Bogowie jedno wznoszą,
drugie przewracają.
— Ezop
Czym jest sto lat wobec wieczności? W porównaniu do egzystencji bez
początku i bez końca to, czym pysznią się pijawki, jest zaledwie cząstką.
Wycinkiem bez większego znaczenia dla sensu całości.
Nie zerkamy w dół zbyt często, nie można nas winić za ten stan rzeczy.
Ludzkie i nieludzkie tragedie oglądaliśmy tyle razy – obserwację pozostawiamy
młodszym. Wyciągają wnioski, plotą ścieżki, projektują losy, rozumiejąc, że
rola pomniejszego bóstwa również oznacza odpowiedzialność i piętrzące się
problemy.
Zwłaszcza jeśli któreś z niebiańskich dzieci postanowi złamać zasady.
Kruk i Kojot
siedziały naprzeciwko siebie z zamkniętymi oczami. Obie przypominały w tej
chwili małe dziewczynki ubrane w proste sukienki z lnu. Trudno byłoby zgadnąć,
która z nich wybrała akurat tę formę. Złączone chwilą powstania, mogły się
rozdzielić tylko do pewnego stopnia i korzystały ze swojej wolności
zawsze, na każdym kroku. Kruk nagle zadrżała, sycząc przez zaciśnięte zęby.
– Oszukujesz, siostro –
powiedziała po chwili.
Kojot roześmiała się cynicznie,
następnie spiorunowała przeciwniczkę wzrokiem. Żółte ślepia pierworodnej
kontrastowały z okrągłą buzią i delikatnymi, brązowymi włosami.
– Jestem starsza, a ty głupsza,
Kruku – odparła bez wahania. Wstała z wdziękiem, nucąc jednocześnie pod nosem.
Następnie, wraz z brzmieniem wyjątkowo wysokiej nuty, rozpłynęła się w
powietrzu, pozostawiając czarnooką siostrę sam na sam z jej kolejną porażką.
Zawsze przegrywała, za każdym
razem tłumiąc w sobie ogromne rozczarowanie zmieszane ze złością, a może nawet
nienawiścią. Gra o ludzkie szczęście wydawała się zbyt trudna, dusze wciąż
przesiąkały jej między palcami, smutne i zdruzgotane. Ilu ludzi Kojot złamała
dla własnej przyjemności? Dla słodkiego smaku zwycięstwa, by po raz kolejny
pokazać, jak ważne jest to, kto pierwszy wyłonił się między niebytem a światem
materialnym. Kruk zacisnęła pięści – lubiła przebywać w tej formie. Gdy
zamykała oczy, choć nadal widziała wszystko, łatwiej było sobie wyobrazić, że w
niej również bije serce, a krew przepływa przez ciało, odżywiając je i zarazem
popychając ku nieuniknionemu.
Nagle dziewczynka przekręciła
głowę – nienaturalnie, a równocześnie ptasio – i zaczęła nasłuchiwać. Czyjś los,
znów tam, na dole, wikłał się i plątał. To była szansa, która mogła nie
powtórzyć się przez wiele kolejnych śmiertelnych istnień. Bóstwo wypełniło jego
jaźń, zanim do końca przebrzmiało echo wypowiedzianych słów:
– Idę po ciebie, Jacobie Black.
W umyśle
wilczego noworodka panował chaos, ale Kruk nie miała problemu ze zrozumieniem faktów.
Istota ta wplątała się w emocjonalny wielokąt i teraz utknęła w sieci
nieszczęśliwej miłości oraz strachu o los kogoś, kogo żaden z duchów nie zaszczyciłby
nawet jednym spojrzeniem. Obca, więc nieistotna, a przy tym szara i nijaka.
Warcząc, Kruk przyjęła
postać mężczyzny o obciętych na krótko ciemnych włosach.
Ubrany w szare,
luźne spodnie i białą bluzę z kapturem, na bosaka przemierzał zmroczony wielorakim
bólem umysł. Wilcze szczenię zaryzykowało życie, aby suka z jego sfory wciąż mogła
oddychać. Zaintrygowany, podziwiając odwagę graniczącą z brawurą, bóg sięgnął w
ich wspólne losy głębiej, po czym cofnął się z odrazą. Ktokolwiek splótł
sznurki egzystencji zmiennokształtnych w taki sposób, musiał być bardziej
okrutny od Kojota, który zapewne za chwilę zjawi się obok brata i zniweczy
każdą próbę wpłynięcia na kształt ścieżki wnuka Ephraima. A skoro czasu było
tak mało, Kruk wybrał najprostsze rozwiązanie.
Jake czuł, jak
ramiona nowonarodzonego miażdżą go w uścisku łamiącym kości, wypychają z Indianina
każdą myśl poza tą pierwotną, by przetrwać i jakoś z tego wyjść. Bardziej
wierzył, niż wiedział, że Paul i Jared zaraz mu pomogą, a potem była tylko…
Nie, nie ciemność. Przeciwnie. Kiedy uchylił powieki, unosił się w bezbrzeżnej
bieli.
– Umarłem? – wychrypiał, a jego
głos zabrzmiał dziwnie obco.
Odpowiedziało mu nerwowe
krakanie, a chwilę później na wysokości twarzy Jake’a pojawił się czarny ptak,
przenikliwie obserwujący twarz chłopaka.
– Dziwna halucynacja albo druga
strona nie jest taka, jak się nam wydawało – mruknął.
Kruk odpowiedział dźwiękiem przypominającym
jęk zniecierpliwienia, po czym zamachał skrzydłami i przefrunął za plecy Blacka,
jednocześnie zakrywając na moment oczy nastolatka. Gdy miękkie pióra
załaskotały skórę Jacoba, ten zamknął powieki, by po krótkiej chwili usłyszeć
słowa wypowiadane melodyjnym głosem:
– Daję ci wybór, wilku. Na szali
leży los twój i tej, dla której chciałeś się poświęcić. Wybierz między sobą a żywotem
łańcuchowego psa.
Skrzydła zostały zabrane, a przed
Indianinem unosiła się swobodnie mała dziewczynka o czarnych oczach i białych włosach,
ubrana w sukienkę zrobioną ze zszytych ze sobą futer królików.
– Upiorne – szepnął, ale zjawa
nie zareagowała.
– Podaruję ci więcej, ale to
zapomnisz. Będziesz pamiętał tylko wtedy, jeśli twoje serce jest dość silne,
wilku – szepnęła. Wyciągnęła swoją drobną dłoń i oparła ją na gardle człowieka
– w tym samym momencie biel zniknęła, zastąpiona przez ból przeszywający ciało
basiora.
Kruk
uśmiechnęła się promiennie. Miała szansę wygrać ten jeden jedyny raz i pragnęła
tego bez względu na konsekwencje. Widziała dawną ścieżkę, według której Jacob ucieka
do lasu i tam żyje jak zwierzę, wraca na ślub Belli, cierpi i obserwuje
przyjaciółkę zabijaną na raty przez nienaturalną ciążę. Wyraźnie dostrzegała
relację szczenięcia z półwampirzycą i krzywiła się na to z obrzydzeniem. Nawet Kojot,
choć silniejsza, nie potrafiłaby przełamać wpojenia – dotykało magii starszej
niż ta, z której rodzą się pomniejsze bóstwa i duchy opiekuńcze. Mimo
własnych żądz, Kruk postanowiła pozostawić wybór jemu. Pokazała chłopcu to,
czego nie powinien oglądać, musiał tylko dostrzec prawdę.
Leki otępiały
go, lecz nie na tyle, aby mógł przestać myśleć o Belli. Czekał na nią i na
rozmowę, którą byli sobie winni. Wciąż łudził się, pomimo wyraźnych przesłanek,
że to żałośnie bezcelowe. Nie mógł wygrać z zaćmieniem, z uzależnieniem od
Edwarda, jego chłodu i mdlącego zapachu. Ostatecznie wyznania zawisły między przyjaciółmi,
raniąc oboje, a jednocześnie pokazując, że nic nie jest oczywiste czy proste.
Kruk zatkała
uszy, by choć symbolicznie zagłuszyć bełkot śmierdzącej śmiercią kobiety. To,
co robiła, jej wybory, a w końcu słowa wirowały wokół stojących obok siebie
sióstr.
– Żałuję, że to nie moje dzieło.
– Kojot wydęła wargi w sposób, który zwiastował długo trwające dąsy. Kruk
przesunęła dłonie na twarz i zaintonowała pieśń wzywającą zmierzch. Potrzebowała
odpoczynku. Zanim spostrzegła, znów umknęły jej ważne myśli, istotne oddechy.
Czas mijał nieubłaganie.
Jacob
siedział na krawędzi klifu, gdy Leah przysiadła się obok niego. W tamtej chwili
byli bardzo podobni – żadne z nich nie chciałoby tego przyznać. Może właśnie przez
to starał się nie zwracać uwagi na jej paplaninę. Jednak Indianka była
wyjątkowo niestrawna i jeszcze bardziej wredna niż zwykle. W końcu odpowiedział
jej pięknym za nadobne, jedynie odrobinę żałując, że sprawił dziewczynie ból. Złośliwość,
zwłaszcza tak bezpośrednia, nie napawała Blacka dumą. Gorzkniał mimowolnie,
przepełniony żalem po stracie, która miała dopiero nastąpić. Zrezygnowany
i rozczarowany samym sobą poszedł do domu, by tam zmierzyć się z demonem plującym
mu jadem w twarz. Ojciec próbował jakoś załagodzić sytuację, ale przecież
Jake wiedział, iż ta chwila nadejdzie i oto trzymał w dłoniach niezwykle
wymyślne zaproszenie ślubne. Czytał słowa podziękowania. Edward mu dziękował,
miał czelność i tupet. Wściekłość spowodowała, że Indianin z ledwością panował
nad przemianą, jedynie prośba Billy’ego opóźniła nieuniknioną transformację.
Zdążył wybiec z domu, ukryć się w lesie i tam wybuchnąć, wypychając ze swoich
myśli resztę sfory. Potrzebował czasu.
Kruk
ściągnął brwi i przeczesał palcami długie, siwe włosy. Szczenię coraz szybciej
zbliżało się do rozstaju, zza którego nie będzie już powrotu. Główna czy boczna
ścieżka? Którą z nich wybierze? Kojot prychnął pogardliwie i wtulił się w plecy
brata.
– Zrobię to tylko raz – wyszeptał
pieszczotliwie. – Zaufaj mi – dodał.
Siwe pasemka zawirowały w
powietrzu, gdy wokół bóstw zerwał się lodowaty wiatr.
Jacob
popatrzył na Leę opowiadającą o wpojeniu i nagle w jego głowie pojawiły się
dziwnie rzeczywiste obrazy, w których ubóstwiał kogoś, kogo nie znał i kogo
nigdy nie poznałby w pełni. Mała dziewczynka o brązowych oczach Belli i bladej
skórze stanowiła sens. Dziecko gryzło go w dłonie, wczepiało zachłanne palce w
gęstą sierść, a on pozwalał na wszystko, myśląc tylko o tym, by być obok i z
nią. Prawie zwymiotował. Być może wpojenie, gdyby na nie pozwolił, zmieniłoby
perspektywę, ale teraz – z boku – wcale nie widział w tym szansy na zapomnienie
o Belli. Dostrzegał jedynie brak siebie, jakiejkolwiek woli, a może nawet
przyszłości.
– Leah – przerwał jej w pół
zdania. – Nie chcę… – wykrztusił.
– Czego nie chcesz? O czym
mówisz? – spytała. – Dobrze się czujesz? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha albo
coś gorszego.
Jake usiadł na ziemi, ciężko
oddychając. Drżał z zimna, chociaż od dawna już go nie odczuwał. Indianka
podeszła bliżej i zmarszczyła czoło, nie wiedząc, co powinna zrobić w takiej
sytuacji.
– Jacob, wszystko w porządku? –
dociekała, starając się ukryć zmartwienie.
– Ucieknij ze mną – rzucił.
Te słowa spowodowały, że opadła
na kolana i zachichotała pod nosem.
– Nie żartuję – warknął i chwycił
jej dłonie w swoje. Leah patrzyła na chłopaka i otworzyła usta, aby
odpowiedzieć cokolwiek, jednak żadne słowa nie wydały się trafne.
– Żyjemy w świecie wampirów,
wilkołaków i nie wiadomo czego jeszcze, zróbmy więc coś szalonego, wilczyco, co
ty na to? – zapytał i zacisnął palce. Wierzył w to, co właśnie zobaczył. Nie
odważył się wątpić. Indianka miała wrażenie, że jej kości zaraz ustąpią pod
naporem silnych rąk Jake’a.
– Bredzisz – odpowiedziała. – Nie
wiem, co ci się stało chwilę temu, ale to nie było nic dobrego – dodała,
obrzucając go spojrzeniem pełnym smutku. Przyciągnął ją do siebie, tak że ich
nosy się ze sobą zetknęły, i wyszeptał:
– Błagam, chodź ze mną, Leah,
proszę.
To, co te słowa wyprawiały z jej wolą,
przypominało chwilę narodzin. Prośba wsączyła się wprost do umysłu dziewczyny,
burząc wszelkie bariery. Zanim zdążyła się zastanowić albo zawahać, skinęła
głową.
Kojot cofnęła
ręce, które popchnęły waderę w kierunku basiora. Kruk popatrzyła na siostrę z
niedowierzaniem.
– Ty tworzysz – wykrztusiła.
– A ty niszczysz – dodała Kojot w
tym samym momencie.
– Dopiero się tego uczę – odparły
obie. Z nonszalancją i pewnością, ukrywając wzruszenie pod grubą warstwą pychy
właściwej wszelkim bogom.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.