Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miniatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miniatura. Pokaż wszystkie posty

10.11.2017

Dopóki



Kiedy usiadła, starannie wygładziła spódnicę, po czym – ze skwaszoną miną – spojrzała na adwokata.
– Czego pan jeszcze ode mnie chce? – spytała.
Dłonie trzymała płasko na udach, jakby powstrzymując się od zrobienia głupstwa.
– Pani musi w końcu zrozumieć, że to nie są wymysły moje ani mojego klienta. – Mężczyzna wyraźnie stracił cierpliwość i irytacja pobrzmiewała w każdym jego słowie.
Kobieta skwitowała to wymownym prychnięciem. Za nic miała reguły, literę prawa czy zakazy.
Gdy delikatnie przechyliła złączone nogi bardziej na bok, zaszeleścił materiał czarnej, obszernej halki.
– Pan mnie ma za idiotkę – wysyczała. – A ja to naprawdę zrozumiałam już na samym początku – przyznała. – Zwyczajnie się na to nie zgadzam i mam zamiar utrudniać sprawę tak długo jak zdołam – oznajmiła lekko.
Adwokat jedynie westchnął ciężko, na moment chowając zmęczoną twarz w dłoniach.
– Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby pani jednak ustąpiła – wyszeptał.
– Dla mnie by nie było, więc nie zamierzam – odpowiedziała cichym, jadowitym tonem.
– To śmieszne! – wykrzyknął, zanim pomyślał, że w ten sposób tylko pozwolił wygrać tej upartej, zdeterminowanej istocie.
Jej jedyną reakcją na niewłaściwe zachowanie prawnika było lekkie uniesienie brwi i grymas, który można było pomylić z szyderczym uśmiechem połową ust.
– Śmieszny jest pana bezcelowy upór, panie Jaworski. Ja mogę być co najwyżej zabawna albo urocza, ale to raczej nie w tych okolicznościach – dodała po chwili.
– To pani próbuje podważyć zasadność realizacji postanowień i wytycznych, zawartych w dokumencie poświadczonym notarialnie – stwierdził.
– Robię to tylko dlatego, że zostałam w tym dokumencie wymieniona jako odbiorca o nadrzędnych prawach – przypomniała.
Następnie przechyliła głowę, naprężając ramiona. Spięta, gotowa do bitwy, niezachwiana w tej upartej pewności, że wygra i postawi na swoim. Jaworski jeszcze raz przyjrzał się dłoniom kobiety, jej odsłoniętej szyi, spiętym wysoko włosom. Odważył się też spojrzeć w te przenikliwe, ciemnoszare oczy. Tak jak się spodziewał, nie odwróciła wzroku, odpowiedziała świdrująco i wyzywająco.
– Więc na dziś to raczej tyle, prawda? – spytał słabo, bez przekonania.
Skinęła tylko głową, wstała z gracją i wyszła, nie odezwawszy się ani słowem. Stąpała lekko, niemal bezgłośnie. A jednak, kiedy zamknęła za sobą drzwi, słyszał jej miarowe kroki na korytarzu. Jakby z nim igrała, co zapewne istotnie robiła.
Ubrana cała na czarno, z woalką niewielkiego fascynatora opadającą bokiem na oko, ściśnięta w talii przez fiszbiny mocno zasznurowanego gorsetu, w uniesionej halką spódnicy za kolano, cała przypominała mroczną, smutną lalkę.
Prawda była taka, że przepełniał ją nieukojony smutek straty. Żal i gniew buzowały pod bladą skórą, napędzały codzienną egzystencję kobiety. Sprawiały, że wciąż miała siłę walczyć, choć jednocześnie nie miała siły, by jeść, spać lub myśleć o czymkolwiek innym niż kolejne wyznaczone spotkanie w budynku sądu, następne mediacje czy rozprawy. Pragnęła czuć.
Mijając obcych ludzi, marzyła już tylko o powrocie do domu, gdzie mogłaby pozwolić sobie na chwilę słabości. Ze zrzuconą z twarzy maską, śladami łez na policzkach, zbiegałaby do piwnicy. Tam, za trzema parami solidnych drzwi, w objęciach zimna i wiecznego snu, spoczywało ciało jej ukochanego.
Przecież w swej ostatniej woli napisał wyraźnie, że nie życzy sobie pogrzebu. Że ma z jego zwłokami zrobić to, co uzna za stosowne. Wykorzystać je do woli, a później – w rozsądnym odstępie czasu – przekazać najbliższej jednostce badawczej.
Mogła z nim zrobić co tylko chciała, nie powstrzymywała się więc, bo i po co? To, że postanowiła nie słuchać głosu rozsądku, było w jakimś sensie wyłącznie wymówką. Fakt, że usprawiedliwiała się okolicznościami, że zwyczajnie nie czuła się gotowa, niczego nie zmieniał.
Odnajdywała ekstatyczną ulgę w zadręczaniu się złudzeniami, że z tego snu jej martwy kochanek jednak się obudzi. Kiedyś. A ona, ona jak zawsze, będzie obok. Może zaledwie o krok, góra dwa, od niego. Z ramionami już wyciągniętymi do przytulenia, z ustami rozchylonymi do pocałunku. Gotowa, oddana, lojalna, choć nieposłuszna.
By nie zapomnieć, aby nie wyjść z wprawy, wtulała się w to, co z niego zostało. Muskała ustami gładkie, lodowate czoło. Odsuwała z zastygniętej w nieodgadnionym grymasie twarzy matowe, szorstkie kosmyki włosów. Chwytała palce.
Bo póki pamiętała, istniał. 

3.08.2016

Z piór

Byłam zmęczona. Tak bardzo, że nie miałam siły nawet umrzeć. Leżałam bez ruchu, twarz chowając pod zgiętą ręką i włosami. Gdybym przycisnęła się mocniej do podłoża, wilgotny piasek wdarłby się do mojego nosa i ust. Przymknęłam powieki. Palce drugiej dłoni spróbowałam bez powodzenia zacisnąć w pięść, gdzieś tam musiał leżeć mój miecz. Brakowało mi go, ale potrzebowałam odpoczynku. Szeroko rozłożone skrzydła unosiły się na wodzie, a razem z nimi materiał sukienki. Mokra tkanina opływała moje stopy jak robiłyby to głodne ryby. W tym jeziorze nic nie żyło, nic nie było w stanie przeżyć w tak słonej wodzie. Może to smak upadku, pomyślałam. Ta obojętność, ta beznadzieja. Ta zasychająca na ustach sól. A jednak wypełzłam na brzeg, żeby się nie utopić. Po co, tak właściwie? Leżałam i starałam się odpocząć. Wokół pustka, we mnie pustka. Poranne słońce słabo ogrzewało moje plecy i nastroszone pióra. Było mi zimno. Jednocześnie miałam wrażenie, że płonę. Zmieniłam się w garstkę popiołu.
Właśnie wtedy usłyszałam szelest skrzydeł, jakiś ptak wylądował niezgrabnie nieopodal. Z trudem przechyliłam głowę, mrużąc oczy, popatrzyłam w jego stronę. Zakrakał, wyraźnie zaniepokojony. Przyleciał, bo instynkt podpowiadał mu, że znalazł padlinę. Wyglądało na to, że ma uszkodzone skrzydło – nie był w stanie go złożyć.
Cóż za niefortunna pomyłka, maleńki.
Przechylał głowę, obchodząc mnie wokół. Jego czarne oczy błyszczały ciekawością. Jakby od niechcenia dziobnął piach obok mojej ręki, potem jeszcze bliżej. Leżałam spokojnie. Niech spróbuje, pomyślałam. Wychylił się i uderzył, a ja zacisnęłam palce na jego szyi. Miotał się, drapiąc szponami powietrze. Podciągnęłam się na kolana, oddychając z trudem, ale intruza trzymałam mocno i pewnie.
– Jeszcze nie dziś – szepnęłam.
Krakał i syczał, szeroko rozdziawiając dziób. Był przerażony, rozumiałam go. Z wysiłkiem otrząsnęłam własne skrzydła z wody. Machnęłam nimi, rozpryskując wodę wszędzie wokół. Kruk znieruchomiał. Oddychał coraz słabiej. Obserwowałam go uważnie, jak gaśnie jego siła, jak znika nawet strach. W końcu rozluźniłam palce.
– Taka niespodzianka – sapnęłam.
Stanął dość chwiejnie. Popatrzył na mnie, a ja na niego. Zakrakał cichutko. Uszkodzone skrzydło wisiało odchylone na bok, musiało być kiedyś złamane.
– Nic nie szkodzi – stwierdziłam. – Nie mam ci tego za złe – dopowiedziałam. – Nie aż tak, w każdym razie.
Nawet udało mi się usiąść. Mokra sukienka oblepiała moje ciało, a skrzydła były brudne i wciąż ciężkie od wody. Miecz leżał niedaleko, musiał mi wypaść z dłoni, zanim uderzyłam o taflę słonego jeziora.
Kruk nie odlatywał, przysiadł na piasku przy mojej nodze. Może oszalał, a może coś zrozumiał? Roześmiałam się chrapliwie, wyciągając drżące palce w kierunku ptaka. Przymknął oczy i pochylił łeb. Pozwolił mi musnąć swoje pióra, otarł się o wnętrze mojej dłoni na podobieństwo łaszącego się kota, którym przecież wcale nie był.
Czułam jego życie pod moim dotykiem. Już nie przerażone czy walczące, ale po prostu obecne. Wyczułam własne życie we własnych rękach.
– Jeszcze będziemy razem latać – obiecałam.

8.05.2015

Najlepszy


Panu C. Bo jest.

Iskra świadomości obudziła się w nim, kiedy jeszcze na wpół bezkształtny, powoli wypełzał z magmy. Nie wiedział zbyt wiele, bo też nie do tego został stworzony. Instynktownie chciał być posłuszny, czuł także trudny do opisania głód. Na razie to go określało. Niewidzialna siła pchała go do przodu, więc czołgał się, a potem stawiał jeszcze niepewne kroki, starając się nie potykać o własne cztery kończyny.
Splątany z wyjątkowo mrocznej magii, ze smoczej krwi, z kipiącej lawy, która stygnąc, oblepiała uproszczony szkielet z norytu, zaskamlał, gdy niepewne łapki ugięły się pod jego własnym ciężarem. Zarył nosem w rdzawy piach tuż obok potęgi, która wezwała go z krańców niebytu.
– Wyjątkowo udany – mruknął pod nosem Raum, zwany także Księciem Piekieł. – Obiecujący diabelski pomiot – dodał z uśmiechem, patrząc w kierunku stworzenia.
Czarne szczenię, z wirującymi wokół łap liźnięciami ognia, obdarzyło swojego stwórcę spojrzeniem pełnym lojalności. W złotych oczach zwierzęcia zamigotała chęć wiecznej gonitwy.
Demon kiwnął dłonią zachęcająco.
– Na imię sam sobie zapracujesz – powiedział. – Gdy zdobędziesz dość dusz, o ile oczywiście nie zdechniesz w trakcie – dodał obojętnie. – Nie będę życzyć ci powodzenia, twój miot jest bardzo rokujący, może więc wrócisz… albo i nie – mówił niby do szczenięcia.
Bezimienny spostrzegł siebie jako narzędzie. Gdzieś wewnątrz niego pękła pustka.
***
Jeszcze tej samej nocy płomienne łapy bestii po raz pierwszy nacisnęły na klatkę piersiową człowieka. Brudne myśli, fantazje i decyzje ofiary z daleka przyciągały zło jak magnes.
Ogień, intensywny zwłaszcza wokół szponów stwora i poduszek zapewniających upiornie cichy chód, wypalał oddech istoty ludzkiej. Ciężar szczenięcia, zwielokrotniony przez pradawną magię, uniemożliwiał wdech.
Tak było najłatwiej: zwęszyć trop, zakraść się pod osłoną nocy, poczekać na odpowiedni moment. Potem tylko przycupnąć na szyi lub piersi człowieka pogrążonego w głębokim śnie i wyrywać duszę strzępami, zdobywać na chwałę najważniejszego. Ochłap za ochłapem, smakować gorycz wspomnień, zmarnowanych okazji i nieodpuszczonych grzechów.
Każda śmierć, przerażenie czy przebudzenie w poczuciu ohydnej niemocy, niemożności choćby kiwnięcia palcem, były w istocie diabelskim psim przedszkolem. Treningiem dla ogarów, które – gdy dojrzały – mogły zabijać, ścigać dusze, odszukiwać artefakty albo nawet walczyć z Jasnością.
Dlatego Anioły nie znały litości dla piekielnych szczeniąt. Skowyt unicestwianych potworów niósł się przez warstwy rzeczywistości, sięgał do samego dna Piekła, jednak nie wzbudzał ani litości, ani żalu, co najwyżej znużenie, czasem złość. Z każdego lęgu i tak mógł przeżyć tylko jeden, góra dwa szczeniaki – najlepsze i żadne inne.
***
Wciąż bezimienny i nienasycony, stąpał po miękkim dywanie wewnątrz pogrążonego we śnie domu. Właśnie rozszarpał kolejną duszę, nie umiał policzyć, czy było ich wszystkich kilkadziesiąt, a może już kilkaset?
Nim jednak wydostał się z ziemskiej warstwy postrzegania, skusił go zapach dotąd nieznany, a jednocześnie nieobcy. Dochodził, tak jak dźwięk rytmicznego oddechu, z pomieszczenia na parterze budynku.
Skoro ciekawość była pierwszym stopniem, szczeniak nie mógł się jej oprzeć. Zajrzał do pokoju, choć trop nie wskazywał niczego naprawdę obiecującego.
Na małym łóżku spał spokojnie mały człowiek. Tylko tyle. Żadnej nienawiści ani krzywd. Zamiast nich coś znajomego, ale nie z polowań, z wnętrza – z siebie.
Ogar przyjrzał się chłopcu z ukrycia. Rozbłysły złote oczy, rozjarzyły się płomienie, nie paląc jednak ani podłogi, ani niczego innego, z czym się zetknęły. Poza duszami oczywiście.
Instynkt podpowiadał, by zrobić to, co zawsze, najlepiej szybko, bez zawahania, choć nic nie pasowało do wyuczonego schematu. Mimo to, magia przycisnęła szczenię do działania. Z cichym szczeknięciem stwór wycelował, skoczył i wylądował na piersi dziecka.
Płomienie wybuchły jaśniej, kradnąc człowiekowi oddech. Serce dudniło zbyt prędko, dusza szarpała się w bezsensownej walce. Naraz, gdy miało się skończyć, chłopiec otworzył oczy. Nie zamigotał w nich strach, nie pojawiło się błagalne spojrzenie ciągnące za sobą smród tchórzliwej modlitwy. Nie, to było zrozumienie i… radość.
– Piesek – wykrztusiło dziecko. – Marzyłem o tobie właśnie – szepnęło słabo. – Będziesz moim przyjacielem? – pytało na granicy zgaśnięcia na zawsze.
Następnie, choć nie powinno móc tego zrobić, uniosło rączkę i pogłaskało czarną, smukłą szyję piekielnego psa. Tak po prostu.
Wypełniła się pustka. Zapełniła się po brzegi i rozlała, ponad rozkazem czy głodem. Czystość tej duszy, wzajemna tęsknota za akceptacją stały się sensem.
Szczenię powoli zeszło na pościel, ułożyło się obok dziecka. Nie zasnęło – zło nie zasypia. Warknęło cicho, obnażając długie, białe jak śnieg kły. Czekał, aż przyjdą jego bracia i siostry, by odebrać mu to, co odszukał przez przypadek.
Będę cię pilnować, przyjacielu, obiecywał. Jestem przyjacielem, zrozumiał. 

7.05.2015

Magiczne słowa


nieProszę, niePrzepraszam, (nie)Dziękuję

Gdyby nam jakiś anioł opowiedział coś ze swej filozofii, sądzę, że 
niektóre zdania brzmiałyby tak, jak 2 x 2 = 13.
— Georg Christoph Lichtenberg

Popatrzyła na niego kpiarsko, wyzywająco. Uniosła dumnie podbródek, zmrużyła oczy. Drobną dłoń oparła o rękojeść miecza. Przypominała bez słów, jak szybko potrafiła wyciągnąć go z pochwy, jak niewiele było trzeba, żeby ostrze cięło powietrze harmonijnie z ruchami jej ciała. Spływało krwią zgodnie z życzeniem właścicielki.
Oczywiście, że nie groziła, zaledwie ostrzegała. Jak zawsze.
– Nie rób takich niewinnych oczu, chłopcze, na mnie to nie zadziała – mruknęła.
– Nie rozumiem – szepnął niepewnie.
Nie odpowiedziała od razu. Poświęciła kilka sekund na doprowadzenie do porządku swoich skrzydeł, poprawiła rękawy wyciętej na plecach tuniki. Pozwoliła mu obserwować każdy swój ruch, może nawet igrała z nim, dlaczego miałaby tego nie robić? Niemal pieszczotliwie przesunęła palcem po skórzanym pancerzu okrywającym brzuch i część klatki piersiowej anielicy.
– Widzisz, kruszynko, w moim świecie rycerskość się wspiera, a nie próbuje ją zniszczyć – stwierdziła. – Problem polega na tym, że ty będziesz chciał przestrzegać zasad, świat niekoniecznie, w takich przypadkach przyda ci się ktoś, kto nie boi się ubrudzić, prawda? – zapytała tonem niewinnym i prawie słodkim, jakby rozmowa dotyczyła błahych rzeczy.
– Ale… – zająknął się – ja nie proszę…
– Nie prosisz i nie musisz – wtrąciła. – Niech każdy robi to, co umie najlepiej – skwitowała.
Następnie odbiła się delikatnie od ziemi, opłynęła w strugi światła, po czym rozproszyła się tak, że nie dało się jej dostrzec, choć wciąż pozostała obecna. Zawsze czujna i gotowa.

Gdy tylko zaczynamy widzieć wszystko we wszystkim, wyrażamy to zwykle w sposób niejasny.
Zaczynamy mówić językiem aniołów.
— Georg Christoph Lichtenberg

Skoro egzystencja anielicy opierała się na walce, na zasadach związanych z rozróżnianiem dobra od zła, była przygotowana, że jej podopieczny się pomyli. Inaczej nigdy sam nie nauczyłby się, co to znaczy „wiedzieć”. Błędy były wpisane w proces poznania.
Szedł trudną, wąską ścieżką, pnącą się pod górę. Nagle zawahał się, zwątpił i tyle wystarczyło, by powietrze wokół chłopaka zgęstniało od mocy. Jak wspomniała, nie musiał prosić. Nim potknięcie okazałoby się dla niego śmiertelne, wkroczyła. Zmaterializowana w ułamku oddechu, przepełniona bitewnym szałem, zacisnęła rękę na jego włosach. Szarpnęła za nie mocno, następnie odepchnęła człowieka za siebie.
– Z drogi – warknęła.
W drugiej dłoni już dzierżyła miecz, ustawiała się do ciosu, dzięki skrzydłom wciąż utrzymując równowagę. Światło, białe i okrutne, wypełniło jej oczy. Głos brzmiał potężnie, upleciony przecież do hymnów, do wielkich słów. Ustąp albo giń, nie przewidywała półśrodków.
A gdy było po wszystkim schyliła się ku chłopakowi. Z delikatnością, o jaką nikt by anielicy nie podejrzewał, dotknęła otarcia na jego policzku, potem kolejnego – na przedramieniu. Zrobiła mu krzywdę. Interweniując, sprawiła mu ból. Wcześniej ślepa, upojona jasnym, ostrym blaskiem nie spojrzała szerzej, skupiona tylko na własnej racji. Na skórze, ogorzałej od wiatru i słońca, pozostawiła brudny i krwawy odcisk palców.
– Zabolało – oznajmił, wzrok wbijał w ziemię.
– Nie chciałam, żeby bolało, ale… – urwała.
Jak miała mu to wytłumaczyć, że rozdzierana przez skrajności, wybrała to, co znała najlepiej, co chroniło ją samą, ale jego także. W końcu, zdecydowanym, ale nie brutalnym ruchem chwyciła chłopaka za podbródek, uniosła jego głowę w taki sposób, by musiał na nią spojrzeć.
– Nie mam zamiaru cię przepraszać, rozumiesz? – zapytała. – Nie przeproszę za to, nad czym nie zapanuję ani dziś, ani jutro, to byłoby wobec ciebie nieuczciwe – zauważyła.
Nim zdołał się odezwać, ukojona spokojną barwą jego oczu, zniknęła, żeby mógł odpocząć.

Anioły naprawdę istnieją.
 Jeśli pozwolisz im być i nie zabijesz ich.
— Jonathan Carroll

Po którejś z kolejnych walk, kiedy – z właściwym dla siebie – brawurowym poświęceniem dla sprawy zaryzykował zbyt wiele, tym samym odsłaniając się na cios przeciwnika, anielica przyłożyła mu sztylet do gardła.
– Rób tak dalej, a sama cię zabije – syczała przez zaciśnięte zęby.
Był blady, ranny i zdezorientowany.
– Nie widziałem innego wyjścia – szeptał.
– Jeśli nic nie zmienisz, żadne inne, poza tym ze światłem na końcu, nie będzie ci potrzebne, głupcze – sarknęła.
Bezwolnie opadł na kolana, wtulając twarz w jej uda. Ostrze, którym dotąd mu groziła, zadrżało w jej śliskiej od potu dłoni, nim wypuściła je i pozwoliła sztyletowi upaść. Co on z nią robił? Jak, dlaczego?
– Przykro mi – wyznał słabym, łamiącym się głosem.
Coś w uległości chłopaka, okazywanej przez niego lojalności oraz przywiązaniu, sprawiało, że anielica także stawała się łagodniejsza, bardziej miękka i czuła. Mimowolnie owinęła skrzydła wokół ich dwójki, pozwoliła swoim piórom musnąć jego fizyczność.
– Nie boję się śmierci – oznajmił. – Ani bólu, póki ty jesteś obok.
Słowami, pięknymi słowami przebijał się przez jej warstwy, trafiając w samo sedno, aż miała ochotę wymazać go z siebie. Bezczelny, pozbawiony instynktu gówniarz. Pyłek wobec jej potęgi, a jednak nie umiała go zignorować.
– Nienawidzę cię – skłamała.
Nie odpowiedział, zaprzeczył delikatnym ruchem głowy. W cieniu rzucanym przez jej skrzydła wydawał się nierzeczywisty. A może sama go stworzyła? Na własny obraz i podobieństwo znalazła odpowiedź w przekornym chłopcu o duszy rycerza.
– Będziesz pełzał u mych stóp, płakał i błagał, stanę się twoim koszmarem i najgorszą chwilą, jakiej nawet nie masz możliwości sobie wyobrazić – snuła słowa. – Pozwalam twojej ranie krwawić, a twojej krwi wsiąkać w piach – mówiła coraz głośniej, na granicy krzyku. – I teraz, właśnie w tym momencie, gdy jesteś słaby i bezwolny, ciekawi mnie tylko jedno, chłopcze. – Przymknęła oczy. – Mianowicie, co masz mi do powiedzenia?!
Nie zawahał się ani nie uciekł, odpowiedział od razu:
– Dziękuję.

30.04.2015

Każdy płomień



Daj komuś ogień, a będzie mu ciepło przez jeden dzień, ale wrzuć go do ognia, a będzie mu ciepło do końca życia.
Terry Pratchett – Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Kobieta wymierzyła córce cios otwartą dłonią. Na bladej skórze pojawiło się zaczerwienie.
– Jesteś okropnym bachorem – warknęła przez zaciśnięte zęby.
Dziecko zmrużyło powieki, uniosło głowę. Wokół rudych, splątanych kosmyków zaczęły pełgać niewielkie płomyki. Na ich widok matka cofnęła się gwałtownie, jej twarz wykrzywiał strach zmieszany z obrzydzeniem.
– Nawet nie waż się tego robić w domu – syknęła.
– Myślisz, że możesz mi rozkazywać? – Chandra spytała tonem, jakiego nikt nie spodziewałby się usłyszeć, patrząc na chudą, bladą kilkulatkę.
Kiedy uniosła drobną dłoń, płomienie okalały już palce i nadgarstek. Przez chwilę napawała się przerażeniem rysującym się na twarzy matki, po czym bez słowa wybiegła z domu. Pozostawiła za sobą charakterystyczny zapach, kojarzący się z rozpalaniem ognia w piecu. Gdy trzasnęły drzwi, kobieta osunęła się na podłogę. Codziennie zadawała sobie to samo pytanie, czemu ta przeklęta krew skaziła akurat ich rodzinę, czym sobie na to zasłużyli.

Chandra uważała, że świat nie zasługiwał na nią, jej potęgę i potencjał. Nawet jako dziecko, rozumiała, jak wiele może zdziałać płonący w niej ogień. Nie igrała ze swoim darem, nie traktowała go lekko. Odrobiła lekcję.
Kiedyś włożyła dłoń w dogasające ognisko, żar i ciepło zdawały się przyciągać dziewczynkę. Och, jakże poczuła się zdradzona, gdy ból sparaliżował niespodziewające się tego ciało. Ułamek sekundy później odskoczyła do tyłu, przykładając zranioną rękę do ust. Na szczęście oparzenie nie było poważne i nawet nie zostawiło blizn, ale Chandra raz na zawsze zapamiętała, jak wielką siłą był ogień. Jaki bywał po ludzku zdradliwy.
Dorastała w poczuciu wyobcowania, spędzając najwięcej czasu w lesie. Starała się wsłuchać w siebie, zrozumieć i opanować złość, która ją napędzała. Nienawidziła swoich sióstr, za ich przeciętność, nudną zwykłość, urok naznaczający te okrągłe buzie. Nienawidziła innych za ich słabości, tę przezroczystość ich spojrzeń.
Spiczasty podbródek Chandry, osadzenie jej oczu o nieokreślonej barwie, wściekle rudy kolor włosów – wszystko podkreślało to, kim była.
Płomieniem, żarem, zniszczeniem!

Żeby obronić własną wolność, postanowiła – w odwecie za wyznaczoną datę aranżowanego ślubu – zniszczyć kilka domów. Wywołać chaos oraz strach. Zbudować wokół swojej osoby legendę, która dałaby Chandrze swobodę podejmowania decyzji na temat własnego życia. Pomysł wydania jej za mąż od początku, kiedy tylko powstał, gdy jeszcze była dziewczynką, budził jej wściekłość. Próbowała przemówić ojcu do rozsądku, błagała starszego brata o wstawiennictwo i ratunek, bezskutecznie. Opóźniła jedynie wykonanie wyroku.
Domem rządziła matka, która miała jej dość. Matka, która przez te dwadzieścia lat zdążyła znienawidzić własne dziecko, niezliczoną ilość razy powiedzieć głośno, że żałuje chwili jej narodzin.
Odrzucona, niechciana, skostniała wewnątrz. Dziewczyna poczuła się zdeterminowana jak nigdy wcześniej.
Ogień owinął pieszczotliwie palce Chandry, otulił nadgarstki i przedramiona. Stopił się w jedno z jej ciałem, ubraniem, nie robiąc krzywdy. Wypchnęła go delikatnie do przodu, aż zajęła się ściana i dach najbliższego budynku. Potem powtórzyła to wszystko kilka razy. Wybrała opuszczone chaty na obrzeżach wioski, nie chciała nikogo skrzywdzić, jedynie obronić siebie. Nie mogła zdawać sobie sprawy z konsekwencji… Nie mogła!

Była bezradna wobec armii, która przybyła zmieść jej wioskę z powierzchni ziemi. Choć piromantka walczyła wściekle, nie mogła uratować nikogo. Ani swojej rodziny, ani sąsiadów. Zapłacili wysoką cenę za pożar, który wywołała. Przysłani przez pobliską świątynie żołnierze byli świetnie wyszkolonymi zawodowcami. A ich zadanie brzmiało: zabić ludzi skalanych magią ognia. Kapłani uznali, że tak rozległych zniszczeń nie mógł dokonać jeden mag.
Chandra, ukryta w cieniu budynków, słyszała, jak odczytują wyrok.
Tych, których nie dosięgły miecze lub włócznie, strawił dziki, nienasycony ogień, którym otoczyła się w odpowiedzi na próbę schwytania. Jednak ich było wielu, a ona jedna, przepełniona żalem i bólem. W końcu udało się im ją złapać, przycisnąć do jej szyi ostrze miecza. Na skórze zawisła kropelka krwi, Chandra dyszała ciężko, brudna i obolała, a kiedy już miała umrzeć, żar jej duszy wybuchł iskrą.

Tak, podobnie jak wielu innych przed nią i po niej, Chandra odkryła w sobie iskrę Wędrowca, pozwalającą jej na przenoszenie się między równoległymi światami. Nie była odmieńcem, wyrzutkiem albo potworem, ale utalentowaną czarownicą ognia.
Rzeź naznaczyła Chandrę. Spopieliła jej zdolność odczuwania współczucia, naruszyła tę delikatną równowagę emocji. Zmieniła dziewczynę w żywioł. Ogień na stałe wypełnił jej żyły, otaczał aureolą jej włosy, stopy i dłonie. Był przy niej, a ona była tym żarem i gorącem.

Kiedy Jace Beleren przyłożył chłodną dłoń do czoła Chandry, przypieczętowując jej przegraną, poczuł gorąco, które jednak nie mogło zrobić mu krzywdy. Zmęczył dziewczynę magią iluzji, które – choć rozpadały się pod wpływem wściekłych ataków – odradzały się z jego magii bez końca. Teraz plótł wokół niej paraliżujący czar, odbierający możliwość ruchu, hamujący wolę. Jednocześnie to samo zaklęcie, na wskroś przesiąknięte magią powietrza i wody, otworzyło przed Jacem drogę do umysłu Chandry. Klęczała przed nim, łzy płynęły po jej bladych policzkach, płonące dotąd rude włosy, zgasły. Zwisały wokół jej twarzy, wiły się na ramionach i karku, nieczesane od dawna. W umyśle czarodziejki także panował bałagan. Tak wielki, że Beleren zastanawiał się, jakim cudem w ogóle funkcjonowała. Wyglądało to tak, jakby ktoś schwytał żywy ogień, a następnie wtłoczył go między ludzkie myśli. Chandra była jak pożar, jak żądza.
W końcu cofnął palce, wiedząc, że gdyby dotykał jej i tych myśli sekundę dłużej, spłonąłby, a ona razem z nim.

2.12.2014

Ogonem: Za mało, za dużo



Jestem ostatnim z miotu. Gdyby ktoś zapytał, jakie to uczucie, odpowiedziałbym, że jak kiedyś, gdy pierwszy pchałem się do miski, tylko nie ma za mną sióstr i braci.
Mam swoje stado, mam je, choć starość niczego mi nie ułatwia. Odbiera mi sprawność, wygodę jedzenia, samodzielność. Odziera mnie z godności, ale nie z dumy. Głowę noszę wysoko i prosto, na ile pozwala mi ten nieproszony gość w mojej czaszce, który czasem przypomina o sobie falą bólu. Nie wspominam o sercu, o wątrobie, o skrzywionych zębach. Wciąż dryfuję na wyżynach dawnego majestatu, choć obecnie to już tylko wspomnienie władzy. Jej swojski zapach, gdy szczurom wystarczała moja cicha obecność, by wszystko było na swoim miejscu.
Nie chcę, aby ktokolwiek pomagał mi przy zachowaniu higieny. Udaję, że zapominam, kiedy to robią.
Nie chcę, aby ktokolwiek traktował mnie specjalnie. Nie pamiętam, że tak się dzieje.
Nie chcę utkwić w niesprawnej skorupie, uwiązany do cielesności, która jest brzydka, nieposkładana, taka niepasująca. Ale jestem. Wciąż jestem, choć teraz przedziwnie samotny, a szepty słyszę czasami aż nazbyt wyraźnie.
Nikt nie obiecywał, że będzie tylko pięknie. Nikt nie obiecywał, że będzie wiecznie, że będę wiecznie w taki sposób. Nawet bogowie mają swój czas i miejsce. Moja, najważniejsza, mówi czasem, iż wierzy we mnie i dlatego nie mogę odejść. Chciałaby. Ja też czasem bym sobie tego życzył. Kiedy rozlega się to znajome, świdrujące „dobry szczur” szukam jej, jej palców i pestki dyni. To przypomina o dawnych dniach, gdy za moimi plecami obracał się najdroższy z braci, a ja pokonywałem wciąż i wciąż przepastną ciemność tunelu.
Teraz ta starość – taka nieładna, śmierdząca i posklejana – jest moim tunelem. Człapię przez niego – przez swój czas – łapa za łapą. Nie wiem, kiedy nastąpi ostatni krok. Niczego już nie planuję. Może się pożegnam, a może odbiegnę gdzieś daleko, zbyt zaangażowany w sen o wielkiej łące. Gdyby to było takie proste. Mapa życia prowadzi mnie do Zasłony Szeptów, a ja jestem Tym, który zaczął i… na swój sposób, dla tych, którzy będą chcieli to zrozumieć, nigdy się nie skończę.
                            
Ludziom, którzy utknęli w gorzkiej znajomości praw oraz zasad.

Pan Perkun Kaukai

Ogonem: Szepty siły


Zwijam się w ciasny kłębek snu. Ciszej, błagam. Albo lepiej już nic nie mów, nie wymyślaj, nie zastanawiaj się dłużej. Bo po co? Uznajmy, że taka była cena za moją siłę oraz za to, kim byłem. Wiedziałaś, że duszę też można iskać? Pozwól mi, tylko już nie rycz. Głowa do góry. Plecy prosto. Idź już, byle do przodu. No, idź, głupia, zanim zmuszę cię do biegu. Zawsze mogłem to zrobić, nigdy w to nie wątp.
Gąsko naiwna, przecież nie odszedłem. To, że mnie nie widać, nie oznacza, że mnie nie czuć. Doskonale wiesz, jak to działa. Jestem Tym, który zaczął. Tacy nie rozpływają się w niebycie. Dostrzeż to, że wciąż bywam i czuwam nad nimi, nad wami. Jeśli tęsknisz, poszukaj mnie w moim rodzeństwie. Przesuń wzrokiem po maluchach z linii, płomyk nie gaśnie, o ile się o niego dba. Istnienie nie ogranicza się do wskazówek zegara.
Kiedy dusisz żal, obserwuj uważnie tego, którego przygotowałem. Widziałaś przecież, że go uczę. Łudziłaś się, że to oznacza coś innego. Jeszcze nie dziś, powtarzałem. Do momentu. Nie było pretensji, kiedy odsłoniłem przed nim gardło i brzuch. Zapracował na to. Tyle mnie w tych jego niuansach, drobnych ruchach, chęciach. Magia nie mija, zostawia ślady.
Cieniem przemykam pod znajomymi dłońmi, przyczajam się w kątach klatki, chowam pod ulubioną poduszką. Licz do ośmiu, a potem nawet  do ilu chcesz. Na pajęczynie emocji wiszą – niczym krople rosy – wspomnienia pełne życzliwych ludzi. Ich uśmiechów, zachwytów, pieszczot. Piękne jest to, że nie muszę nikogo określać, sami wiecie, że wzywam was przed szereg. Przypominam o sobie, nieobecny wśród obecnych. Nienazwany wśród nazwanych. Bezimienny z wyboru, taka była moja wola. Obserwowaliście to, jak grałem ze śmiercią w grę bez zasad. Oszukiwałem ją dość długo, by w końcu ona oszukała mnie. Albo po prostu na moment przygarnęła mnie zbyt blisko. To nieistotne, już nie. Ból waży się tylko w tu – namacalnym, nie tam – moim teraz.
Proszę, nie licz już dni. Oddychaj, a ja zabiorę tęsknotę do siebie. Zagarnę smutek, zliżę z policzków sól wybrakowania.
To stado – na zawsze moje stado, bo to nie mija, jeśli serce bije do końca w rytmie – udowadnia, że było warto.  Jest warto.
Zawsze z wami, choć bez was.
Siła spojrzenia, piękno, duma.

Nie budź, to rozkaz. 

Ogonem: Wyznania wojownika



Po pierwsze – walka zawsze trwa tyle, ile musi. Nigdy dłużej ani krócej. Nie rozmawia się o niej i jej nie rozpamiętuje.
Jeśli zadzierasz z moim stadem, zadzierasz ze mną. Nie myśl, że się ugnę. Nigdy nie sądź, że się poddam, bo to już nie leży w mojej naturze. Może kiedyś, zanim wielki nieobecny złamał mnie, by mnie wzmocnić. Wyszkolił mnie, pokazując, że ten moment to mój czas, by zadecydować. Wykorzystałem szansę.
Rdza spływa po moim futrze. Rdza, którą stworzyła ona. Ważna ona. Taka była idea imienia. W oczach czai się siła księcia piekieł. Tego, który mieszał w relacjach wrogów i przyjaciół. Oto ja – RAUM R’DZ SunRat’s, możesz już uciekać. Policzę do trzech, potem i tak pobiegnę przodem, przeskoczę, przejdę. Nie ma dla mnie miejsc nie do zdobycia. Po trupach do celu? Niekoniecznie, ale gdy czegoś chcę, umiem to okazać. Tędy, tędy! Wyciągnij rękę, bym mógł iść dalej!
Po drugie – starcie powinno rozwiązywać problem, nie go tworzyć.
Dźwigam na barkach legendę mojego ojca. Jeśli się mnie boisz, trudno, ja mogę się z tym pogodzić. Naprawdę. Nie przejmuję się już tym, co myślą o mnie inni. Przestałem unikać tego, kim się stałem. W walce się nie poddaję, nigdy też nie odwracam się plecami do przeciwnika. Przez swój upór stanowię fundament stada. To ja delikatnie napinam nitki relacji wewnątrz grupy. Nikt nie może być za blisko piedestału ani za bardzo się od niego oddalić. Kiedy to konieczne, i tylko wtedy, wykorzystuję strach innych szczurów, manipuluję nim, by osiągnąć posłuszeństwo lub lojalność. Nie musisz tego rozumieć, po prostu to uszanuj. Myślisz, że nie mam serca? Mam, może jest z kamienia, ale bije równo i lojalnie. Oddałem je swoim ludziom oraz swojemu stadu.
Po trzecie – mądry wojownik wie, że czasem trzeba zasnąć, a śpi się najlepiej wśród wiernych przyjaciół.
Na pewne rzeczy po prostu trzeba sobie zapracować.

Raum, być może ostrzący sobie zęby… na coś lub kogoś. 

Ogonem: Monologi majestatu



Już, kiedy się urodziłem, wiedziałem, że moje istnienie będzie naznaczone czymś wielkim. Nie dostaje się imion po bogach – nie jest się ich manifestacją – jeśli ma się po prostu przeżyć swój czas. Na czele gromadki maluchów, na czele swojego stada. Nic mnie nie powstrzymało, a otarcie się o śmierć tylko jeszcze mocniej naznaczyło mój los. Nazywam się PERKUN KAUKAI Happy Feet.
Czy władam piorunami? A czy nimi nie władam? Kto z Was mierzył się z Wilczakiem (ponad trzydzieści kilogramów włochatego bydlęcia z problemami w obrębie uznawania autorytetów) na spojrzenia i wygrał? Kto z Was potrafi powiedzieć NIE, nawet nie otwierając ust. Jestem siłą i magią.
Niektórzy sądzą, że moją opiekę można sobie kupić. Zdradzę Wam sekret. Na nią po prostu trzeba sobie zasłużyć. Na nic nawet litry piwa czy miodu, jeśli kogoś nie uznam za godnego mojej uwagi. Nauczyłem moich ludzi jednej ważnej rzeczy: w stadzie albo jesteś, albo nie. Jeśli z niego odejdziesz, nie ma już dla Ciebie miejsca. Jeśli do niego przyjdziesz, musisz udowodnić, że to jest miejsce dla Ciebie. Twoje tu i teraz.
Łykam czas jak na szczura przystało. Moje rok i niespełna dziesięć miesięcy to ogrom chwil pełnych dumy z tego, co udało się osiągnąć mi lub mojemu stadu. Oni to ja. Ja to oni. To się nie zmieniło, nawet kiedy odszedł najważniejszy. W chwili, w której pożegnałem brata, on poszedł ścieżką prowadzącą do Zasłony Szeptów, ja zostałem tutaj. Spotkamy się, bez obaw. Był bogiem jak ja, był majestatem – jak ja.
Wiem więcej, niż niektórym wydaje się, że wiem. Widziałem dużo, patrzyłem poza czas, poza proste mechanizmy codzienności. Jeśli masz wątpliwości, spójrz mi w oczy, o ile znajdziesz odwagę. Może nawet poliżę Twoje dłonie. Może przeczeszę Twoje włosy, może ukradnę Ci kawałek serca. Nie żałuj go, choć licz się z tym, że kiedyś odbędzie ze mną tę najdłuższą podróż z możliwych. Dla wielu będę tylko szczurem. Może ładnym szczurem, może dużym. Może obrzydliwym, przez swój ogon.
Dla jednostek będę Tym szczurem, który zaczął.
Tym, który będzie, nawet kiedy opadnie pył złudzeń.
Wyciągnij do mnie rękę, chętnie zapamiętam Twój zapach, człowieku.
Tak, bo tak. Bo mogę i chcę.
Perkun z wyżyn majestatu.



NITECZKI: 
Wyznania wojownika 
Szepty siły
Za mało, za dużo

25.07.2014

Zabawa



Szarpnął ją za warkocz. Wykrzywiła się i pisnęła, więc pociągnął mocniej.
– Nie lubię się z tobą bawić – stwierdził.
Popatrzyła na niego ufnie, jednocześnie z oddaniem i współczuciem. Nie próbowała się uwolnić, nie narzekała. Nawet podniosła rękę, próbując dosięgnąć bladego policzka chłopca. Chociaż byli rówieśnikami, sięgała mu zaledwie do ramienia. Górował nad nią nie tylko wzrostem, ale także siłą, co zresztą często podkreślał.
– Oni nie chcą się z tobą bawić, a ja tak – szepnęła.
Prawda sprowokowała go do kolejnego szarpnięcia za włosy. W zielonych oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Za to jego – szare – pozostały zimne i obce. Zacisnął wąskie wargi, napiął plecy.

Złościł się, kiedy przypominała mu, że wszystkich przeraża. Nie skomentował tego, co powiedziała. Prychnął lekceważąco, po czym odepchnął ją tak, że zachwiała się i upadła. Nie próbował jej podnosić, nie przeprosił. Tylko obserwował, jak wstała z trudem, otrzepując prostą beżową sukienkę z piachu i brudu.
– Jesteś beznadziejna – burknął.
Podniosła głowę i splotła dłonie przed sobą, zanim odpowiedziała:
– Ale cię kocham – przyznała.
Uśmiechnęła się delikatnym uśmiechem kogoś, kto wie więcej.
– Chociaż ty siebie nienawidzisz, bracie – przypomniała cichym, łagodnym tonem.

Wykrzywił się w tak dobrze znanym jej grymasie, prawie drżał z wściekłości. Ruszył do przodu, nim zdążyła zareagować. Uderzył ją z całej siły w klatkę piersiową, a nim ponownie upadła, zacisnął pięści na przodzie sukienki. Jego blade, długie palce wpijały się w materiał, który – ściągnięty pod szyją – utrudniał dziewczynie oddychanie.
– Skończ! – rozkazał. – Nie chcę tego słuchać – wrzeszczał, a kropelki śliny spadały na jej twarz.

Znów nie próbowała mu oddać. Gdyby go uderzyła, byłoby tylko gorzej. Obserwowała, jak ciężko oddycha, szukając możliwości wybrnięcia z sytuacji. Jego twarz stężała, aż w końcu powoli rozluźnił chwyt. Żeby nie upaść kolejny raz, przytrzymała się ramienia brata. Nie strząsnął jej ręki z siebie, nic nie powiedział. Z zamkniętymi oczami, z opuszczoną głową, próbował zaakceptować fakt, że nikt poza nią nigdy nie będzie chciał się z nim bawić. Nigdy – jak wyrok bez możliwości odwołania.

Kiedy zyskała pewność, że jego wściekłość wyparowała, podeszła bliżej. Opuściwszy ręce wzdłuż boków, wspięła się na palce.
– Kiedyś znajdę właściwą osobę, bracie – wyraźnie akcentowała każdy wyraz. – I wtedy już nigdy nie będziesz musiał się ze mną bawić – obiecała.
Coś w jej głosie kazało mu wierzyć, że dotrzyma słowa. Może właśnie pod wpływem tej pewności, ledwie muskając, drżącymi palcami pogłaskał ją po włosach.

– Okaże się, siostro. – W szarych oczach na ułamek sekundy zamigotała nadzieja.

23.05.2014

Głodna



Pora na... 


Nad Krainą Ooo zapadał zmierzch, kiedy Finn, zapatrzony na zachodzące za horyzontem słońce, powoli przymknął powieki. Dzień pełen wrażeń, kolejnych przygód i walk, wyczerpał nawet chłopca. Jake chrapał już smacznie w swoim łóżku. Finn też powinien udać się na spoczynek, ale z jakiegoś powodu siedział na trawie za domem i –na wpół drzemiąc, pogrążony w marzeniach, do których nigdy by się nie przyznał – pozwalał mijać kolejnym sekundom.

Nagle zimny dreszcz przebiegł Finnowi po plecach, a chwilę później poczuł lodowate dłonie zaciskające mu się na karku. Tuż przy jego uchu rozległ się warkliwy, złowrogi szept:

– Zgadnij kto, człowieku.

– Ma… Marcelina – wyjąkał.

Jakby towarzystwo wampirzycy nagle rozbudziło go i odebrało spokój. Dziewczyna, w charakterystycznym dla siebie stylu – unosząc się w powietrzu – z palcami owiniętymi wciąż wokół jego szyi, pojawiła się przed nim, obrócona do góry nogami. Długie, ciemne jak mrok włosy tym razem splotła w piękny warkocz, którego koniec kołysał się hipnotyzująco tuż nad ziemią.

Finn zadrżał, choć przecież nie bał się niczego ani nikogo, a już na pewno nie Królowej Wampirów.

W odpowiedzi na to badawczo zmrużyła powieki, skupiając spojrzenie czarnych oczu na twarzy przyjaciela. On odruchowo zagapił się na ślady ugryzień na jej wątłej, wygiętej szyi. Blizny kontrastowały z tym, jak była blada, a to z kolei podkreślały ostatnie promienie słońca, na szczęście zbyt słabe, by zrobić wampirzycy krzywdę.

– Jestem taka głodna, Finn – szepnęła.

Delikatnie przesunęła opuszkami palców po jego policzkach, psotnie zahaczając o krawędź czapki. Zanim chłopiec zdołał zaprotestować, szarpnęła, ściągając materiał z jego głowy. Jasne włosy rozsypały się na czoło chłopca w burzy niesfornych, zaniedbanych kosmyków.

– Jestem głodna – powtórzyła. – A ty mnie nakarmisz, prawda? – spytała, przysuwając się bliżej.

Ich usta prawie się stykały, więc policzki Finna pokrył rumieniec zawstydzenia. Czuł, jak ceglaste plamy wykwitają na jego policzkach i zdradziecko wpełzają aż na uszy. Marcelina zachichotała, na wpół diabolicznie, na wpół rozbawiona.

– To… – Finn próbował powiedzieć cokolwiek, ale nie zdążył.

Wampirzyca już łapczywie wsysała czerwień wprost z jego skóry.

Gdy skończyła, a trwało to zaledwie mgnienie, mlasnęła zadowolona i rozpłynęła się w powietrzu, nie słysząc, jak chłopiec dokończył zdanie.


– … byłby dla mnie zaszczyt – wyznał cicho. 

... deser!


22.03.2014

Cztery smaki uczuć



Wiosna
Oh, kiss me beneath the milky twilight
Lead me out on the moonlit floor
Lift your open hand
Strike up the band and make the fireflies dance,
Silver moon's sparkling
So kiss me1

Las wydawał się pogrążony we śnie, tylko wiatr szumiał lekko w koronach drzew. Wszystko ucichło jednak, gdy kobieta dotknęła policzka swojego męża. Jej blada dłoń była lodowato zimna, ale on nie cofnął się, przeciwnie – wtulił twarz w idealne palce, lekko się o nie ocierając. Jakby go zaczarowała. Patrzył na piękną twarz żony i czuł się szczęśliwy. Choć ich serca nie biły, wypełniała je miłość. Uczucie, które pokonało śmierć i przetrwało dramatyczne rozstanie. Emocja zdawała się wypełniać ich ciała i rozpalać w złotych tęczówkach radosne iskierki. Bella zagryzła dolną wargę. Walczyła z samą sobą, z barierą kreowaną przez jej umysł. Kiedy udało się ją zburzyć, Edward mógł zobaczyć wszystkie myśli ukochanej. Sny krążące wokół niego, kiedy jeszcze była człowiekiem. Wspomnienie pierwszego, przyprawiającego o utratę tchu, pocałunku. Strach i smutek, gdy ją opuścił, choć teraz wiedziała już, że zrobił to dla jej dobra. Dla niej mógł umrzeć i nie wyobrażał sobie życia bez Belli u swojego boku. Dziś, gdy od ślubu minęło dziesięć lat, powoli docierała do niego świadomość, że mają dla siebie wieczność. Nic nie mogło ich rozdzielić. Właśnie to widział w myślach żony. Pewność, oparcie, szacunek i przywiązanie. Sympatię, oddanie i przyjaźń. Niteczki więzi zaciskały się z każdą sekundą mocniej, choć nikt nie wierzył, że można kochać bardziej. Uczucia wisiały niemal namacalne w powietrzu wokół pary. Edward odetchnął i położył swoją dłoń na dłoni żony, dając jej tym samym znak, że może znów zamknąć swój umysł. Przez chwilę na jej twarzy widoczne było rozczarowanie i frustracja. Mimo upływu czasu i ćwiczeń, opuszczenie mentalnej tarczy wciąż było trudne i wymagało od kobiety skupienia i wysiłku. Uśmiechnął się do niej lekko. W odpowiedzi zachichotała jak wtedy, gdy miała siedemnaście lat. Zamknęła oczy, czując wargi męża na swoich ustach. Smakował słodko. Jak pierwsza wata cukrowa, którą się je niedowierzając, że rodzice zgodzili się ją kupić. Jak pierwsze lody waniliowe, orzeźwiające w słoneczny dzień. Jak pierwsze udane, własnoręcznie upieczone ciasteczka. Zawsze wydawało się im, że przeżywają to pierwszy raz – odkrywając siebie i swoje dusze.



Lato

Gladly now
Please suck me dry
And still you'll cry
To be back in her bosom
To do it again
Pray 'til I go blind
Pray 'cause nobody ever survives
Praying to stay in her arms
Just until I can die a little longer
Saviors and saints
Devils and heathens alike
She'll eat you alive2

Jęknęła, gdy poczuła jego zęby na swojej szyi. Musnął ustami obojczyk, a potem ułożył się tak, by móc szeptać wprost do jej ucha.
– Pragnę cię całej. – Pogłaskał blade, szczupłe przedramię. – Chcę słyszeć, jak prosisz mnie o spełnienie – kontynuował, pieszcząc drobne piersi.
Wygięła się lekko pod wpływem dotyku, łkając cicho.
– Chcę widzieć twoją rozkosz. – Igrał z pożądaniem, czubkami palców sunąc w dół brzucha ukochanej.
Warknęła gardłowo, chwyciła nadgarstki męża i podnosząc mu ręce nad głowę, usiadła na jego biodrach.
– Teraz ja dyktuję warunki – szepnęła, a coś w jej oczach świadczyło o tym, że nie ma szans na ratunek.
Pasja i pożądanie, których nie mogli nasycić, wciąż buzowało w ich krwi. Mimo pięćdziesięciu lat wspólnego życia, zachowywali się jak para nastolatków. Zresztą tak właśnie wyglądali – uwięzieni w ciałach zbyt młodych na dorosłość. Spragnieni siebie, wciąż głodni bliskości. Nie tylko psychicznej, ale też fizycznej. Niekiedy egoistycznie narzucający drugiej stronie gry o zawiłych zasadach, których nie pojąłby nikt inny. Edward bezpowrotnie utracił swoją niewinność – rozsmakował się w braniu i dawaniu. Bella od dawna nie pamiętała o wstydzie – prosiła, żądała i nauczyła się błagać o rozkosz. Czasami czuła pod powiekami pieczenie i wiedziała, że gdyby mogła się rozpłakać, płakałaby setki razy. Z powodu upokorzenia, z przyjemności, ze wzruszenia. Z milionów powodów, które przytłaczały osobowość kobiety i kształtowały ją od nowa. Zmieniała się nieubłaganie. Zapominając o tym, jak proste i naiwne było jej ludzkie życie. Jak krótkie i nic nie znaczące. Mignęło. Kiedy wtedy skoczyła z klifu, zobaczyła je całe – od początku. Nieruchome obrazki, przesuwające się w jej umyśle, jak osobliwy pokaz slajdów. Słona, zimna woda. Gdy spotkała Cullena, wszystko się zmieniło. Również dla niego. Stał się bardziej drapieżny, niebezpieczny – rozchwiany emocjonalnie. Szukał wraz z nią czegoś, co nieosiągalne majaczyło na linii horyzontu. Odsunął się od rodziny, podporządkowany umykającemu celowi – zlany z Bellą w jedno ciało, jeden gardłowy okrzyk orgazmu.



Jesień

I can fly
But I want his wings
I can shine even in the darkness
But I crave the light that he brings
Revel in the songs that he sings
My angel Gabriel
I can love
But I need his heart
I am strong even on my own
But from him I never want to part
He's been there since the very start3

– O co ci chodzi, do cholery?! – krzyczał na całe gardło, zaciskając dłonie w pięści. Spojrzała na niego z wyrzutem, a w jej czarnych oczach pojawiło się rozczarowanie.
– O nic – warknęła. – O pierdolone nic – dodała.
– To czemu się tak zachowujesz? – Starał się opanować drżenie głosu i mówić ciszej, ale wyglądało na to, że tylko jemu zależy, żeby zakończyć tę bezsensowną kłótnię. Kolejną w ostatnim czasie. Martwił się, ale nie potrafił znaleźć przyczyny pretensji Belli. Miał dość starania się trafiającego w próżnię. Poirytowany pozwolił wciągnąć się w sprzeczkę o nic, a teraz stali naprzeciw siebie i wydzierali się na całe gardła. Jak dwa walczące o ochłap padliny kundle.
– Bo mam taką ochotę – syknęła.
– To nie jest odpowiedź! – Miał ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami, ale jeszcze tliła się nadzieja, że jeśli będzie dość cierpliwy, Bella uspokoi się i ustąpi.
– Dla mnie jest – burknęła pod nosem i wyszczerzyła zęby, gotowa rzucić się na niego, gdy zrobił krok w kierunku żony. Opuścił ręce w całkowitej rezygnacji. Pokręcił przecząco głowo i szepnął:
– W ten sposób nie dojdziemy do niczego dobrego. Porozmawiamy spokojnie rano, kiedy wrócę... – I zanim mogłaby go powstrzymać, wypadł przez kuchenne drzwi wprost do lasu. Wiedział, że nie będzie go szukała. Nie robiła tego od przeszło dwudziestu lat. Ponad wiek razem nauczył Edwarda, że kobiety są skomplikowane i nic, co działało wczoraj, nie skutkuje jutro. Tymczasem ona usiadła na podłodze w ich małym salonie i łkała wściekła, że nie może płakać. Wściekła, że musi pić krew. Wściekła na niemożność normalnego spaceru ulicą w ciągu dnia – ciekawe, co powiedzieliby ludzie, gdyby zaczęła się iskrzyć w słońcu jak pieprzony brylant. Wściekła na siebie, na niego, na wszystko. Samotna, stęskniona i sfrustrowana. Miała wrażenie, że na języku czuje kwaśny smak zepsutego mleka, ale to tylko jad spływał do jej ust pod wpływem emocji. Potrzebowała kogoś, komu mogłaby powiedzieć o wszystkim, a Edward tylko uciekał. Nie przytulał jej, nie głaskał po głowie, nie towarzyszył w tych prostych czynnościach, których wspólne wykonywanie kiedyś tak ich cieszyło. Był obok, a ona pozwalała mu na to. Nie wnikała w jego ból, rozdzierający wrażliwy umysł, gdy zostawiał zrozpaczoną żonę, nie potrafiąc przeczytać w jej myślach, o co tak naprawdę chodzi. Przeczuwał prawdę i nie miał sił, by się z nią zderzyć. Tkwił w swoim najgorszym koszmarze.



Zima

Why the fuck why the fuck are you looking at me
There's a time for us all and I think yours has been
Can you please hurry up cos I find you obscene
We can't wait for the day that you're never around
When that face isn't here and you rot underground
Can't believe your were once just like anyone else
Then you grew and became like the devil himself
Pray to god I can think of a nice thing to say
But I don't think I can so fuck you anyway
So fuck you anyway4

Patrzyła w płomienie, odczuwając ulgę. Gorzkie ukojenie. Znów wolna, choć bez szans na odzyskanie tego, co straciła. Zaśmiała się, krzywiąc twarz. Smrodliwy dym wdarł się do jej gardła, przypominając o tym, co właśnie zniszczyła. Dwieście lat razem. Sto lat męki. Pogrążała się w smutku i żalu powodowanymi utratą kogoś ważnego. Opłakiwała samą siebie – siedemnastoletnią, nawiną zakochaną dziewczynę, którą własne kompleksy i idealizm zapędziły w zaułek bez wyjścia. Zaszczuły ją i podporządkowały. W końcu, gdy dała upust całej nagromadzonej wściekłości, tłumionej nienawiści, pozostała jedynie ucieczka. Nie planowała tego, choć czasami zdarzało się, że myślała o tym, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy nie spotkała wampira o miedzianych włosach i złotych oczach. Oczach, które zgasły bez walki. Dawno temu. Wszystko mija. Czas nie zna litości. Nie zatrzymuje się i nie zastanawia. Jest boleśnie obiektywny i ślepo sprawiedliwy. Bella wyciągnęła rękę w stronę płomieni, przez chwilę pragnąc poczuć ich ciepło, ale niemal natychmiast cofnęła dłoń. Nic nie mogło skruszyć lodu, który skuł jej jestestwo. Płonęły książki, ślubna podwiązka, wstążka zdobiąca pierwszy gwiazdkowy prezent, wszystko. Zapatrzona w przestrzeń, starając się zamknąć skończony rozdział, szepnęła:
– Na swój sposób będę cię zawsze kochać, Edwardzie. Teraz jednak muszę odejść i nie chcę brać cię ze sobą. Żegnaj.
Odwróciła się i pobiegła w stronę nowego życia, które miała nadzieję odnaleźć na jednej z licznych ścieżek. Wiedziała, że nie zasługuje, ale tak bardzo pragnęła kolejnej szansy. Łudziła się, że czeka na nią coś dobrego. Gdzieś tam, przed nią. Kluczyła między drzewami, niczym zwierzę gonione przez watahę wilków – pewne, że gdy tylko się zatrzyma, nastąpi koniec. Bella bała się końca. Przerażał wizją nicości, czekającą wszystkich jej podobnych. Biegła. Czuła wiatr na twarzy – ożywczy, kojący, pieszczotliwy. Nie oceniający ani jej, ani Edwarda.

---------

1 – Sixpence None the Richer – Kiss Me
2 – Puscifer – Rev 22:20
3 – Lamb – Gabriel
4 – Archive – Fuck You