał się jej Piekłem.

***

Samantha znów bawiła się na podwórku, korzystając ze słonecznego dnia. Nie pamiętała zbyt wiele ze swojej choroby, którą zdiagnozowano, jako ostre, nietypowe zapalenie opon mózgowych. Nie pamiętała również jego. Nie tęskniła.
Żyła bez duszy.
Śmiała się, cieszyła, smuciła, przewracała. Była. Nie miała marzeń, nie śniła, nie chciała i nie pragnęła. Nie było dla niej jutra, nie było dla niej nic – żadnej drogi, a mimo to istniała. Równie materialna, co naturalnie zmumifikowane, a przy tym przeczące wszelkim zasadom logiki, zwłoki kota tkwiące pod kuchennym kredensem.


0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.