04.10.2011

Kurs do Fiddler's Green

Załoga statku zaczęła kolejny dzień. Smakowite zapachy dochodzące z kambuza na chwilę przytłumiły nawet charakterystyczną woń ciasnych wnętrz. W niewielkiej kajucie Mary przeciągnęła się, ziewając, po czym zeszła z koi. Aromat świeżego pieczywa spowodował ssanie w pustym żołądku. Kobieta nie pamiętała, kiedy ostatnio zjadła jakikolwiek posiłek w spokoju, siedząc przy stole. Zapomniała także o wielu innych, ważniejszych rzeczach.
W trójkątnym odłamku niegdyś wielkiego lustra zobaczyła swoją ciemną, ogorzałą od wiatru twarz oraz zmęczone, brązowe oczy. Z westchnieniem, tak do niej niepodobnym, ściągnęła czarne, kręcone włosy w niski kucyk i zawiązała go kilkoma skórzanymi rzemieniami.
Obmyła się nad miską w chłodnej wodzie zlewanej z miedzianego dzbanka, klnąc przy tym na przechyły. Ktokolwiek stał za sterem, mógł swoje zadanie wykonywać lepiej. Mary miała nadzieję, że kapitan nie będzie pobłażliwy. Więcej, wiedziała, że nie będzie. Zdążyła go poznać z różnych stron, w tym tej najgorszej.
– Lądowy szczurze – wymruczała, naśladując akcent pięćdziesięcioletniego dowódcy – zasługujesz na pług, a nie ster! – Prychnęła jak kot, kiedy niewielka ilość wody wlała się jej do nosa. Roześmiała się mimowolnie. Może dziś miał być jej szczęśliwy dzień?
Porcję ulubionej bawarki – naparu rozcieńczonego mlekiem, o ile akurat takowe posiadali – wypiła w wąskim korytarzu. Drewniany kubek postawiła na podłodze. Przecież i tak musiała tędy wrócić. Trzy bułeczki schowała do dużych kieszeni płóciennych spodni, następnie wygładziła przód skórzanej kamizelki. Jeśli tylko znajdzie dość wolnego czasu, planowała zjeść posiłek, wyobrażając sobie jakieś lepsze miejsce.
Zapukała w drzwi prowadzące do prywatnych kabin kapitana.
– Wejść – rozkazał pierwszy oficer. Skrzywiła się na jego obecność. Nie znosiła tego zadufanego w sobie, egoistycznego kretyna, który uważał się za lepszego od wszystkich, w tym od samego Johna Armaty, dowódcy z wieloletnim doświadczeniem. Zanim weszła do pomieszczenia, zadbała o to, by jej ciemnobrązowa twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie chciała problemów. Kolejnych.
– Kapitanie, panie Trop – przywitała się, pochyliwszy jednocześnie głowę. Wzrok jednak utkwiła gdzieś za oknem, nie potrafiąc udawać całkowitej uległości.
– Mary – odpowiedział starszy mężczyzna – dziś mamy do przebycia dość trudny odcinek. Wszystko jest gotowe, oczywiście – oznajmił chłodnym tonem. Nie zaproponował jej, by usiadła. Nie patrzył na nią. Nie pytał. Traktował ją jak kogoś niegodnego służby na jego wielkim, parowym statku półpowietrznym.
Gdzieś za ścianą zadudniła maszyneria. Coś zgrzytnęło, gdy poczuli niezbyt płynny skręt z dużym nachyleniem. Kobieta odruchowo napięła mięśnie, by nie stracić równowagi. Trop syknął pod nosem coś o niedouczonych młokosach. Mogła się z nim wyjątkowo zgodzić.
– Tak, kapitanie. Przeglądam mapy na bieżąco, wciąż trzymamy się wczorajszego kursu. – odpowiedziała spokojnie. – Powinniśmy dotrzeć na miejsce o czasie.
Znów płynęli, by kraść i zabijać.
– Ach tak – mruknął dowódca. – Cóż, w takim razie jesteś wolna.
– Dziękuję, kapitanie. Panie Trop – pożegnała się i wyszła z kajuty.
Wciąż te same słowa, gesty, formułki.
Przełykając ślinę, czuła gorzką gulę rozczarowania. Mianowano ją oficerem, lecz nie pojawiała się na mostku zbyt często. Była tylko nędznym zastępstwem dla starszego brata. Choć robiła wszystko dużo staranniej, nigdy nie spojrzeli na kobietę tak jak na niego. Może nawet winili ją za to, że zginął?
Pamiętała zapach jego krwi i to, jak nieudolnie próbowała zatamować krwotok, przyciskając płótno do rozległej rany – szabla przeszła przez bok, naruszając trzewia. Pirat jęczał nieskładnie, szeptał coś o Fiddler’s Green, przepraszał, w końcu zamilkł. Umarł szybko, zanim zdążyła zrozumieć, że została na świecie całkiem sama.
Zacisnęła dłonie w pięści. Przeszła powtórnie przez wąski korytarz, sięgając po zostawione wcześniej naczynie.
– Nienawidzę cię, Will – warknęła.
Były momenty, gdy naprawdę tak czuła. Brat zastępował kilkulatce wiecznie nieobecnych rodziców. Nauczył Mary wszystkiego, co sam umiał. A kiedy postanowił zostać nawigatorem na jednym z tych podejrzanych, pirackich latawców, mimo strachu, ubłagała go, żeby wziął ją ze sobą. Potrząsnęła gwałtownie głową, nie chciała wspominać.
– Siebie też nienawidzę – dodała po chwili.
Często wątpiła w słuszność swoich działań. Jednak kolejny raz wiodła hultajską załogę tuż nad oceanem, by według planu mogli napaść na kupieckie statki. Miała na rękach krew niewinnych ludzi. Brzydziła się własnego tchórzostwa, chorej ambicji. Ale żyła. Jeszcze.
Próbowała tego nie roztrząsać, gdy wieczorami wychodziła na pokład zewnętrzny i przesuwała dłońmi po gładkim, zaimpregnowanym drewnie. Czasem wplątywała palce w skrawki ciemnobrązowego płótna, którego kawałki sama zawiązała na olinowaniu.
– Do zobaczenia w Fiddler’s Green, Will – życzyła sobie wtedy.
_________
*Fiddler’s Green – legendarna kraina wiecznej szczęśliwości, raj dla ludzi morza. 


Tekst powstał na potrzeby konkursu zorganizowanego przez http://www.szortal.com/

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.