Byłam zmęczona. Tak bardzo, że nie miałam siły nawet umrzeć.
Leżałam bez ruchu, twarz chowając pod zgiętą ręką i włosami. Gdybym przycisnęła
się mocniej do podłoża, wilgotny piasek wdarłby się do mojego nosa i ust.
Przymknęłam powieki. Palce drugiej dłoni spróbowałam bez powodzenia zacisnąć w
pięść, gdzieś tam musiał leżeć mój miecz. Brakowało mi go, ale potrzebowałam
odpoczynku. Szeroko rozłożone skrzydła unosiły się na wodzie, a razem z nimi
materiał sukienki. Mokra tkanina opływała moje stopy jak robiłyby to głodne
ryby. W tym jeziorze nic nie żyło, nic nie było w stanie przeżyć w tak słonej
wodzie. Może to smak upadku, pomyślałam. Ta obojętność, ta beznadzieja. Ta
zasychająca na ustach sól. A jednak wypełzłam na brzeg, żeby się nie utopić. Po
co, tak właściwie? Leżałam i starałam się odpocząć. Wokół pustka, we mnie
pustka. Poranne słońce słabo ogrzewało moje plecy i nastroszone pióra. Było mi
zimno. Jednocześnie miałam wrażenie, że płonę. Zmieniłam się w garstkę popiołu.
Właśnie wtedy usłyszałam szelest skrzydeł, jakiś ptak
wylądował niezgrabnie nieopodal. Z trudem przechyliłam głowę, mrużąc oczy,
popatrzyłam w jego stronę. Zakrakał, wyraźnie zaniepokojony. Przyleciał, bo
instynkt podpowiadał mu, że znalazł padlinę. Wyglądało na to, że ma uszkodzone
skrzydło – nie był w stanie go złożyć.
Cóż za niefortunna pomyłka, maleńki.
Przechylał głowę, obchodząc mnie wokół. Jego czarne oczy
błyszczały ciekawością. Jakby od niechcenia dziobnął piach obok mojej ręki,
potem jeszcze bliżej. Leżałam spokojnie. Niech spróbuje, pomyślałam. Wychylił
się i uderzył, a ja zacisnęłam palce na jego szyi. Miotał się, drapiąc szponami
powietrze. Podciągnęłam się na kolana, oddychając z trudem, ale intruza
trzymałam mocno i pewnie.
– Jeszcze nie dziś – szepnęłam.
Krakał i syczał, szeroko rozdziawiając dziób. Był przerażony,
rozumiałam go. Z wysiłkiem otrząsnęłam własne skrzydła z wody. Machnęłam nimi,
rozpryskując wodę wszędzie wokół. Kruk znieruchomiał. Oddychał coraz słabiej.
Obserwowałam go uważnie, jak gaśnie jego siła, jak znika nawet strach. W końcu
rozluźniłam palce.
– Taka niespodzianka – sapnęłam.
Stanął dość chwiejnie. Popatrzył na mnie, a ja na niego.
Zakrakał cichutko. Uszkodzone skrzydło wisiało odchylone na bok, musiało być
kiedyś złamane.
– Nic nie szkodzi – stwierdziłam. – Nie mam ci tego za złe –
dopowiedziałam. – Nie aż tak, w każdym razie.
Nawet udało mi się usiąść. Mokra sukienka oblepiała moje
ciało, a skrzydła były brudne i wciąż ciężkie od wody. Miecz leżał niedaleko,
musiał mi wypaść z dłoni, zanim uderzyłam o taflę słonego jeziora.
Kruk nie odlatywał, przysiadł na piasku przy mojej nodze.
Może oszalał, a może coś zrozumiał? Roześmiałam się chrapliwie, wyciągając
drżące palce w kierunku ptaka. Przymknął oczy i pochylił łeb. Pozwolił mi
musnąć swoje pióra, otarł się o wnętrze mojej dłoni na podobieństwo łaszącego
się kota, którym przecież wcale nie był.
Czułam jego życie pod moim dotykiem. Już nie przerażone czy
walczące, ale po prostu obecne. Wyczułam własne życie we własnych rękach.
– Jeszcze będziemy razem latać – obiecałam.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.