28.06.2012

Kreski


Krasnal ubrany w czerwony strój przewodził korowodowi równie barwnych postaci namalowanych na ścianie. Jasna, tonąca w świetle porannego słońca, powierzchnia wydawała się zachęcać do podejścia. Do dotknięcia. Opiekunki poszczególnych grup przedszkolnych – począwszy od najmłodszych Sroczek, na najstarszych Orłach kończąc – tłumaczyły dzieciom, że brzydko jest brudzić tłustymi rączkami odnowione obrazki.
Jakby uniesiona w tańcu, falowała różowa spódnica roześmianej królewny, lśniły bystre oczy lwiątka, skrzył się długi ogon spadającej gwiazdy. Pod ciężarem owoców uginały się gałęzie jabłoni, za którą chował się nieśmiały Indianin.
Marcinek stał kilka kroków od ściany i obserwował, jak – na pozór martwe, bo narysowane – istoty ożywają. Nie był niemądrym chłopcem. Nikomu nie powiedział o tym, co dostrzegał od dawna. Zresztą, nikt nie pytał.
Inne dzieci tylko by się śmiały, a pani Ania może nawet posłałaby go do kąta za kłamstwa? Chłopiec pociągnął w dół krawędź zielonego swetra. Dostał go w zeszłym roku pod choinkę.
***
– Bo Mikołaj, urwisie, przyszedł do babci i powiedział, że jeszcze w tym roku da ci szansę. – Staruszka głośno odchrząknęła. – Ale to już ostatni raz. – Charakterystycznie zmarszczyła brwi.
Rodzice roześmieli się równocześnie. Chłopczyk skinął głową. Za opadającą na czoło grzywką usiłował ukryć irytację. Nie wierzył w fabrykę zabawek. Ani tym bardziej w listę dobrych oraz złych uczynków. Przede wszystkim jednak całym sobą negował pomysł latających reniferów ze święcącymi na czerwono nosami.
– Tak, babciu – odpowiedział dla świętego spokoju.
Wujek Staszek miewał czerwony nos, ale zdecydowanie nie posiadał poroża, chociaż kiedyś Marcin usłyszał, jak jego mama mówi, że ciocia Marysia doprawia wujowi rogi. Jeśli nawet, to najwyraźniej nieskutecznie, bo nigdy ich nie zobaczył nad łysawym czołem sympatycznego, wesołego mężczyzny.
– Już, już! Szkrabie, możesz otworzyć swoje prezenty – udzielił pozwolenia ojciec. W niebieskich, zamglonych wypitym winem, oczach zamigotały przy tym iskierki. Gdyby chłopiec siedział bliżej taty, dostrzegłby w jego tęczówkach odbicie choinkowych lampek, a może nawet coś więcej? Może własne odbicie?
***
            Zaniepokojona przedszkolanka zerkała na jednego z podopiecznych. Marcin Nowański, od kilkudziesięciu minut stał przed ścianą, wpatrując się w namalowane na niej postacie. Nauczycielka przez moment chciała zawołać starszą stażem, bardziej doświadczoną koleżankę, jednak podkopałaby tym samym własny autorytet. Cmoknęła z niezadowoleniem. Może chłopiec miał gorszy dzień? A może po prostu wyrośnie na artystę i już teraz, w młodym wieku, fascynowała go sztuka?
– Psze pani! – Za nogawkę spodni szarpnęła ją wyjątkowo nieznośna córka dwojga lekarzy. – Tomek zabiela mi klocki – poskarżyła dziewczynka. Kobieta potrząsnęła głową, po czym rzeczowym tonem odpowiedziała:
– Chodźmy porozmawiać z Tomkiem, może uda się was jakoś pogodzić.
O Marcinku, wciąż wgapionym w malunki autorstwa jakiegoś biedującego studenta ASP, chwilowo zapomniała.
***
            Niepewnie wyciągnął dłoń w kierunku krasnoludka. Upewniwszy się, że nikt nie zwraca na niego uwagi, przytknął palce do konturu czapki. Przejechał wzdłuż grubszej, ciemnej linii, dokładnie zapamiętując wrażenie, jakie wywołał ten przedziwnie wstydliwy kontakt. Marcinek uśmiechnął się krzywo. Wiedział, że jeśli teraz zbyt gwałtownie oderwie dłoń od zaschniętej farby, zostawi na niej swoją skórę i wszystko utonie w czerwieni. Nie chciał tego. Skinął głową. Powoli wycofał się, uważnie obserwując zwężone, pełne buty oczy karzełka.
            Marcinek czuł jego pogardę na sobie, kiedy siadał przy opuszczonym stoliku ustawionym najbliżej karnego kąta. Porzucone na zielonym blacie kartki papieru wyglądały na zakurzone, a dwie złamane kredki nie zachęcały do niczego. Mimo to, chłopiec zacisnął tę czarną w dłoni, po czym, wysunąwszy czubek języka, zaczął starannie rysować załamane linie. Kiedy poczuł, że drży mu broda i ledwie powstrzymuje łzy, narysowane linie nie były już zmienne, pewnie prowadził kredkę. Przez jeden arkusz papieru, a potem przez kolejny. Nie zwrócił uwagi, że czarna kreska wyznacza ścieżkę przez cienką warstewkę kurzu.
***
            Podeszła do stolika, po którym Marcin bezczelnie mazał. Zignorował jej kaszlnięcie, wpatrzony w rysowane jedna pod drugą proste linie.
– Dziecko, czy ty się oby dobrze czujesz? – zapytała, pochyliwszy się nad maluchem. Kiedy spróbowała dotknąć jego czoła, by sprawdzić temperaturę, syknął. Jego mała, wydawałoby się niezdarna rączka, wciąż kreśliła idealne kreski.
– Marcinku – zawołała wyraźnie już zaniepokojona – czy wszystko w porządku? Nie zachowywał się jak łobuziak, z bliska przypominał kobiecie kogoś pogrążonego w transie.
– Rysuję – spokojnie odpowiedział winowajca, nie przerywając czynności.
– Co rysujesz? – spytała po chwili namysłu.
– Swojego tatę – odparł. – Bo tak to będzie wyglądać – dodał głębokim, gardłowym głosem.
Popatrzyła na dziecko zszokowana.
– Co? – zapytała bezwiednie.
– Szlaczek, szlaczek, szlaczek, a potem prosta kreska i pustka.
Przedszkolanka wyprostowała się gwałtownie. A Marcinek, niezrażony, kontynuował:
– Koścista pani z szeregu na ścianie tak mi powiedziała.
– Co ty mówisz, dziecko?! – Odruchowo przyjrzała się malunkowi, ale nie było tam nikogo, kto przypominałby szczątkowy opis.
– A krasnoludek się tylko śmiał… – Ręka chłopca zamarła w pół ruchu.

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.