21.03.2014

Jak to sobie wyobrażasz


Chwilę po

W jednej z ulic podmiejskiej dzielnicy willowej rozległ się głośny krzyk dziecka, który urwany nagle, przyprawił przypadkowego przechodnia o gęsią skórkę. Dorosły, zazwyczaj nieulegający emocjom, mężczyzna pomyślał, że może to tylko jednorazowa sprawa, więc coś, w co nie warto się wtrącać, jeśli nie chce się mieć kłopotów.
Ten urzędnik – z nudnym, poukładanym życiem – mógłby się srodze zdziwić, gdyby wiedział, jak wielkich problemów udało mu się uniknąć tylko dzięki temu, że rodzice wychowali go na parszywego tchórza. Minął budynek, z którego dobiegł go niespodziewany hałas, po czym przyspieszył kroku, sam nie wiedząc, czemu właściwie zareagował tak panicznie. Podmuch wiatru, który załopotał połami znoszonej marynarki, wycisnął z jego zmęczonych oczu łzy i zmusił do przygięcia karku.
Przez moment mężczyzna sądził, że usłyszał w górze szelest liści, ale nigdzie blisko nie rosły tak wysokie drzewa, więc zganił sam siebie za irracjonalne wymysły. Czym prędzej potruchtał na przystanek autobusowy. Coś, czego nie chciał określać, pchało go do przodu, byle dalej od na pozór zwykłego domu.
Domu otynkowanego na biało, zwieńczonego klasycznym dachem i szczycącego się naprawdę dużymi oknami na parterze oraz piętrze. Otoczonego równo skoszonym trawnikiem, a także eleganckim ogrodzeniem z żeliwnych, ozdobnych prętów osadzonych w niskiej podmurówce.
Jedynym, co burzyło ten aż nazbyt uporządkowany układ, był usytuowany nieco w głębi, plastikowy, niebywale krzykliwy kolorystycznie fort z huśtawką, zjeżdżalnią, jak również niedużą piaskownicą. To, i oczywiście wcześniejszy krzyk wskazywało, że w rzeczonym domu mieszkało przynajmniej jedno dziecko.

Chwilę przed

To dziecko (śliczny niczym cherubinek pięciolatek o jasnych włosach i niebieskich oczach) moment temu wyginało się w spazmach, zakneblowane, zaplątane w pościeli, niemal sine na twarzy. Unieruchamiające jego ręce i nogi więzy wpijały się w delikatną skórę, zostawiając na niej brzydkie, czerwone ślady otarć. Ktoś zadał sobie wiele trudu, by uniemożliwić chłopcu ucieczkę lub nadmierne hałasowanie, które na pewno zwróciłoby uwagę najbliższych sąsiadów. Dzielnica nie należała do biednych i powszechnie akceptowana była tutaj wyłącznie szablonowa normalność. O tę właśnie walczyli rodzice ofiary.
Przed drzwiami prowadzącymi do dziecięcej sypialni cztery dorosłe osoby rozmawiały szeptem. Wyglądało to niemal jak narada przed bitwą. Skupieni, z twarzami ściągniętymi od powstrzymywanych emocji i dłońmi zaciskającymi się w pięści.
– Błagamy o pomoc – jęknęła słabo i niepewnie kobieta. – Wykorzystaliśmy już wszelkie konwencjonalne metody – szeptała coraz ciszej – i nic mu nie pomogło. – Załamała ręce, a po jej policzkach potoczyły się łzy. – Jest coraz gorzej – wyznała.
Na te słowa stojący tuż przy niej mężczyzna skinął zgodnie głową. Jego zmęczona, poszarzała twarz bezsprzecznie wyrażała desperację. Być może czuł się bezużyteczny, odkąd okazało się, że nijak nie potrafi ochronić własnej rodziny przed cierpieniem czy złem. Rodzicom towarzyszyli dwaj przedstawiciele kleru; obaj, choć zupełnie różni w kwestii motywacji, przypominali kruki żerujące na padlinie.
Młodszy popatrzył na rodziców ze współczuciem, starszy zlustrował małżeństwo z wyraźną wyższością. Księża, ubrani w skromne, czarne sutanny, sprawiali wrażenie duszpasterzy z lokalnej parafii. Nikt, niezainteresowany tematem, nie domyśliłby się, że siwiejący mężczyzna z lekko obwisłymi policzkami jest znakomitym specjalistą od spraw opętań. Jedynym takim w obrębie kilku sąsiadujących ze sobą województw. 
– Z kościelnych akt wynika, że nie wzięliście państwo ślubu kościelnego, dziecko nie jest ochrzczone, pan nie ma nawet bierzmowania – sucho podsumował egzorcysta.
Jego młodszy kolega po fachu głośno nabrał powietrze do płuc.
– Ojcze Jerzy – zaczął, ale przerwał mu zdecydowany gest zwierzchnika.
– Nie – warknął ze złością tamten. – Grzesznicy powinni zaakceptować swoje winy, a później je odpokutować! – upominał bezlitośnie, napawając się wstydem wypisanym na twarzach zrozpaczonych rodziców.  – Narazili siebie, czystość swoich nieśmiertelnych dusz, i najprawdopodobniej sami przywołali to, co teraz próbuje się wydostać, wykorzystując cielesną powłokę ich syna.
Zakasłał wymownie.
– O ile faktycznie mamy do czynienia z opętaniem, a nie chorobą psychiczną czy upośledzeniem – dodał, a jad czający się w jego słowach nie pozostawiał złudzeń co do intencji.
Im dłużej mówił, tym mocniej płakała kobieta i tym bardziej bladł ojciec poszkodowanego chłopca.
– Nawet jeśli biskup wyda zgodę na udzielenie sakramentów w takich okolicznościach, bez wiary, która wypełniałaby dom, bez pokory i szczerego żalu za wszystkie popełnione złe uczynki, diabeł wciąż będzie mógł was dręczyć – wyjaśnił na koniec chłodno i wprost.
Młodszy ksiądz coraz bardziej kulił ramiona, czerwony na twarzy, starał się nie patrzeć na rozżalonych rodziców. Odczuwał wstyd, sądził, że tego typu postawa i okrucieństwo nie przystoi sutannie ani święceniom. Bez względu na doświadczenie, nie tego oczekiwało się od Kościoła nawołującego do miłowania bliźniego. Kleryk uciszał wewnętrzny głos w swojej głowie, zauważający nieprzerwanie, że cała ta sprawa jest fascynująca. Zobaczyć zło, znaczyło spotkanie z zaprzeczeniem dobra. Stanowiło dowód, jakiego nikt nie miałby odwagi podważyć. Z zamyślenia wyrwał go drżący od złości, męski głos.
– Jeśli Bóg odmówi nam pomocy, to… – zaczął odważnie ojciec chłopca, ignorując przerażony jęk swojej małżonki oraz znamienne sapnięcie egzorcysty.
– Bóg nigdy nie odmawia, nawet tym najbardziej zbłąkanym owieczkom – uciął ksiądz Jerzy. – Proszę nas wpuścić do dziecka – wydał polecenie tonem na pozór obojętnym, choć zmarszczone kąciki oczu oraz wydęta do przodu warga świadczyły o hamowanej pogardzie i złości.
W tamtym momencie inicjatywę przejęła matka. Strząsnęła ramiona, wyszła do przodu, po czym nacisnąwszy na klamkę, oznajmiła niemal bez emocji:
– Andrzej nie dostał dziś leków, które zwykle mu podajemy, jest unieruchomiony i na wszelki wypadek także zakneblowany. Inaczej sąsiedzi nie daliby nam żyć – usprawiedliwiła się z wyraźnym zażenowaniem.
– Kurwa – szepnął mąż kobiety, a następnie szybkim krokiem wycofał się z wąskiego korytarzyka.
Zwyczajnie uciekł, zbyt przejęty wszystkim, co spadło na jego rodzinę. Oglądanie własnego dziecka w takim stanie przerastało możliwości człowieka nowoczesnego, powierzającego swoje życie oraz zdrowie nauce, technice i faktom. Żona namówiła go na sprowadzenie do domu przedstawicieli kościoła, więc w końcu jej uległ. Teraz gorąco tej zgody żałował. Nie panując nad nerwami, roztrzęsiony i sfrustrowany bezradnością, usiadł w ulubionym fotelu. Ze wzrokiem utkwionym na rozrzuconych wokół zabawkach Andrzejka, trwał w bezruchu. Czuł, jak rozpada się od środka. Ze wszystkich sił próbował nie wybiec z domu, gdy w dziecięcej sypialni rozległ się rozdzierający, zwierzęcy wrzask (ten krzyk, dokładnie ten), jakiś huk, po którym nastąpił stukot kroków, a następnie cisza.
Cisza była błogosławieństwem.

Wciąż zanim

Ojciec Jerzy wszedł do pokoju powoli, uważnie obserwując wszystkie znajdujące się w nim przedmioty. Asystujący mu dziś ojciec Szymon szurał powoli. Pozostawał w odległości pół kroku za jego plecami. Dobrze, rozumiał powagę sytuacji, znał swoje miejsce.  
Obaj spojrzeli na pokrzywdzone dziecko w tej samej chwili, starszy ksiądz skinął na matkę, by wyjęła knebel. Uczyniła to z wyraźnym wahaniem, niepewna i spięta. Materiałowy zwitek uniemożliwiał chłopcu wydawanie innych dźwięków niż przytłumione jęki. Egzorcysta dążył, co zrozumiałe i naturalne, do ewentualnej konfrontacji. Do takich sytuacji został wyszkolony, po to przygotowywał się latami, niejednokrotnie do upadłego walcząc o poranione przez zło dusze.
Oczy Andrzejka – tak ogromne na tle bladej twarzyczki –  wydawały się na przemian zamglone oraz przenikliwe i uważne. Gdyby nie więzy czy knebel, można by uznać, że klerycy przybyli, by zwyczajnie pomodlić się za chore dziecko. To jednak nie była prosta duszpasterska wizyta. Ojciec Jerzy niemal od razu rozpoznał czyhające zagrożenie.
W całym pomieszczeniu dawało się wyczuć tę dziwną, niezdrową aurę. Jej apogeum zostało osiągnięte, gdy kilkulatek zaczął wrzeszczeć. Krzyk przypominał warkot zwierzęcia tak przerażonego i złamanego bólem, że na chwilę wszyscy zamarli, a potem wszystko potoczyło się jak na przyspieszonym filmie.
Matka z powrotem wepchnęła w usta chłopca knebel, szamocząc się z nim i płacząc jednocześnie. Nagły podmuch wiatru uchylił okno w pokoju, jednocześnie zatrzasnąwszy drzwi, ojciec Szymon odruchowo przeżegnał się i zaczął cichą modlitwę, natomiast ksiądz Jerzy stał jak skamieniały. Wpatrywał się w cień rosnący na ścianie. Cień, który nie miał prawa pojawić się na czystej, beżowej powierzchni. Cień, który rozczapierzał – nad nagle zbyt spokojnym – dzieckiem chciwe palce i zdawał się rozkładać skrzydła. Jedną parę, potem drugą i kolejną.

Już, teraz

To z pewnością nie były minuty, a najwyżej sekundy.
Ułamki momentów.
Fragmenty pourywanej rzeczywistości, zupełnie niewyobrażalnej.
Matka, blada i zdesperowana, drżącą dłonią kneblująca własnego syna, ojciec tego samego dziecka, czekający piętro niżej, pozbawiony nadziei. Obok młody ksiądz niecierpliwy oraz ciekawy i oczywiście wykwalifikowany egzorcysta – przepełniony pychą – tępo zapatrzony w przejaw czegoś, co można było uznać za manifestację zła.
Oto obrazek, oto początek.
Kiedy cień wypłynął ze ściany, przyjął postać uskrzydlonej wojowniczki, ubranej w ubrudzoną krwią kolczugę, skórzane spodnie z długim sztyletem kołyszącym się na szerokim pasie i wysokie buty. Dziecko nagle wykręciło głowę pod przerażającym kątem. W pełni skupiło się na intruzie, z którego pojawieniem się, pokój utonął w nienaturalnej ciszy. Ten brak dźwięków zdawał się odbierać wszystkim wolę do działania, wirował wokół nieproszonego gościa. Przełamywał liniowość czasu.
Delikatne skinięcie głową, bez wątpienia przywitanie ze skrępowanym chłopcem, spowodowało, że brązowe włosy odsłoniły delikatną twarz młodej dziewczyny, która wylądowała z wdziękiem na błękitnej wykładzinie, bezgłośnie składając pierzaste skrzydła. Była w tych tanecznych ruchach podobna do Piotrusia Pana. Gdyby w tamtej chwili wspięła się na komodę, stojącą obok łóżka, i zapiała jak kogut, po czym osypała wszystkich pyłkiem, sytuacja nie byłaby ani trochę bardziej groteskowa.
Andrzejek szarpnął się w swoich więzach, wlepiwszy bystre spojrzenie niebieskich oczu wprost w postać, o której mógł dotąd słyszeć w bajkach lub telewizji. Ta ułożyła palec na ustach. Uniesiony w półuśmiechu lewy kącik ust, nadał jej lekko figlarnego wyrazu. Jakby nie słyszała nierównych z przejęcia oddechów ludzi, nie interesowała się ich lękami czy obawami.
Anielica, bo czymże innym mogła być, choć poruszyła się energicznie, nie wydała żadnego dźwięku. Wyciągnęła dłoń, dwoma palcami wskazując na zdezorientowaną matkę chłopca. Delikatnym ruchem nadgarstka, wprawiwszy powietrze w ruch, popchnęła kobietę w kierunku młodszego księdza, by następnie cichym, stanowczym głosem (przełamała ciszę słowami) wydać polecenie:
– Usiądź z nią pod ścianą, trzymaj mocno i nie pozwól jej mi przeszkadzać. – Szymon z wahaniem skinął głową, bezwstydnie gapiąc się na skrzydlatą dziewczynę, która odwzajemniła ciekawskie spojrzenie.
Przechyliła głowę na bok, w charakterystyczny, nieco ptasi sposób.
– Jeśli masz dość sił, możesz się modlić – dodała, a następnie wymownie popatrzyła pod ścianę. – Idź z nim, kochana, no już – ponagliła.
Odwróciła się do nich plecami. Gdyby znaleźli w sobie dość odwagi, mogli podziwiać misterne ułożenie piór na skrzydłach, silne mięśnie pleców oraz ostre kąty łopatek. Metalowa sieć, okrywająca szczupłe ciało od ramion do połowy ud, spleciona była z drobnych oczek koloru miedzi. Kunsztem imponowały ozdobne sploty krawędzi krótkiego kołnierza spinanego na karku czy delikatne wykończenia otworu wokół nasady ogromnych skrzydeł. Sama anielica wydawała się natomiast jednocześnie zupełnie krucha oraz niezłomna. Jakiekolwiek niosła słowa, cokolwiek miała tu wykonać, emanowała niezwykłą energią. Nadludzką lub raczej nieludzką mocą. Kiedy odezwała się ponownie, tym razem jej głos zabrzmiał chrypliwie, z wyraźną agresją:
– A ty, faryzeuszu, nawet nie sądź, że zdołasz mnie dotknąć swoim ohydnym palcem.
Ojciec Jerzy uniósł dłonie w obronnym, pełnym fałszywej skruchy, geście, ale ona tylko splunęła w jego stronę, po czym pstryknęła palcami, a stary ksiądz upadł nieprzytomny na dywan.
Pozostała dwójka nie śmiała się ruszyć z wyznaczonego miejsca, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Oddychał, więc przypuszczali, że wciąż żył.
– Ego zostaw tym, którzy się na nim znają – prychnęła anielica pod nosem, a następnie całą swoją uwagę skupiła już tylko na dziecku.
– Przykro mi, że tak musi być – szepnęła. – Czasami nie ma innej możliwości. – Jej głos załamał się, gdy dumnie uniosła podbródek. Powietrze zapachniało jaśminem.
Szymon modlił się żarliwie, mocno tuląc do siebie obcą kobietę, która w jego uścisku przypominała raczej szmacianą lalkę niż człowieka. Beznamiętnie patrzyła przed siebie. Ksiądz przypuszczał, że mimowolnie obserwuje działania niebiańskiej wysłanniczki. On sam z ledwością był w stanie oderwać od niej wzrok.
Rozkładając skrzydła na tyle, na ile pozwalała na to wolna przestrzeń w niewielkiej sypialni, przysiadła na brzegu łóżka. Kolczuga zostawiła na jasnej pościeli brzydkie plamy, ale anielica zupełnie to zignorowała. Pochyliła się nad klatką piersiową Andrzeja, dmuchnęła delikatnie na jego odsłonięte gardło. Nie próbowała go w żaden sposób uwolnić, tylko metodycznie odprawiała rytuał. Wydychała na dziecko ciepłe powietrze, przesuwając palcami po bladej buzi. Po chwili zmusiła chłopca, by zamknął oczy. Może przeszkadzało jej to, jak bardzo się w nią wpatrywał?
W tle słychać było mamrotane modlitwy, powtarzane z pamięci, wzmacniające już nawiązane połączenie. Myśli młodego kapłana krążyły natrętnie wciąż wokół jednego. Jeśli anioł przybył tej biednej duszy na pomoc, musiało to być coś, co wykraczało poza ramy wszelkich reguł. Gdyby tylko wiedział… Jego słaby, ludzki umysł nie był w stanie uciec od prawdy, że wiara poparta dowodem, przewartościowuje się, bezpowrotnie tracąc pierwotny sens.
– Wychodź – burknęła nagle anielica. – Po raz pierwszy, gdy się poruszyła, metal brzęknął. – Rozkazuję ci, wychodź! – warknęła.
Umęczone, szczupłe ciało pięciolatka szarpnęło się i wygięło w jej stronę. Na bladej skroni pulsowała cienka żyłka, po policzkach zaczęły spływać łzy zmieszane z potem. Błękitne oczy rozszerzyły się, rozpulchnione źrenice prawie przykryły tęczówki. Cokolwiek zamieszkało w tym młodym człowieku, było wyraźnie bliżej rzeczywistości niż parę minut temu.
Z dołu dobiegł ich krzyk, poprzedzający huk upadku na podłogę. Najwyraźniej ojciec chłopca, zaniepokojony wydarzeniami na piętrze, podjął próbę interwencji. Mimo to, ksiądz nie spodziewał się, by ktokolwiek był w stanie przekroczyć próg pokoju bez pozwolenia ich niespodziewanego gościa, a całkowicie skupiona na Andrzeju anielica, nawet nie odwróciła głowy. Ułożyła dłonie płasko na obojczykach chłopca. Koniuszkami palców dotykała spoconej, rozpalonej skóry, która była doskonale widoczna nad kołnierzykiem flanelowej piżamy. Jej twarz o dziecinnych, łagodnych rysach, wykrzywiła się z wysiłku oraz frustracji.
– No, już – wymamrotała, a w pomieszczeniu rozszedł się obrzydliwy smród moczu. Pojedyncze krople już przesiąkały przez pościel i materac, kapiąc na podłogę. Andrzej wyginał się coraz bardziej, aż trzeszczały jego obojczyki oraz kręgosłup. Musiał być na granicy wytrzymałości, skoro zsikał się pod siebie. Egzorcyzmy czasem bolały lub wyczerpywały ofiarę, ale w przypadku opętań dzieci, zalecało się wyczucie. Tak nie mogło to dalej wyglądać.
– Może… – zaczął niepewnie ksiądz Szymon, nie wiedząc, co powiedzieć.
Chciał zaprotestować, wyjaśnić, że organizm kilkulatka nie wytrzyma takiego obciążenia i tempa. Zanim kleryk zebrał myśli, by dokończyć zdanie, jego gardło zacisnęło się tak mocno, że z ledwością oddychał. Natychmiast przyswoił lekcję. Nie życzyła sobie jego interwencji. To, że śmiał jej przeszkadzać, bardzo zirytowało anielicę i dawała mu do zrozumienia, że jeśli spróbuje tego jeszcze raz, pożałuje. Nie odezwała się do niego, nie odwróciła, ale wszystko to do niego dotarło i tak. Rozepchnęło się w umyśle mężczyzny, sprawiło, że poczuł się śmiesznie mały wobec potęgi skrzydlatej dziewczyny. Był upierdliwym ziarenkiem piasku, grudką brudnej ziemi w porównaniu do potęgi Światła, które w sobie niosła.  
Jej głos przypominał wiatr w czasie burzy:
– Nie mam czasu, ty piekielny pomiocie! – Potrząsnęła wątłym ramieniem chłopca. – Nie każ mi używać imienia, pożałujesz tego, dobrze wiesz – groziła nie wiadomo komu.
Dziecko wydawało się zupełnie nieświadome tego, że wisi nad nim rozwścieczony, zniecierpliwiony anioł. Blondwłosa główka opadła do tyłu jak u pozbawionej sznurków teatralnej kukiełki.
Z chwili na chwilę sytuacja stawała się coraz bardziej dziwaczna i straszna, w powietrzu unosił się odór uryny zmieszany ze słodkawym zapachem jaśminu, wszystkiemu towarzyszyły ciche trzaski przypominające wyładowania elektryczne.
– Pierdolony sukinsynu, wyłaź, ale już! – Grzmotnęła pięścią obok głowy Andrzeja, a dźwięk, jaki temu towarzyszył, nie pozostawiał wątpliwości co do tego, czy łóżko wytrzymało ten cios.
Ojciec Szymon jęknął pod nosem, a dotąd nieobecna duchem matka niepewnie szarpnęła się w kierunku syna. Jednak wciąż wydawała się wyzuta z jakichkolwiek naturalnych odruchów. Jakby nie tyle nie chciała działać, co nie była w stanie tego zrobić. Jeśli tak miało wyglądać wstawiennictwo Pana, to…
– KEF!!! –  w końcu wrzasnęła anielica.
Skoro padło imię, demon był stracony.
W jakimś sensie stwarzała go na nowo, rozszarpując duszę Andrzeja na strzępy. Nie zważała jednak na koszty, liczył się cel. Tylko to i nic więcej. Kolczuga pobrzękiwała miarowo od energii, która falami pulsowała wzdłuż ścian pokoju, wybrzuszała jasną farbę, powodowała gęsią skórkę, a nawet strąciła z półek zakurzone zabawki. Chłopiec, dotąd wygięty w paskudnej, nienaturalnej pozycji, opadł miękko w pościel.
 Anielica rozczapierzyła szeroko palce, przymknąwszy błyszczące nienaturalnym, zielonkawym światłem oczy, po czym rozłożyła skrzydła. Jasne pióra sterczały w różne strony jak sierść wilka szykującego się do walki na śmierć i życie.  
Ksiądz z przerażeniem zauważył, że cokolwiek znaczyło wykrzyczane słowo, dotąd osnuwający sypialnię dziecka bąbel ciszy pękł ostatecznie. Ze złowrogiego, ale niejednoznacznego milczenia, narodził się wrzask, szum, krzyk. Jakby zło tylko czekało na sygnał. Na pozwolenie, by zacząć ten horror na ziemi, skoncentrowane piekło. Mężczyzna wątpił, by kiedykolwiek zdołał zapomnieć to, co zobaczył. Poszczególne obrazy wwiercały się z zaskakującą precyzją w jego mózg. Już nie chciał tej wiary, Boga, łaknął normalnego życia, bez wirujących mu tuż nad głową piór.
Ze szczupłego tułowia chłopca wylewał się brudny, żółty szlam, który kapał na wykładzinę. Jasnoniebieskie, nagle szeroko otwarte oczy, wypełniła krew; posoka płynęła z nosa i uszu pięciolatka, a ten, bezwładny i nieświadomy, wisiał na krępujących mu ręce opaskach. Knebel nasiąkł brunatną wydzieliną.
Anielica wciąż pochylała się nad nim, prześcieradło oplątało jedną ze szczupłych łydek, gdy ułożyła się w taki sposób, by osłaniać dziecko… albo je dobić. Szymon – już za nic miał swoje święcenia – widział na tej obcej, niemal dziewczęcej twarzy taką determinację i rozpacz, że zaczął wątpić w to, iż cokolwiek rozumie. Gdyby spytano go przedtem o wyobrażenia dotyczące anielskiego zstąpienia na ziemię czy anioły w ogóle, na pewno nie pomyślałby ani o śmierdzącym trupem błocie, ani o znęcaniu się nad dzieckiem. Chciał już tylko przetrwać to lub może – jeśli Bóg jednak istniał oraz był miłosierny – obudzić się we własnym łóżku i stwierdzić, że przyśnił mu się najstraszliwszy, najohydniejszy koszmar. Potrząsał głową w niemym zaprzeczeniu.
Nagle wszystko zamarło i znów – jak tuż po pojawieniu się dziewczyny –  nienaturalnie ucichło.
W pościeli, pod skrzydłami anielicy, tuż obok zmaltretowanego Andrzeja – klatka piersiowa dziecka nie poruszała się, nie unosiła, nie opadała! – pojawił się ktoś jeszcze. Bez wątpienia mężczyzna; był blady, brudny i zdezorientowany. Na jego plecach nie było widać skrzydeł – ani pierzastych, ani żadnych innych. Kiedy jednak podniósł się powoli i otworzył oczy, ksiądz nie miał najmniejszych wątpliwości, z kim ma do czynienia.
– Diabeł – jęknął, rozluźniając dotąd pewny uchwyt rąk.
Sam nie wiedział, czemu dotąd tak sumiennie wykonywał wcześniejsze polecenie.
Kobieta natychmiast skorzystała z okazji, zerwała się na równe nogi, rzucając na boki rozbiegane, oszalałe od rozpaczy spojrzenie. Zanim jednak choćby zbliżyła się do łóżka, bez świadomości upadła na podłogę. Anielica nawet nie mrugnęła, powiedziała jedynie w przestrzeń:
– Miała nie przeszkadzać. – Przeczesała palcami swoje splątane włosy. – To tylko i aż demon – dodała, ale zszokowanego człowieka nie obchodziły już wyjaśnienia. Runęła nadzieja, rozprysła się wiara, zostały ogromna gorycz i paraliżujący strach.
Szymon patrzył więc tylko, jak potępiona istota powoli wraca do siebie, jak ściera z przeraźliwie sinej twarzy krew i szlam, oraz rozgląda się badawczo, z wyraźnym zaskoczeniem.
– Zeni, coś ty najlepszego narobiła? – wychrypiał pytanie.
Wciąż sztywnymi palcami musnął czoło dziecka, jakby upewniając się, że jest martwe. Zmarszczył brwi lustrując dziecięcą sypialnię. Mierzył wzrokiem dwoje nieprzytomnych dorosłych oraz przerażonego, kompletnie złamanego kleryka, który swoje dotychczasowe życie poświęcił głoszeniu Słowa Ojca ich wszystkich.
Dopiero odpowiedź anielicy o obco brzmiącym imieniu sprawiła, że Szymon zapragnął zniknąć.
– To, w czym Niebo jest najlepsze. – Dumnie uniosła brodę, wydęła spękane wargi. – To, co należało.

I w jakimś później

Kef w milczeniu obserwował pierzastą przyjaciółkę snującą ostatnie ochronne zaklęcia nad warstwą rzeczywistości, w jakiej przyszło im się tymczasowo ukryć. Demon musiał dojść do siebie po gwałtownym i dość niespodziewanym Przejściu.
Zeni sprawnie posprzątała bałagan zostawiony za nimi, zbyt sprawnie, jeśli brać pod uwagę stereotypy. Jakby wszystkie te decyzje nic nie ważyły, nie świadczyły o niczym istotnym. Przez cały ten czas po przebudzeniu przypominała Kefowi dziewczynkę, która sprzątnęła do pudełka popsute zabawki, po czym wróciła do przerwanych wcześniej zajęć. Uroczo. Tylko w jej uśmiechu, nie sięgającym oczu, błyszczała ta niepokojąca, podszyta okrucieństwem satysfakcja. Zeni była do cna przerażająca, ale także piękna i groźna. Wirtuozka emocji, posłaniec złudzeń. Szczypta amnezji, odrobina zaburzeń psychicznych, kilka kropli mocnego alkoholu i ciąg zdarzeń nabrał sensu.
Kef nie skomentował tego, że sam odwiązał chłopca i spalił jego ciało, ponieważ tracąc duszę, człowiek zwyczajnie przestawał istnieć. Żadne rytuały nie były już konieczne.
Anielica w ogóle nie zwracała uwagi na dziecko, strząsnęła z siebie tę śmierć. Nie pochyliła się nad zagubionymi w swoich nowych, ohydnie fałszywych wspomnieniach, rodzicami Andrzeja. Zignorowała spustoszenie wywołane w umyśle młodego kleryka, którego – jak się demonowi wydawało – wykorzystała jako dodatkowy łącznik z Piekłem i Niebem naraz.
– Wiesz, ile ryzykowałaś? – zapytał w końcu, kiedy już naprawdę mógł spokojnie odetchnąć.
Zabrała go do jakiegoś domu, na uboczu całego Stworzenia. W nieokreślonym bliżej czasie.
– Tylko mnie nie pouczaj – burknęła. – Wydaje wam się, że skoro upadliście i taplacie się w mroku, wiecie o życiu i decyzjach więcej od nas – wypomniała.
Siedziała w kucki na wygodnym fotelu. Jej kolczuga wisiała na podłokietniku mebla, buty leżały nieopodal. Zeni miała na sobie tylko spodnie i luźną, jasną tunikę. Wszystko było nieskazitelnie czyste i staranne, nawet jej włosy ułożone w prostym splocie.
– Jesteście tak przekonani o tym, że brodzenie w ciemności czyni was w jakimś sensie lepszymi, że upoważnia was do użalania się nad sobą, aż zapominacie, iż światło potrafi być tak jasne, że wypala oczy i serca – kontynuowała.
Demon zamrugał zaskoczony. Jego przyjaciółka nigdy nie poruszała tych kwestii. Nigdy nie stawiała między nimi tak wyraźnej linii.
– Gołąbeczko, do czego ty właściwie teraz zmierzasz? – zapytał.
Zacisnął dłoń w pięść. Gdyby jakikolwiek demon pozwolił sobie na takie uwagi, skończyłby ze sztyletem w gardle. Ale to była Zeni. Ta Zeni, która kiedyś podeszła za blisko, uśmiechnęła się i zawojowała go bez trudu.
– Po pierwsze, zanim byś mnie dźgnął, wyegzorcyzmowałabym twoją dupę do Watykanu, a po drugie – wzruszyła ramionami, lekko strosząc najdłuższe z piór – w Niebie akurat mieliśmy drobny bunt i trochę bratobójczych walk, kiedy nagle poczułam, że ktoś wyrywa mi sens istnienia z pomiędzy palców – mówiła coraz ciszej.
Sapnął w reakcji na takie wyznanie. Nie sądził, że związała się z nim tak bardzo, tak mocno. Nie wiedział nawet, że tego rodzaju więź anioła z demonem w ogóle jest możliwa. Takie przeczucia właściwe były dla aniołów wyśpiewanych jedną nutą Metatrona i dla tych pierzastych, którzy parali się ochroną cennych dusz. Potępieńcy i upadli nie posiadali ich. Jeśli nawet Zeni zajmowała się właśnie kwestiami esencji, co – biorąc pod uwagę jej dziwny sentyment do zwierząt – miało sens, Kef nie rozumiał, jak potrafiła sięgnąć tak głęboko, żeby go uratować.
Zacisnął wargi, nie chcąc przerwać tego, co i tak musiała powiedzieć, a co on sam dobrze wiedział.
– Domyśliłam się, o kogo chodzi i tego, że u was także nie jest zbyt kolorowo. – Skuliła się, przez co wydawała się zupełnie bezbronna.
Błąd. Gołębie, były zdradliwe i groźne.
Skupiła na nim spojrzenie, ściągnęła całą uwagę, a potem podjęła wątek:
– Przedarłam się na Ziemię, między ludzi. Dla nas to były góra trzy oddechy, dla nich pewnie miesiące lub lata. Znalazłam odpowiednią bramę i zaczęłam wołać cię do siebie, póki jeszcze miałam kogo.
– Zeni – westchnął.
– Jak to sobie wyobrażałeś, że rozpłyniesz się w tym swoim niebycie czy innej kloace, a ja nic nie zrobię, bo przecież nie wypada mi brudzić sobie rączek? – spytała z wyraźnym wyrzutem.
– Jestem… Do tej pory byłem – poprawił się od razu – najemnikiem w Piekle.
Wzruszył ramionami, po czym wytłumaczył:
– Po prostu misja okazała się trochę za trudna, wokół śmigały zaklęcia, o jakich Azazelowi się nie śniło. Zdążyłem tylko pożegnać się z tobą w myślach, potem wszystko się rozprysło – przyznał. – Następne, co pamiętam, to smród wypalonej duszy tego dziecka i szlam, który mnie oblepiał.
– Najwyraźniej nie nadaję się na położną, daruj – mruknęła bez przekonania.
Kef tymczasem ostrożnie rozłożył zgniecione, skórzaste skrzydła. Raz już przywróciła im sprawność. Odbyło się to dawno temu, na jednej z wielu ich ławek, w kątach Przedsionków. I tak jak wtedy dała z siebie wszystko, tak i teraz odtworzyła je z właściwą dla siebie dbałością o detale. Nie podziękował jej i nie zamierzał tego zrobić później. Zawdzięczał przyjaciółce życie i ten fakt niezbyt go zachwycał.
– W takim razie, co teraz? – zadał pytanie wiszące między nimi od początku.
– Ty aktualnie zostajesz tutaj, ja lecę na obchód i wracam do siebie – stwierdziła lekko. – Ale najpierw muszę zmyć z siebie grzechy, więc przyda mi się odpoczynek. – Ziewnęła ostentacyjnie, nie kłopocząc się zasłanianiem ust.
– Chcesz powiedzieć, że tak po prostu wrócisz do swojego śpiewania w chórku po tym, jak zniszczyłaś duszę niewinnego dziecka, a góra na wszystko spojrzy przez palce, gdyż… – urwał.
– Wyrósłby na mordercę i gwałciciela, za kogo ty mnie masz – prychnęła obrażona. – I nie oceniaj pierzaków tak powierzchownie – sarknęła. – Gdybyś wiedział, jak wyglądają nasze wojny domowe, to zacząłbyś się mnie bać nie na żarty – prowokowała, tak inna od tej Zeni, z którą widywał się na ławkach na samym początku ich znajomości.
– Nigdy nie przestałem – wyznał, piorunując przyjaciółkę spojrzeniem jasnych oczu.
Z satysfakcją zauważył, że zadrżała, a jej skrzydła mimowolnie otuliły ramiona. Wstał powoli, wciąż studiując twarz anielicy. Nad dekoltem wygodnej, beżowej tuniki pyszniła się stara blizna. Pamiętał swoją złość, gdy pierwszy raz dostrzegł ślad po niemal śmiertelnej ranie. Skrzydlaka mógł zabić tylko skrzydlak, ale pierzaści gustowali w magii, ewentualnie w obwarowanych zasadami starciach na opływające gracją ciosy. To, że jakikolwiek anioł, poważył się na użycie broni białej i dźgnięcie własnej siostry, wykraczało poza ramy porządku. Niedługo po tym, jak rana się wygoiła, a blizna zbladła, Zeni zaczęła nosić przy sobie sztylet i czasem, ale tylko czasem, zakładała kolczugę. Kef żartował, że jej logika militarna kuleje, ale w duchu pochwalał tę decyzję. Niebo nie było Rajem. Od dawna. Lucyfer mógł mieć na ten temat co nieco do dodania.
Teraz zbliżał się powoli, a Zeni unosiła głowę, ciągle utrzymując jego spojrzenie w ryzach własnego. Gdy stał tuż przy niej, pochylił się, wyszeptał wprost w usta przyjaciółki:
– Uczysz się, ptaszynko.
Następnie na gładkim, bledszym niż zwykle czole, złożył czuły pocałunek. Już nie musiał się powstrzymywać. Zawołała go po imieniu z samego Piekła i wszystko zmieniła. Jeszcze nie wiedział, jak wyobrażała sobie dalszy ciąg tej decyzji.
Demon wyszedł do drugiego pokoju, nim Zeni zdołała jakkolwiek skomentować pieszczotę lub to, co powiedział. Ostatecznie, uratowała mu życie, a cenę stanowił fakt, że Kef nie miał już do czego wracać.


0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.