Zanim
Dean oparł dłonie o brzeg umywalki. Spojrzał zmęczonym
wzrokiem na swoje odbicie w lustrze. Wyglądał tak jak się czuł – wymięty,
bez motywacji. Westchnął, przekręcając kurek. Palce mrowiły, kiedy zanurzył je
w lodowatym strumieniu. Po chwili ochlapał wodą twarz oraz kark. Nie pomogło,
więc zakręcił kurek, powstrzymując się od stłuczenia lustra pięścią.
Zostawił rok względnie normalnego życia, by znów ruszyć na
polowania. Problem polegał na tym, że nie poznawał własnego brata. Naprawdę chwilami
sądził, że w ciele Sama wciąż znajduje się Lucyfer. Może uśpiony lub
osłabiony? A może to blizna po byciu naczyniem archanioła, rozważał w kolejnej
zatęchłej łazience podrzędnego motelu.
– Pieprzyć to – burknął do siebie.
Wytarł wilgotne dłonie o nogawki
spodni.
Skoro jego brat i tak nie zamierzał niczego wyjaśnić, a
Castiel był zajęty swoją wojną i najwyraźniej, choć przegrywał, nie
planował poprosić o pomoc, to Dean mógł wyjść do baru. By tam upić się
w przyjemnym wizualnie towarzystwie. Patrzenie nie bolało, nie wymagało
podejmowania decyzji. Było bezpieczne… i uczciwe. Łowca zdusił w sobie
niepokój dotyczący faktu, że Lisa też miała prawo przyglądać się innym
mężczyznom. Nie chodziło nawet o zazdrość. Raczej o to gorzkie uczucie,
kiedy ktoś sięgał po twoje marzenie i spełniał je bez wysiłku, podczas gdy
ty próbowałeś bez skutku uzyskać chociaż namiastkę takiego efektu.
– Kurwa – mruknął cicho, wychodząc z łazienki.
Trzasnął
drzwiami mocniej, niż wymagała tego sytuacja. Zignorował drżenie rąk, ściągnąwszy
brudną koszulkę. Wiedział, że na ramieniu wciąż ma wyraźny ślad ręki Casa. Castiela, upomniał się zgryźliwie w
myślach. Czasem pragnął zapomnieć o okolicznościach, w jakich powstała
szczególna blizna. Poudawać kilka dni dłużej, że jest zwykłym człowiekiem.
Kilkakrotnie rozważał modlitwę – szczerą i prostą.
Chciał nawet zaproponować przyjacielowi męski wieczór. W odrobinę
normalniejszym świecie wciąż mogliby iść na piwo razem. Anioł nie rozumiałby
połowy żartów, a pozostałe traktował jak oburzające bluźnierstwa. Dean za to wypiłby
za dużo i powiedział jakieś ckliwe słowa bez znaczenia. Sam następnego dnia
byłby skończoną suką, nabijając się z jego kaca i sińca pod okiem.
Ale ta rzeczywistość nie była normalna. Mimo że planeta jakoś
przetrwała apokalipsę, efekt wydawał się nieprzyjazny, wręcz opaczny.
Dean wyciągnął z torby czystą, czarną koszulę. Wciąż
ściskał ją w palcach, kiedy za jego plecami rozległ się charakterystyczny
szum skrzydeł. Mężczyzna miał ochotę sarknąć coś na temat prywatności, gdy w
pomieszczeniu rozległ się charkot, a potem huk. Z wyuczoną sprawnością,
konieczną w prowadzeniu rodzinnego
biznesu, Winchester odwrócił się, odrzucił koszulę, jednocześnie wyciągając
spomiędzy pozostałych ubrań zapasowy pistolet.
Odbezpieczył go i wycelował w… zakrwawionego Castiela, który
klęczał na brudnej wykładzinie. Zdezorientowany Dean, nie odkładając broni,
przykucnął obok anioła. Oparł go o siebie, po czym odwrócił tak, by
widzieć jego twarz.
– Cas, co się stało? – zapytał cicho.
Wyglądało to źle, wręcz
makabrycznie.
Niebieskie oczy przysłaniała dziwnie obca mgła cierpienia.
Płaszcz był brudny od krwi, podarty w kilku miejscach, koszula już nawet nie
przypominała białej, a krawata zwyczajnie nie było.
– Co się stało, Cas?! – powtórzył głośniej.
Telefon leżał na
stoliku (Gdzie jesteś, Sam?!), ale
łowca bał się zostawić anioła, nie zmierzał też odkładać pistoletu. Cokolwiek
zmasakrowało Castiela, mogło przyjść jego śladem i choć zapewne zwykłe kule się
tego nie imały, to tak było łatwiej.
– Dean, przepraszam – zdołał wykrztusić anioł. – Usłyszałem
cię – wycharczał.
Z kącika jego ust wypłynęła przy tym strużka krwi.
– Próbowałem nie – jęknął. – Tak bardzo mi przykro – dodał, a
kolejny rdzawy strumyczek wyciekł z jego nosa.
Kurwa, czy jego ciało nie powinno się już uzdrowić, panikował wewnątrz
swojego umysłu Dean.
Zanim to uczucie zadomowiło się w nim, zanim rozpoznał jego
wszystkie warstwy, czy oswoił to, że przeraża go utrata Casa, w pomieszczeniu
ponownie rozległ się szelest skrzydeł. Obcy i groźny, wypełnił ciasną
przestrzeń obskurnego pokoju. Winchester bez zawahania skierował pistolet w
stronę, skąd dobiegł dźwięk, ale w tej samej chwili został po prostu
unieruchomiony potęgą zimnej, wrogiej Łaski.
Obserwował, jak anioł – wtłoczony w ciało szczupłego,
wysokiego nastolatka – materializuje w swojej dłoni ostrze. Nieprzerwanie
walczył, by nacisnąć spust. Słyszał nieregularny i zbyt ciężki oddech Castiela,
który właśnie zamknął oczy. Czuł ciężar przyjaciela wciąż przyciśniętego do
jego klatki piersiowej. Nie mógł nic zrobić.
Cas, jesteś nam
potrzebny,
wrzeszczał w swojej głowie. Zrób coś,
cokolwiek, szeptał w myślach. Znamię na ramieniu pulsowało wściekle po
raz pierwszy, odkąd dusza Deana została uratowana z piekielnych czeluści.
Bezsilność niemal dusiła Winchestera. Kiedy drobna dłoń (łowca mimowolnie
zapamiętywał każdy szczegół) uniosła sztylet do ciosu, mężczyzna chciał już
tylko, by było po wszystkim. Gdy nadeszło uderzenie – ostateczne, pewne – pokój
wypełnił wybuch jasnego, parzącego światła oraz znajomy świdrujący dźwięk
prawdziwego anielskiego głosu.
W momencie śmierci Castiel krzyczał z bólu.
Zadrżały szyby w oknach, zamigotała, po czym zgasła jedna z
żarówek, na parkingu zawyły alarmy w kilku samochodach. Właśnie to uświadomiło
Deanowi, że Cas i tak konał, a dźgnięcie w pierś jedynie zakończyło mękę.
Cisza przyniosła ze sobą pustkę oraz zmiany.
Sam otworzył drzwi motelowego pokoju i kilka razy zamrugał.
Jego półnagi brat siedział na podłodze, obściskując się ze swoim aniołem.
Ale coś w tej układance nie grało. Może ilość zaschniętej
krwi na ubraniu Castiela? Może odbezpieczony pistolet leżący na wykładzinie? Może
to, że na boku Deana było widać cień czegoś, co niebezpiecznie przypominało
koniec dużego, ptasiego skrzydła. Sam kaszlnął, wsunął się do pokoju, zamykając
za sobą drzwi.
– Zbieraj się, chłopie – oznajmił chłodno. – Musimy uciekać –
dodał, autentycznie niewzruszony faktem, że Dean ma zapłakaną twarz, nieobecny
wzrok i nadal szlocha. Priorytetem było oddalić się stąd jak najszybciej.
Jeśli nie zdążą wyjechać, nigdy się z tego nie wyplączą,
a Sam nie miał ochoty znów ukrywać się przed policją. Machinalnie zgarnął
obie torby, broń oraz kluczyki. Dean na pewno nie powinien prowadzić
w takim stanie.
Długo po
Skrzydlaty bratobójca zniknął od razu, jak tylko przebrzmiał
rozdzierający powietrze wizg. Nie zaszczycił człowieka choćby spojrzeniem. Poza
czasem apokalipsy Winchesterowie byli po prostu kolejnymi bezwłosymi małpami,
nie było sensu brudzić sobie rąk (Łaski?) ich krwią.
Kto przypuszczał, jaki wpływ może wywrzeć na ludzkim umyśle
zew konającego anioła? Anioła, którego tym razem nikt nie wskrzesił. Naczynie
Castiela zostało spalone, a prochy rozsypane. Dean zachował jedynie pasek
tego przeklętego płaszcza. Woził go w bagażniku auta jak przerażającą
maskotkę albo talizman.
Bobby wysnuł logiczną teorię, według której to więź łącząca
Deana z Casem spowodowała to, co stało się ze starszym z braci. Wciąż był
świetnym łowcą, być może nawet lepszym niż dotychczas, jedynie… przestał się
wahać. W duecie z Samem stanowili coś tak potężnego, a jednocześnie
odrażająco nieludzkiego, że ich przybrany ojciec uznał za stosowne, by się od
chłopców odciąć.
Bał się tego, czym się stali. Bał się, że przebywając zbyt
blisko, pozwoli się tej sile skorumpować, a wiedział, że nigdy nie znajdzie w
sobie dość odwagi, żeby ich zabić. Co jakiś czas docierały do niego sygnały.
O kolejnych spalonych do fundamentów siedzibach wampirów lub o wilkołakach
powieszonych wzdłuż głównej ulicy małego miasteczka (inicjatywa Deana, Samowi
nie starczało cierpliwości na taką niepotrzebną finezję). W końcu usłyszał
nawet o zupełnie niewinnym dzieciaku z Teksasu, którego znaleziono przybitego
do drzewa za nadgarstki i stopy – to był zwyczajny nastolatek pochodzący
z dobrej, wierzącej rodziny. Bobby nie dociekał, co sprowokowało braci. Wiedział,
kiedy to były potwory, a kiedy Winchesterowie, choć granica między
pierwszymi a drugimi dawno się zatarła.
Gdyby Sam zaprzątał sobie głowę takimi rzeczami jak
wdzięczność, musiałby podziękować tamtemu aniołowi, który zamordował Castiela.
Dzięki temu drobnemu wydarzeniu Dean stał się bardziej kompatybilny. Jedyna
niedogodność polegała na tym, że czasem – o ironio – odlatywał i wtedy
należało go pilnować. Ale Sammy wciąż nie potrzebował snu (jego starszy brat
zdawał się nie mieć z tym problemu), więc w większości przypadków skutecznie powstrzymywał
przykre konsekwencje takich załamań. Jeśli nawet mu się nie udawało, i tak byli
najlepszym duetem łowców od stuleci. Bilans uratowanych niewinnych duszyczek
wciąż mieli dodatni, nieważne jak bardzo Dean starał się to zmienić.
– Taki bym był – mamrotał czasem starszy z mężczyzn. –
Dokładnie taki bym był – powtarzał bez końca. Chociaż jego oczy wciąż były
zielone, to zdawało się, że pożera je czerń. Samowi to nie przeszkadzało. Dean
nie był demonem. Jeśli cokolwiek go opętało, to tylko strata oraz wynikające z
niej szaleństwo.
Znamienne, że od tamtego dnia nie zadzwonił do Lisy, nie
napisał do kobiety, nie odpowiadał też na jej próby kontaktu. Po prostu podjął
decyzję, po czym żył z konsekwencjami tego czynu.
Sam przyjmował brata bez wyjątku, w całości.
Czasem po prostu uważnie patrzył. Ukryty w cieniu drzew
obserwował lekko zaparowane wnętrze Impali. Na tylnym siedzeniu samochodu Dean
szamotał się, pospiesznie zdejmując kolejną warstwę ubrań. Pod nim chichotała
jedna z tych jednorazowych panienek, które używasz, porzucasz i
zapominasz. Sam uśmiechnął się półgębkiem. Wiedział, co usłyszy ta aż nazbyt
chętna suczka, jeśli tylko spróbuje dotknąć czegoś poza penisem Deana. Nie,
żeby Sama to jakkolwiek podniecało, po prostu kilkakrotnie słyszał przez
cienkie ściany motelowych pokoi identyczne rozmowy.
– Czy to tatuaż? –
padało pytanie doprawione zachwytem.
– Nie dotykaj! –
warczał Dean.
– Ale… – Zachwyt znikał
zastąpiony obawą.
– Dotknij to, a połamię
ci palce.
Sądząc po tym, jak huśtał i trząsł się samochód, finał mógł
być już blisko. Sam przeciągnął się leniwie. Chrupnęły zastałe łokcie oraz
ramiona.
Nagle z auta dobiegł prawie zwierzęcy, gwałtowny skowyt i
młodszy z braci cmoknął zniesmaczony, wywracając oczami. Tak trudno było pojąć
jedno proste polecenie?
Dean, zanurzony w wilgotnej ciasnocie obcego ciała, patrzył
na zniekształconą cierpieniem twarz dziewczyny. Gdyby była grzeczna, po prostu
by ją zerżnął i może nawet odwiózł z powrotem do miasta? Ale ona musiała
dotknąć jego klatki piersiowej, na której wciąż widniał odbity ślad anielskich
skrzydeł. Zbezcześciła piętno swoimi plugawymi palcami, więc wyłamał je ze
stawów, tak samo jak nadgarstek. Lekcje życia muszą boleć.
Krzyk, ten świdrujący, rozpaczliwy krzyk, tak bardzo
przypominał łowcy śpiew anioła.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.