Krasnal
ubrany w czerwony strój przewodził korowodowi równie barwnych postaci
namalowanych na ścianie. Jasna, tonąca w świetle porannego słońca,
powierzchnia wydawała się zachęcać do podejścia. Do dotknięcia. Opiekunki
poszczególnych grup przedszkolnych – począwszy od najmłodszych Sroczek, na
najstarszych Orłach kończąc – tłumaczyły dzieciom, że brzydko jest brudzić
tłustymi rączkami odnowione obrazki.
Jakby
uniesiona w tańcu, falowała różowa spódnica roześmianej królewny, lśniły bystre
oczy lwiątka, skrzył się długi ogon spadającej gwiazdy. Pod ciężarem owoców
uginały się gałęzie jabłoni, za którą chował się nieśmiały Indianin.
Marcinek
stał kilka kroków od ściany i obserwował, jak – na pozór martwe, bo narysowane
– istoty ożywają. Nie był niemądrym chłopcem. Nikomu nie powiedział o tym, co
dostrzegał od dawna. Zresztą, nikt nie pytał.
Inne
dzieci tylko by się śmiały, a pani Ania może nawet posłałaby go do kąta za
kłamstwa? Chłopiec pociągnął w dół krawędź zielonego swetra. Dostał go w
zeszłym roku pod choinkę.
***
–
Bo Mikołaj, urwisie, przyszedł do babci i powiedział, że jeszcze w tym roku da
ci szansę. – Staruszka głośno odchrząknęła. – Ale to już ostatni raz. – Charakterystycznie
zmarszczyła brwi.
Rodzice
roześmieli się równocześnie. Chłopczyk skinął głową. Za opadającą na czoło
grzywką usiłował ukryć irytację. Nie wierzył w fabrykę zabawek. Ani tym
bardziej w listę dobrych oraz złych uczynków. Przede wszystkim jednak
całym sobą negował pomysł latających reniferów ze święcącymi na czerwono
nosami.
– Tak, babciu –
odpowiedział dla świętego spokoju.
Wujek
Staszek miewał czerwony nos, ale zdecydowanie nie posiadał poroża, chociaż
kiedyś Marcin usłyszał, jak jego mama mówi, że ciocia Marysia doprawia wujowi
rogi. Jeśli nawet, to najwyraźniej nieskutecznie, bo nigdy ich nie zobaczył nad
łysawym czołem sympatycznego, wesołego mężczyzny.
–
Już, już! Szkrabie, możesz otworzyć swoje prezenty – udzielił pozwolenia
ojciec. W niebieskich, zamglonych wypitym winem, oczach zamigotały przy
tym iskierki. Gdyby chłopiec siedział bliżej taty, dostrzegłby w jego tęczówkach
odbicie choinkowych lampek, a może nawet coś więcej? Może własne odbicie?
***
Zaniepokojona przedszkolanka zerkała
na jednego z podopiecznych. Marcin Nowański, od kilkudziesięciu minut stał
przed ścianą, wpatrując się w namalowane na niej postacie. Nauczycielka przez
moment chciała zawołać starszą stażem, bardziej doświadczoną koleżankę, jednak
podkopałaby tym samym własny autorytet. Cmoknęła z niezadowoleniem. Może
chłopiec miał gorszy dzień? A może po prostu wyrośnie na artystę i już teraz,
w młodym wieku, fascynowała go sztuka?
–
Psze pani! – Za nogawkę spodni szarpnęła ją wyjątkowo nieznośna córka dwojga
lekarzy. – Tomek zabiela mi klocki – poskarżyła dziewczynka. Kobieta
potrząsnęła głową, po czym rzeczowym tonem odpowiedziała:
– Chodźmy
porozmawiać z Tomkiem, może uda się was jakoś pogodzić.
O
Marcinku, wciąż wgapionym w malunki autorstwa jakiegoś biedującego studenta ASP,
chwilowo zapomniała.
***
Niepewnie wyciągnął dłoń w kierunku
krasnoludka. Upewniwszy się, że nikt nie zwraca na niego uwagi, przytknął palce
do konturu czapki. Przejechał wzdłuż grubszej, ciemnej linii, dokładnie
zapamiętując wrażenie, jakie wywołał ten przedziwnie wstydliwy kontakt. Marcinek
uśmiechnął się krzywo. Wiedział, że jeśli teraz zbyt gwałtownie oderwie dłoń od
zaschniętej farby, zostawi na niej swoją skórę i wszystko utonie w czerwieni.
Nie chciał tego. Skinął głową. Powoli wycofał się, uważnie obserwując zwężone,
pełne buty oczy karzełka.
Marcinek czuł jego pogardę na sobie,
kiedy siadał przy opuszczonym stoliku ustawionym najbliżej karnego kąta.
Porzucone na zielonym blacie kartki papieru wyglądały na zakurzone, a dwie
złamane kredki nie zachęcały do niczego. Mimo to, chłopiec zacisnął tę czarną w
dłoni, po czym, wysunąwszy czubek języka, zaczął starannie rysować załamane
linie. Kiedy poczuł, że drży mu broda i ledwie powstrzymuje łzy,
narysowane linie nie były już zmienne, pewnie prowadził kredkę. Przez jeden
arkusz papieru, a potem przez kolejny. Nie zwrócił uwagi, że czarna kreska
wyznacza ścieżkę przez cienką warstewkę kurzu.
***
Podeszła do stolika, po którym Marcin
bezczelnie mazał. Zignorował jej kaszlnięcie, wpatrzony w rysowane jedna pod
drugą proste linie.
– Dziecko, czy
ty się oby dobrze czujesz? – zapytała, pochyliwszy się nad maluchem. Kiedy
spróbowała dotknąć jego czoła, by sprawdzić temperaturę, syknął. Jego mała,
wydawałoby się niezdarna rączka, wciąż kreśliła idealne kreski.
– Marcinku –
zawołała wyraźnie już zaniepokojona – czy wszystko w porządku? Nie zachowywał
się jak łobuziak, z bliska przypominał kobiecie kogoś pogrążonego w transie.
– Rysuję –
spokojnie odpowiedział winowajca, nie przerywając czynności.
– Co rysujesz? –
spytała po chwili namysłu.
– Swojego tatę –
odparł. – Bo tak to będzie wyglądać – dodał głębokim, gardłowym głosem.
Popatrzyła na
dziecko zszokowana.
– Co? – zapytała
bezwiednie.
– Szlaczek,
szlaczek, szlaczek, a potem prosta kreska i pustka.
Przedszkolanka
wyprostowała się gwałtownie. A Marcinek, niezrażony, kontynuował:
– Koścista pani
z szeregu na ścianie tak mi powiedziała.
– Co ty mówisz,
dziecko?! – Odruchowo przyjrzała się malunkowi, ale nie było tam nikogo, kto
przypominałby szczątkowy opis.
– A krasnoludek
się tylko śmiał… – Ręka chłopca zamarła w pół ruchu.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.