21.06.2013

Tylko się rozejrzyj

Na początku była Jasność, z której wyodrębnił się jej brak.
Właśnie dlatego każdy demon urodził się kiedyś jako człowiek lub został powołany do anielskiej służby, co do sensu której najwyraźniej przyszło mu zwątpić. Lucyfer przecież nie upadł sam, pociągnął za sobą zastępy sióstr oraz braci i na pewno nie był wyjątkiem. Potępienie zmieniało anielską światłość w gęsty Mrok. Z czasem okazało się, że ludzkie dusze są wyjątkowo podatne na ten rodzaj ciemności. Tym sposobem, pakt za paktem, w wirze profanacji ustalał się nowy porządek.
Przyglądając się demonom dość uważnie, można dostrzec w przerażających ochłapach resztki pierwotnych esencji. Dlatego niektóre z nich porażały butą lub ujmowały wypaczoną lojalnością, a inne z kolei przejawiały niewiarygodną wolę przetrwania. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Od czego się zaczyna?
Prócz oczywistej skłonności do splugawienia, potrzebny jest czynnik spustowy. Moment, w którym przewraca się pierwszy klocek domina, a za nim następny oraz kolejny. Cudzołóstwo, kłamstwo, zemsta. Myśl, na pozór niewinna, ale zakładająca teoretycznie uczciwą wymianę, bo przecież oddasz wszystko, żeby mieć taki samochód, tamtą dziewczynę albo pieniądze.
Zanim się obejrzysz, umierasz, potem już tylko kusisz oraz niszczysz, ale przede wszystkim… płoniesz! Demony rodzą się w bólu nie do opisania. Cierpienia rozdartej Piekłem anielskiej światłości czy ludzkiej duszy nie odda żadne słowo ani żaden dźwięk albo gest. To po prostu pasmo przeżyć kształtujących poprzez rozpad, drenujących do cna, kiedy zimno aż parzy, a wszystko ma metaliczny posmak krwi.
Piekło na ziemi? Czemu nie, tylko się rozejrzyj.

Janek jęknął pod nosem, kiedy świdrujący w uszach dźwięk budzika wyrwał go ze snu. Wyłączył urządzenie niedbałym klepnięciem dłoni, po czym usiadł, przeczesując palcami rozczochrane włosy. Jego beznadziejna fryzura, jakby obcinana od krawędzi miednicy, idealnie pasowała do bladej, ziemistej cery, krzywego nosa i noszonych na co dzień okularów w grubych oprawkach. Jan Tomasz Wańko był brzydkim, chudym brunetem, który zdążył już przekonać się na własnej skórze, że nowa szkoła oraz klasa w pobliskim liceum niczym nie różniły się od poprzedniej. Rok szkolny zaczął się niespełna dwa tygodnie temu, a chłopak już był popychadłem. Przygłupi goryl, którego połowa uczniów podziwiała, a druga się bała, zdążył upatrzyć sobie Janka na ulubioną ofiarę i trzeba było mu to przyznać, mimo że nie grzeszył inteligencją, wybrał idealnie.
Nastolatek miał więc prawo ociągać się przy wstawaniu. W końcu jednak odchylił kołdrę, po czym usiadł, spuszczając nieforemnie długie stopy na zimną podłogę. Z utęsknieniem popatrzył na swoją gitarę elektryczną. Pracował całe poprzednie wakacje, żeby kupić instrument oraz wzmacniacz. Mimo protestów ojca, dzięki własnej determinacji, Jankowi udało się spełnić przynajmniej to marzenie. Od ponad roku codziennie ćwiczył, by kiedyś rzucić tłum na kolana. Muzyka dawała mu wytchnienie, przynosiła ulgę. Kiedy grał, nie istniało nic innego. Ale ojciec, podburzany zresztą przez matkę i babkę, już zastrzegł, że zabierze mu gitarę, jeśli zauważy, że jego syn w jakikolwiek sposób zaniedbał szkolne obowiązki.
Żeby nie dać rodzicom powodów do kolejnych pogadanek czy rozczarowanych spojrzeń, zwlókł się z łóżka. Zostawiając za sobą zwiniętą kołdrę i pościągane prześcieradło, sięgnął po wczorajsze ubrania. Za duże dżinsy smętnie wisiały na kościstych biodrach, a w czeluściach bluzy chłopak niemalże znikał. Nigdy jednak nie dość, by Marcin nie wyłapał go wzrokiem w tłumie, a potem nie szturchnął, popchnął, oblał sokiem, opluł czy obraził. Nauczyciele, nawet jeśli to widzieli, ignorowali problem. W myśl zasady: gdy coś zauważysz i nazwiesz, stajesz się za to odpowiedzialny. Nikt nie chciał odpowiadać za to, że w jednym z najlepszych liceów w mieście uczyła się także ta trudniejsza młodzież.
Janek westchnął.
Na lekcji polskiego to zdecydowanie był błąd. Wywłoka, która odpowiadała za wtłoczenie im do głów kilku truizmów oraz oczywiście klucza maturalnego, uwzięła się na niego od pierwszej chwili. Piorunowała go wzrokiem godnym samej Meduzy.
– Panie Wańko, proszę pana do tablicy – wygłosiła tonem ociekającym sadystyczną radością.
Ostentacyjnie poprawiła przy tym sweter z dużym dekoltem, odsłaniając krawędzie czarnego stanika. To nie tak, że była brzydka. Jak na swój wiek, prezentowała się naprawdę atrakcyjnie, miała zgrabne nogi, była szczupła, a jej obfity biust odciągał uwagę od zmarszczek w kącikach oczu i ust. To w głowie polonistki mieszkała ohyda i czasem wypełzała na zewnątrz.
– Panie Wańko, może opowie nam pan o interpretacji wiersza, który omawialiśmy ostatnio – powiedziała.
Jakby zapomniała, że większość wczorajszej lekcji spędził na korytarzu, bo po tym, jak na przerwie dostał łokciem w twarz, wciąż leciała mu krew z nosa. Wspaniale. Na szczęście sam ogarnął brakujący materiał. Na kolegów głąbów raczej nie liczył. Dotarł do niego chichot gdzieś z ostatnich ławek. Złowił też kilka kpiących spojrzeń. Odchrząknął, a następnie zaczął mówić, starając się jak najdokładniej cytować podręcznik.
Profesor Chmiel, która zapewne w swoim życiu zaledwie leżała obok kogoś z tym tytułem naukowym, oceniła wypowiedź Janka na wydukaną trójczynę. Wpisała cyfrę w okienko na karcie dziennika. Czynności towarzyszył charakterystyczny, wredny półuśmieszek wykrzywiający twarz  kobiety do paskudnego grymasu.
Potem nie było lepiej, ale Janek jakoś przetrwał te kolejne cztery lekcje i porcję wyzwisk na do widzenia, o które zadbała grupka odważnych inaczej kolegów z jego klasy. W za dużej kurtce (zniknąć, zniknąć!), w paskudnych ciuchach, z włosami przyklejonymi do czoła wyglądał na frajera i nawet nie miał ochoty udawać, że jest inaczej. Męczyła go własna egzystencja. Rozmyślał o możliwościach, szurając noga za nogą po nierównym chodniku. Znów wracał ze szkoły okrężną drogą, i gdyby ktoś zapytał go z zaskoczenia, gdzie mieszka, pewnie podałby adres, ale nigdy nie pomyślałby, że właśnie zmierza do domu.
Jak mógłby sądzić inaczej, jeśli przywitały go krzyki i kolejna awantura między rodzicami. Nawet nie zatrzymał się, by wysłuchać, o co tym razem im chodziło. Może o nic, może o pieniądze, a może o to, że zwyczajnie nienawidzili się od samego początku, ale oboje zbyt mocno przejmowali się zdaniem otoczenia, by – odkąd tatuś dowiedział się o ciąży – nie być razem lub teraz rozstać się i żyć w spokoju.
Wrzaski matki, świdrujące i wysokie, oraz niższe krzyki ojca, obowiązkowo przeplatane hukiem uderzającej o stół dłoni, sprowokowały Janka do sięgnięcia po gitarę. Zanim jeszcze dobrze pomyślał, co musi zrobić, już grał. Dźwięk za dźwiękiem, byle choć na moment zagłuszyć tę nienawiść, która sączyła mu się do mózgu.
Był nieudacznikiem, zerem, niczym.
Zasługiwał na pogardę, na każdy cios, na beznadziejną rodzinę.
Na to piekło na ziemi.
Tylko, gdy grał, czuł, że może być inaczej. Że może, jeśli dość się postara, wyrwie się z tego chorego układu, pokaże wszystkim, na co go stać. Struny wibrowały chłopakowi pod palcami, dźwięki – nie dość głośne, ale przecież też nie ciche – odbijały się od ścian jego pokoju.
Nagle wszystko zamarło, utonęło w hałasie odbijających się od ściany drzwi. Świat Janka przykryła wykrzywiona wściekłością twarz ojca, który krzyczał coś o końcu i pieprzonych fanaberiach. Chłopak bardziej widział, niż czuł, jak gryf gitary wyślizguje mu się z dłoni, a pasek przelatuje za głową, potem było tylko to przejmujące zimnem milczenie, gdy instrument uderzył o podłogę, raz i drugi.
Czerń przykryła świat Janka. Smakowała krwią, pulsowała wściekłością. Coś przedarło się przez naruszoną osnowę rzeczywistości, wydrapało sobie drogę i zawyło tryumfalnie.  Potwór urodził się z pasm bólu, poniżenia oraz bezsilności. Był nienasycony, zły, ale przede wszystkim pewny swego.
Gdyby wtedy ktoś spojrzał w oczy nastolatka, wciąż mokre od łez, których on sam nawet nie zauważył, zobaczyłby w nich pustkę. Ten nieprzenikniony mrok, a potem coś, co każe uciekać, co spływa po plecach dreszczem przerażenia, co jest esencją naturalnego porządku, gdy zwierzę przyparte do ściany walczy bez żadnych ograniczeń.
Janek obudził się, kiedy tylko usłyszał pierwsze piknięcia budzika. Trzasnął urządzenie dłonią i usiadł na łóżku, wciąż jeszcze lekko zaspany. Nagle świadomość wydarzeń z poprzedniego dnia uderzyła w niego z niewyobrażalną siłą. Spanikowany rozejrzał się po pokoju, ale nie zobaczył ani śladów walki, którą wydawało mu się, że pamiętał, a gitara stała jak zawsze na stojaku pod ścianą. Może śnił mu się koszmar? Wyjątkowo realny, nieprzyjemny. Na samą myśl o tym, co czuł w tamtym momencie, dostał gęsiej skórki na przedramionach, a do ust napłynęła mu ślina i może zwymiotowałby w pościel, gdyby w jego głowie nie odezwał się głos.
Nie, nie obcy, jego własny: Wzruszające, dzieciaku. Wstawaj i daj im wszystkim popalić, ale już!
Nie mógł się sprzeciwić, nie chciał i nawet już nie umiał.
Dlatego, zamiast przeczesywać włosy grzebieniem, ułożył je niedbale wilgotnymi od wody dłońmi. Z wieszaka zdjął elegancką koszulę, którą założył, uprzednio podwijając rękawy. Rodziców jedynie spiorunował wzrokiem, nie zaszczyciwszy ich ani słowem. Niech się kiszą we własnym sosie, ich problem. Po raz pierwszy od dawna poszedł do szkoły i nie człapał jak skazaniec na szubienicę. Uświadomił sobie pomiędzy kolejnymi krokami, że już się nie boi. Ani tego debila, który się na niego uwziął, ani kolegów, którzy rekompensowali sobie jego kosztem braki pod czaszkami albo w portfelach lub spodniach, ani niedoruchanej nauczycielki. Nikogo, może tylko siebie – tej ulepszonej wersji.
Ile zmieniło to, że jego włosy sterczały do góry w różnych kierunkach i nie garbił już ramion? Za luźne spodnie wciąż wisiały na kościstych biodrach chłopaka, ale teraz wyglądało to na przejaw nonszalancji. Coś w jego spojrzeniu uciszyło głupkowaty chichot dwóch młodszych dziewczyn, które chyba nie wychwyciły całkowitej zmiany zasad.  
Marcin, stojący w kącie szatni w otoczeniu swojej świty, tym razem zawahał się, nim podszedł do Janka. Oczywiście nie mógł mu odpuścić, jeśli nie chciał sam zostać kozłem ofiarnym, ale na jego nalanej, zwykle pełnej złości twarzy, malował się strach. Wańko pogardliwe wydał wargę, spiorunował swojego oprawcę wzrokiem i mimo że niższy oraz drobniejszy, tym razem górował w ich konfrontacji. Podbródek Marcina zadrżał, czoło zmarszczyło się w zbyt trudnej dla jego umysłu próbie wybrnięcia z całego zajścia, a ten chudy, patykowaty kujon zwyczajnie trącił go barkiem i poszedł dalej, z ustami ściągniętymi w wąską kreskę. Tłum zgromadzony w tej części korytarza natychmiast zareagował, część osób strzelała spojrzeniami po podłodze lub suficie, inni pozwolili sobie na głośniejsze komentarze, kilku chłopaków zagwizdało na palcach. Układ sił się zmienił. Umarł król, niech żyje król. Prawo dżungli po raz kolejny okazało się aż nazbyt uniwersalne. Janek tylko poprawił na nosie okulary, po czym powiesił kurtkę na metalowym haku i od razu poszedł najbliższymi schodami na piętro, pod salę, w której miał spędzić z uroczą polonistką następne dziewięćdziesiąt minut.
Gdy dźwięk dzwonka wezwał uczniów i nauczycieli na lekcję, zza rogu wyłoniła się Chmiel. Ubrana w obcisłą, wełnianą sukienkę. Czarny materiał smakowicie opinał biust kobiety, a dolna koronkowa krawędź, tuż nad kolanami, była jednocześnie grzeczna i niebywale prowokacyjna. Kobieta szła powoli, kołysząc biodrami. Nienawidziła ich wszystkich, kilku bardziej od reszty, ale dziś po raz pierwszy sama poczuła się zagrożona. Dotąd żaden z tych małych frajerów i żadna z tych pustych idiotek nie znaleźli w sobie odwagi, by przeciwstawić się nauczycielce. Do teraz, bo oto nikt inny, tylko Jan Wańko wwiercał w nią rozszerzone, kpiące i wyzywające spojrzenie. Wzrok, który krzyczał tym, co mógłby jej zrobić, gdyby tylko chciał. Ten chudy, brzydki dzieciak nagle sprawił, że Ewa Chmiel poczuła wstyd, a zaraz po nim falę zupełnie niepoprawnego pożądania. Głośno przełknęła ślinę, przyspieszywszy kroku.
– Zapraszam państwa na lekcję. Już, już! – zawołała, otwierając drzwi sali. Oszukiwała sama siebie, że jej głos brzmiał naturalnie, a kolana nie zadrżały.
Poprowadziła lekcje zgodnie z instrukcjami z podręcznika, siedząc za bezpieczną barierą biurka, gdy tymczasem Janek nadal patrzył, rozbierając ją wzrokiem. Gdyby mogła od tego uciec, uciekłaby albo błagałaby, żeby zrobił to, o czym myśli i wreszcie uwolnił ją ze skorupy, w której sama się zamknęła. Naprawdę był tym samym dzieciakiem co wczoraj, gdy zgniatała go jednym zdaniem, a on trząsł się jak osika. Naprawdę?
Nie zadała pracy domowej, nie zapytała nikogo, dla żadnego z uczniów nie była złośliwa. Próbowała przetrwać i robiła dobrą minę do jednej z najgorszych gier, jaka się jej w ogóle przytrafiła.  
Gdy lekcje dobiegły końca, śledziła spojrzeniem tylko Janka. Nieznośnie powoli pakował swoje rzeczy. Miał szczupłe dłonie i długie, naprawdę długie palce. Składając podręczniki i zeszyt, posłał nauczycielce kolejne ze znaczących spojrzeń. Jakby wiedział, o czym pomyślała. Jakby bawiło go to, że wyprowadził ją z równowagi.
Wtedy zauważyła uśmiech wypływający na wargi nastolatka, marszczący jego kąciki oczu. Zrozumiała w tamtej chwili jedno, kimkolwiek stał się jej uczeń, nie był już dzieckiem. Nie wiedziała nawet, czy w ogóle był jeszcze człowiekiem.
Nikt nie odważył się odezwać słowem, nijak skomentować zmiany, która rozedrgała małą, duszną społeczność najlepszego liceum w mieście. Każdy uczeń i cała kadra – wszyscy widzieli, słyszeli lub czuli, że mają do czynienia z czymś, co przerasta ludzkie pojmowanie. Nikt się nie odezwał. Bo skomentować to, oznaczało konieczność skonfrontowania się z tym, jak wcześniej traktowano Janka oraz zmierzenia się z tym, czym obecnie emanował. Na pierwszy rzut oka nie wydawał się groźny, ale coś w jego oczach mówiło, że jeden fałszywy krok, jedna zła decyzja i wydarzą się bardzo złe rzeczy.

Skończyły się wrzaski w domu.
Skończyły się bójki oraz wyzwiska w szkole.
Skończyło się to piekło, w którym płonęła jego dusza, została garstka rozwianego na wietrze popiołu złudzeń.

Jeśli nie możesz wyzwolić się od bólu, uciec od cierpienia ani obronić przed nim, stań się silniejszy od niego. Stań się potworem, od którego ucieka nawet ciemność.

Rok po zakończeniu liceum zespół Janka Wańko zagrał pierwszy biletowany koncert, na którym bawiła się młodzież z miasta oraz okolicznych miasteczek. Muzyka przestała być celem samym w sobie (stała się drogą do zupełnie innego celu), przestała być też ucieczką od czegokolwiek. Chłopak właściwie nawet przestał ją lubić, ale otwierała nowe możliwości. Całe stada napalonych panienek same pchały się do jego łóżka, grupki naiwnych chłopaczków liczących na wielką karierę niemal lizało mu buty, więc czemu miał porzucać gitarę i tę moc? Pamiętał, czy raczej jego ciało pamiętało, że kiedyś tylko instrument dawał mu wytchnienie, a lojalność należało doceniać, nawet jeśli rozliczanie z niej przedmiotów wydawało się bezcelowe.
Kiedy widział te ciała wijące się pod sceną, splątane włosy, wyciągnięte do góry ręce, umęczone twarze, wtedy myślał o domu. Domu, gdzie w bólu rozpadała się jego dawna światłość.
Uderzył w struny i wydarł się do mikrofonu:
– Jak się bawicie?!

Odpowiedziało mu wycie pijanych gardeł, piski suk i wrzaski wartych tych szmat sukinsynów. Jaka religia, taki bóg, czyż nie? Tylko się rozejrzyj. 


------------------------------------------------------------

I gdyby ktoś się nie domyślał, to tekst jest inspirowany teledyskiem grupy Modestep, zachęcam do obejrzenia po lekturze: 




0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.