24.11.2012

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - V



Wyciągnął swoje chude, zbyt długie ręce do przodu, wyprężył palce i zakwilił.
– Weź mnie... Weź, proszę... – szeptał błagalnie.

Jego szczupła, zielonkawa twarz wykrzywiła się grymasem smutku. Sine wargi drżały – niemal płakał – ale ona wciąż pozostawała niewzruszona. Nie odwróciła się, nie zaszczyciła go choćby spojrzeniem. Załkał. Trzęsąc się, usiłował dosięgnąć ją za wszelką cenę, ale łańcuch, oplatający patykowate nogi, nie pozwalał na nawet najmniejszy krok.

Musnął powietrze pieszczące wyniosłą sylwetkę dziewczyny i zamarł w połowie gestu. Poddał się, opuścił kościste ramiona, rezygnacja zgasiła blask przepastnych, czarnych oczu –uświadomił sobie bolesną prawdę. Poczuł, jak niewiele znaczy.

Wen zwykle przegrywa z szarą rzeczywistością.



Kolejny oddech: TOOMR - VI

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.