Pociągnęła rękaw zielonego swetra i
starając się nie rozpłakać, zapytała:
– Czy to jest dobre?
Odpowiedziała jej głucha cisza. Wełna
wysunęła się spomiędzy chudych palców.
Nie miała siły na kolejnych ludzi i
pytania. Była taka słaba, taka głodna. Zapadnięte policzki wydawały się
przezroczyste. W końcu poddała się i usiadła na chodniku. Za plecami czuła
drewniany płot stanowiący granicę rzeczywistości.
Podwinęła kolana i oparła na nich
brodę. Chlipnęła, ale nie pozwoliła sobie na łzy. Wystarczyło poczekać – ktoś
się znajdzie. Musi!
A jeśli nie?
Obok niej przecież siedział
zabiedzony, wyleniały kot zapatrzony w przestrzeń - niemartwy i nieżywy. Wenie
głośno zaburczało w brzuchu.