22.11.2012

Boczna ścieżka


Bogowie jedno wznoszą, drugie przewracają.
— Ezop

Czym jest sto lat wobec wieczności? W porównaniu do egzystencji bez początku i bez końca to, czym pysznią się pijawki, jest zaledwie cząstką. Wycinkiem bez większego znaczenia dla sensu całości.
Nie zerkamy w dół zbyt często, nie można nas winić za ten stan rzeczy. Ludzkie i nieludzkie tragedie oglądaliśmy tyle razy – obserwację pozostawiamy młodszym. Wyciągają wnioski, plotą ścieżki, projektują losy, rozumiejąc, że rola pomniejszego bóstwa również oznacza odpowiedzialność i piętrzące się problemy.
Zwłaszcza jeśli któreś z niebiańskich dzieci postanowi złamać zasady.
Kruk i Kojot siedziały naprzeciwko siebie z zamkniętymi oczami. Obie przypominały w tej chwili małe dziewczynki ubrane w proste sukienki z lnu. Trudno byłoby zgadnąć, która z nich wybrała akurat tę formę. Złączone chwilą powstania, mogły się rozdzielić tylko do pewnego stopnia i korzystały ze swojej wolności zawsze, na każdym kroku. Kruk nagle zadrżała, sycząc przez zaciśnięte zęby.
– Oszukujesz, siostro – powiedziała po chwili.
Kojot roześmiała się cynicznie, następnie spiorunowała przeciwniczkę wzrokiem. Żółte ślepia pierworodnej kontrastowały z okrągłą buzią i delikatnymi, brązowymi włosami.
– Jestem starsza, a ty głupsza, Kruku – odparła bez wahania. Wstała z wdziękiem, nucąc jednocześnie pod nosem. Następnie, wraz z brzmieniem wyjątkowo wysokiej nuty, rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając czarnooką siostrę sam na sam z jej kolejną porażką.
Zawsze przegrywała, za każdym razem tłumiąc w sobie ogromne rozczarowanie zmieszane ze złością, a może nawet nienawiścią. Gra o ludzkie szczęście wydawała się zbyt trudna, dusze wciąż przesiąkały jej między palcami, smutne i zdruzgotane. Ilu ludzi Kojot złamała dla własnej przyjemności? Dla słodkiego smaku zwycięstwa, by po raz kolejny pokazać, jak ważne jest to, kto pierwszy wyłonił się między niebytem a światem materialnym. Kruk zacisnęła pięści – lubiła przebywać w tej formie. Gdy zamykała oczy, choć nadal widziała wszystko, łatwiej było sobie wyobrazić, że w niej również bije serce, a krew przepływa przez ciało, odżywiając je i zarazem popychając ku nieuniknionemu.
Nagle dziewczynka przekręciła głowę – nienaturalnie, a równocześnie ptasio – i zaczęła nasłuchiwać. Czyjś los, znów tam, na dole, wikłał się i plątał. To była szansa, która mogła nie powtórzyć się przez wiele kolejnych śmiertelnych istnień. Bóstwo wypełniło jego jaźń, zanim do końca przebrzmiało echo wypowiedzianych słów:
– Idę po ciebie, Jacobie Black.
W umyśle wilczego noworodka panował chaos, ale Kruk nie miała problemu ze zrozumieniem faktów. Istota ta wplątała się w emocjonalny wielokąt i teraz utknęła w sieci nieszczęśliwej miłości oraz strachu o los kogoś, kogo żaden z duchów nie zaszczyciłby nawet jednym spojrzeniem. Obca, więc nieistotna, a przy tym szara i nijaka.
Warcząc, Kruk przyjęła postać mężczyzny o obciętych na krótko ciemnych włosach.
Ubrany w szare, luźne spodnie i białą bluzę z kapturem, na bosaka przemierzał zmroczony wielorakim bólem umysł. Wilcze szczenię zaryzykowało życie, aby suka z jego sfory wciąż mogła oddychać. Zaintrygowany, podziwiając odwagę graniczącą z brawurą, bóg sięgnął w ich wspólne losy głębiej, po czym cofnął się z odrazą. Ktokolwiek splótł sznurki egzystencji zmiennokształtnych w taki sposób, musiał być bardziej okrutny od Kojota, który zapewne za chwilę zjawi się obok brata i zniweczy każdą próbę wpłynięcia na kształt ścieżki wnuka Ephraima. A skoro czasu było tak mało, Kruk wybrał najprostsze rozwiązanie.
Jake czuł, jak ramiona nowonarodzonego miażdżą go w uścisku łamiącym kości, wypychają z Indianina każdą myśl poza tą pierwotną, by przetrwać i jakoś z tego wyjść. Bardziej wierzył, niż wiedział, że Paul i Jared zaraz mu pomogą, a potem była tylko… Nie, nie ciemność. Przeciwnie. Kiedy uchylił powieki, unosił się w bezbrzeżnej bieli.
– Umarłem? – wychrypiał, a jego głos zabrzmiał dziwnie obco.
Odpowiedziało mu nerwowe krakanie, a chwilę później na wysokości twarzy Jake’a pojawił się czarny ptak, przenikliwie obserwujący twarz chłopaka.
– Dziwna halucynacja albo druga strona nie jest taka, jak się nam wydawało – mruknął.
Kruk odpowiedział dźwiękiem przypominającym jęk zniecierpliwienia, po czym zamachał skrzydłami i przefrunął za plecy Blacka, jednocześnie zakrywając na moment oczy nastolatka. Gdy miękkie pióra załaskotały skórę Jacoba, ten zamknął powieki, by po krótkiej chwili usłyszeć słowa wypowiadane melodyjnym głosem:
– Daję ci wybór, wilku. Na szali leży los twój i tej, dla której chciałeś się poświęcić. Wybierz między sobą a żywotem łańcuchowego psa.
Skrzydła zostały zabrane, a przed Indianinem unosiła się swobodnie mała dziewczynka o czarnych oczach i białych włosach, ubrana w sukienkę zrobioną ze zszytych ze sobą futer królików.
– Upiorne – szepnął, ale zjawa nie zareagowała.
– Podaruję ci więcej, ale to zapomnisz. Będziesz pamiętał tylko wtedy, jeśli twoje serce jest dość silne, wilku – szepnęła. Wyciągnęła swoją drobną dłoń i oparła ją na gardle człowieka – w tym samym momencie biel zniknęła, zastąpiona przez ból przeszywający ciało basiora.
Kruk uśmiechnęła się promiennie. Miała szansę wygrać ten jeden jedyny raz i pragnęła tego bez względu na konsekwencje. Widziała dawną ścieżkę, według której Jacob ucieka do lasu i tam żyje jak zwierzę, wraca na ślub Belli, cierpi i obserwuje przyjaciółkę zabijaną na raty przez nienaturalną ciążę. Wyraźnie dostrzegała relację szczenięcia z półwampirzycą i krzywiła się na to z obrzydzeniem. Nawet Kojot, choć silniejsza, nie potrafiłaby przełamać wpojenia – dotykało magii starszej niż ta, z której rodzą się pomniejsze bóstwa i duchy opiekuńcze. Mimo własnych żądz, Kruk postanowiła pozostawić wybór jemu. Pokazała chłopcu to, czego nie powinien oglądać, musiał tylko dostrzec prawdę.
Leki otępiały go, lecz nie na tyle, aby mógł przestać myśleć o Belli. Czekał na nią i na rozmowę, którą byli sobie winni. Wciąż łudził się, pomimo wyraźnych przesłanek, że to żałośnie bezcelowe. Nie mógł wygrać z zaćmieniem, z uzależnieniem od Edwarda, jego chłodu i mdlącego zapachu. Ostatecznie wyznania zawisły między przyjaciółmi, raniąc oboje, a jednocześnie pokazując, że nic nie jest oczywiste czy proste.
Kruk zatkała uszy, by choć symbolicznie zagłuszyć bełkot śmierdzącej śmiercią kobiety. To, co robiła, jej wybory, a w końcu słowa wirowały wokół stojących obok siebie sióstr.
– Żałuję, że to nie moje dzieło. – Kojot wydęła wargi w sposób, który zwiastował długo trwające dąsy. Kruk przesunęła dłonie na twarz i zaintonowała pieśń wzywającą zmierzch. Potrzebowała odpoczynku. Zanim spostrzegła, znów umknęły jej ważne myśli, istotne oddechy. Czas mijał nieubłaganie.
                Jacob siedział na krawędzi klifu, gdy Leah przysiadła się obok niego. W tamtej chwili byli bardzo podobni – żadne z nich nie chciałoby tego przyznać. Może właśnie przez to starał się nie zwracać uwagi na jej paplaninę. Jednak Indianka była wyjątkowo niestrawna i jeszcze bardziej wredna niż zwykle. W końcu odpowiedział jej pięknym za nadobne, jedynie odrobinę żałując, że sprawił dziewczynie ból. Złośliwość, zwłaszcza tak bezpośrednia, nie napawała Blacka dumą. Gorzkniał mimowolnie, przepełniony żalem po stracie, która miała dopiero nastąpić. Zrezygnowany i rozczarowany samym sobą poszedł do domu, by tam zmierzyć się z demonem plującym mu jadem w twarz. Ojciec próbował jakoś załagodzić sytuację, ale przecież Jake wiedział, iż ta chwila nadejdzie i oto trzymał w dłoniach niezwykle wymyślne zaproszenie ślubne. Czytał słowa podziękowania. Edward mu dziękował, miał czelność i tupet. Wściekłość spowodowała, że Indianin z ledwością panował nad przemianą, jedynie prośba Billy’ego opóźniła nieuniknioną transformację. Zdążył wybiec z domu, ukryć się w lesie i tam wybuchnąć, wypychając ze swoich myśli resztę sfory. Potrzebował czasu.
                Kruk ściągnął brwi i przeczesał palcami długie, siwe włosy. Szczenię coraz szybciej zbliżało się do rozstaju, zza którego nie będzie już powrotu. Główna czy boczna ścieżka? Którą z nich wybierze? Kojot prychnął pogardliwie i wtulił się w plecy brata.
– Zrobię to tylko raz – wyszeptał pieszczotliwie. – Zaufaj mi – dodał.
Siwe pasemka zawirowały w powietrzu, gdy wokół bóstw zerwał się lodowaty wiatr.
                Jacob popatrzył na Leę opowiadającą o wpojeniu i nagle w jego głowie pojawiły się dziwnie rzeczywiste obrazy, w których ubóstwiał kogoś, kogo nie znał i kogo nigdy nie poznałby w pełni. Mała dziewczynka o brązowych oczach Belli i bladej skórze stanowiła sens. Dziecko gryzło go w dłonie, wczepiało zachłanne palce w gęstą sierść, a on pozwalał na wszystko, myśląc tylko o tym, by być obok i z nią. Prawie zwymiotował. Być może wpojenie, gdyby na nie pozwolił, zmieniłoby perspektywę, ale teraz – z boku – wcale nie widział w tym szansy na zapomnienie o Belli. Dostrzegał jedynie brak siebie, jakiejkolwiek woli, a może nawet przyszłości.  
– Leah – przerwał jej w pół zdania. – Nie chcę… – wykrztusił.
– Czego nie chcesz? O czym mówisz? – spytała. – Dobrze się czujesz? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha albo coś gorszego.
Jake usiadł na ziemi, ciężko oddychając. Drżał z zimna, chociaż od dawna już go nie odczuwał. Indianka podeszła bliżej i zmarszczyła czoło, nie wiedząc, co powinna zrobić w takiej sytuacji.
– Jacob, wszystko w porządku? – dociekała, starając się ukryć zmartwienie.
– Ucieknij ze mną – rzucił.
Te słowa spowodowały, że opadła na kolana i zachichotała pod nosem.
– Nie żartuję – warknął i chwycił jej dłonie w swoje. Leah patrzyła na chłopaka i otworzyła usta, aby odpowiedzieć cokolwiek, jednak żadne słowa nie wydały się trafne.
– Żyjemy w świecie wampirów, wilkołaków i nie wiadomo czego jeszcze, zróbmy więc coś szalonego, wilczyco, co ty na to? – zapytał i zacisnął palce. Wierzył w to, co właśnie zobaczył. Nie odważył się wątpić. Indianka miała wrażenie, że jej kości zaraz ustąpią pod naporem silnych rąk Jake’a.
– Bredzisz – odpowiedziała. – Nie wiem, co ci się stało chwilę temu, ale to nie było nic dobrego – dodała, obrzucając go spojrzeniem pełnym smutku. Przyciągnął ją do siebie, tak że ich nosy się ze sobą zetknęły, i wyszeptał:
– Błagam, chodź ze mną, Leah, proszę.
To, co te słowa wyprawiały z jej wolą, przypominało chwilę narodzin. Prośba wsączyła się wprost do umysłu dziewczyny, burząc wszelkie bariery. Zanim zdążyła się zastanowić albo zawahać, skinęła głową.
Kojot cofnęła ręce, które popchnęły waderę w kierunku basiora. Kruk popatrzyła na siostrę z niedowierzaniem.
– Ty tworzysz – wykrztusiła.
– A ty niszczysz – dodała Kojot w tym samym momencie.
– Dopiero się tego uczę – odparły obie. Z nonszalancją i pewnością, ukrywając wzruszenie pod grubą warstwą pychy właściwej wszelkim bogom. 

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.