04.10.2011

Zbieraczka

Ich sierść, o ile nie są to zaledwie resztki, jest matowa, często brudna lub sztywna. W otaczającej mnie rzeczywistości widok martwych zwierząt wydaje się jednak zupełnie normalny. Jak wiele rzeczy i zjawisk stało się akceptowalnych, a wręcz powszechnych? Poprawiam rękawice, rozchylam płócienny worek, po czym schylam się po zwłoki średniej wielkości burego kocura. Ma otwarty pysk, opuchnięty język wystaje spomiędzy zębów, a pokryte bielmem oczy nadają mu intrygujący wygląd. Teraźniejsza śmierć ma charakterystyczne wyczucie stylu — trzeba to polubić. Przesiąknąć tym, pozwolić, by zgnilizna wypełniła każdą wolną myśl. Inaczej nie przetrwasz. Przysiadam na krawężniku. Nie wzrusza mnie widok zasłoniętej deskami witryny ani zrujnowana elewacja niegdyś pięknej kamienicy. Nie wzdycham, nie płaczę, a przede wszystkim nie żałuję. Przetrwałam piekło na ziemi, które zmieniło się w coś jeszcze gorszego. Jestem silna — powtarzam w myślach każdego ranka przed wyjściem do pracy. Czasami, choć przyznaję się do tego z trudem, opuszczenie Okręgu Drugiego powoduje przygnębienie, innym razem nieokiełznany wybuch radości. W granatowym, lnianym kombinezonie nałożonym na bawełnianą bieliznę, i butach na grubej podeszwie wyglądam jak to miasto. Zmienione na zawsze przez zarazę, która zabrała wszystko to, co kochaliśmy. Nie umiem o tym opowiadać. Nie znajduję słów. Gdybym to potrafiła, nie sprzątałabym trucheł zwierząt — mieszkałabym w Okręgu Centralnym, stanowiąc elitę. Nowe czasy wymogły na ludziach ustalenie zasad umożliwiających opanowanie chaosu zastałego po opadnięciu bitewnego pyłu. System funkcjonuje bez zarzutu, więc na razie, choć minęła niemal dekada, nikt niczego nie zmienia. Wzdrygam się z obrzydzeniem — nie ma sensu męczyć sobie głowy prawem, porządkiem i sprawiedliwością. Sprawdzam na wyświetlaczu lokalizatora, gdzie jeszcze zgłaszano obecność zarażonych zwierząt. Po chwili skręcam w boczną uliczkę i maszeruję przed siebie z workiem zarzuconym na ramię. Gwiżdżę przy tym melodię śpiewaną kiedyś przed rozpoczęciem ważnych wydarzeń sportowych. Teraz to już naprawdę historia. Zamiast sportu jest walka. Zamiast sztuki — religia. Zamiast pieniędzy… Nie, pod tym względem nic się nie zmieniło, może jedynie określenia. Część słów to już tylko puste dźwięki.

Skupiam wzrok na brzydkiej, niekształtnej kupce ciemnych piór. Gołąb jest w zaawansowanym stadium rozkładu. Zgarniam go z chodnika palcami, mimo że rozpada się na kawałki. Przyglądam się własnym dłoniom robiącym coś, co powinno wywracać mi żołądek na lewą stronę. Problem w tym, że jako dziesięciolatka widziałam, jak tata wyjadł mamie mózg, a ona rozszarpała moją siostrę, łapczywie pożerając najsmaczniejsze kąski. Mlaskała przy tym bardzo głośno, a krew była na ścianach. Krew była na stole. Podłodze. Szybach. Umytych i wytartych talerzach. W miseczce z płatkami i mlekiem. Rozerwane jelito starszej o kwadrans Mary wisiało na oparciu krzesła jak zapomniany przez ojca krawat. Krwawa Mary — cicha, urocza oraz absolutnie niewinna siostra bliźniaczka. Wydaje mi się, że nawet nie próbowałam jej ratować. Po prostu stałam, patrzyłam i zapamiętywałam. Nie ma jednej teorii wyjaśniającej, czemu część z ocalałych ani się nie zaraziła, ani nie została pożarta. Nikt nawet nie próbował dociec, od czego to wszystko się zaczęło. Zadawanie pytań groziło — i nadal grozi — zepchnięciem poza Kręgi, a jest to coś gorszego niż tylko wygnanie. Powolna śmierć z głodu, szaleństwo, możliwość spotkania z ostatnimi zainfekowanymi. Tym straszy się dzieci, a dorosłym nie trzeba przypominać. Pamiętają sami i pilnują siebie nawzajem. Na nierównych i popękanych płytkach chodnikowych zostaje kilka plam, ale ja idę dalej, uprzednio odznaczywszy na mapie wykonane zadanie.

Kiedy wracam do Okręgu, zmierzcha. Jestem zmęczona, potargana i uśmiechnięta. Zwierzęta chorują inaczej. Infekcja po prostu je zabija albo są odporne. Odporność jest częściowo dziedziczna, zmielone truchła dodajemy do pasz i karm  — jeśli któryś osobnik pada, wraca do swoich pobratymców w postaci brudnej brei — odsetek młodych przeżywających pierwszy, najtrudniejszy okres po porodzie, wzrasta z roku na rok, więc moje zbieractwo ma jakiś sens. Ma też inny, ale o tym staram się nie myśleć, żeby nie prowokować losu.

Pod prysznicem zmywam z siebie zapach niższych dzielnic, kurz i pył powstały z zaschniętych dziecięcych marzeń. Ziarenka piasku zlepione wydarzeniami, o których śnię noc w noc. Wielu z nas ma koszmary. Nauczyliśmy się egzystować obok nich, nie krzycząc.
Na kolację jem zupę o konsystencji świeżej krwi — długi, prosty makaron przypomina włosy unoszące się na powierzchni mętnej wody. Smaczne i pożywne posiłki są konieczne dla prawidłowego funkcjonowania. Przymykam oczy i unoszę kącik ust.

W maleńkim pokoju o zupełnie bezosobowym wystroju mieści się łóżko, półka na książki — aktualnie pusta — oraz szafa. Na prawej ścianie są drzwi na korytarz, na lewej te do łazienki, ale skoro jestem czysta — w takim stopniu, jaki dotyczy zbieraczy — mogę udać się na spoczynek. Niezasłużony, ale o tym kiedy indziej.
Nago wślizguję się pod dwa koce, układam głowę na poduszce, liczę do dziesięciu, by dodać sobie odwagi i zamykam oczy. Jest ciemno tak samo jak w pomieszczeniu, ale mrok z wnętrza mojego umysłu wyciąga po mnie ręce, woła coś i czai się na każdą nieskażoną wydarzeniami myśl. Zanim zdołam nad tym zapanować, zasypiam, do świtu zostając uwięziona w koszmarze.

Zaczęło się w sobotę. Przynajmniej dla naszej rodziny. Dla świata podobno kilka dni wcześniej, ale wiadomości z najbardziej zniszczonych obszarów nigdy nie dotarły. Obecnie są tam pustkowia. Nie pustynie, a właśnie pustkowia. Przetykane bukietami ruin o niezapomnianym zapachu gwałtownej śmierci, o której każdy myśli, że takowa spotyka tylko innych. Znów jest tamta sobota, bawię się na podwórku za domem, kiedy słyszę płacz mojej siostry, potem krzyk matki, wrzask z domu sąsiadów. Nie ma wstępów, przedsmaku ani ostrzeżeń. Niebo się nie rozstępuje, nie ratuje nas Bóg, a Szatan najwyraźniej ma ręce pełne roboty. Rzucam piłkę na trawę, odbija się kilkakrotnie, gdy wbiegam do budynku przez taras i oniemiała staję na wpół schowana za drzwiami do kuchni. W pomieszczeniu odbywa się makabryczna orgia krwi oraz śmierci. I patrzę, bez łez, nie mówiąc i nie myśląc. Moja siostra płacze.

Przemierzam kolejne ulice. Puste i odczłowieczone, ale przede wszystkim puste. Obecność zwierzęcych trupów nie zapełnia ich, a ludzie nie mają potrzeby spacerować. Gdybym poświęciła cały dzień, trafiłabym na obszar pozostający pod opieką innego zbieracza, ale nie czuję takiej potrzeby. Czuję inną. To ona zmusza moje nogi do kolejnych kroków. Idę w kierunku małego osiedla niskich bloków, ale przezornie wybieram dłuższą, skomplikowaną trasę. Nikt mnie nie śledzi, ale… Zabraliby mi ją, gdyby ktokolwiek się dowiedział. Posiadanie dzieci to przywilej i nagroda, a ona jest przecież wyjątkowa, więc na pewno nie mogłabym jej zatrzymać tak po prostu. Wchodzę do zniszczonego budynku przez drzwi ze stłuczoną szybą. Wspinam się mozolnie po schodach na ostatnie piętro, nie patrzę na kolejne stopnie. Worek kołysze mi się na ramieniu, wyznaczając rytm. Czuję jak przyspiesza mi serce, dłonie stają się wilgotne od potu. Skręcam w prawo, ciemny korytarz jest pusty jak setki jemu podobnych na całym tym popieprzonym świecie, ale ja wiem, które drzwi wybrać. Trzecie od końca po lewej stronie. Otwieram je małym kluczem, naciskam klamkę i wślizguję się do ośrodka wąską szparą. W mieszkaniu jest cicho, to dobrze. Przedpokój wita mnie swojskim milczeniem, przechodzę do salonu, łazienki i kuchni. Wszystko bez zmian. Dobrze. Za jakiś czas ta lokalizacja będzie zbyt niebezpieczna, znajdę inną, ale na razie mogę z uśmiechem wejść do pomieszczenia, które w pierwotnym zamyśle miało być dużą garderobą. Nie ma tu okien, nie ma też światła, a podwójne drzwi tłumią wszelkie dźwięki. Z kieszeni kombinezonu wyciągam latarkę, zanim ją włączę, na stoliku kładę worek ze szczątkami zwierząt. Nadal tam jest, niezmiennie. W dziecięcym łóżeczku, które odrobinę przerobiłam, leży moja córeczka. Wyciąga do mnie drobne rączki. Zdejmuję rękawice, a następnie przekładam część dłoni przez oczka metalowej siatki i podaję dziewczynce palec. Zaciska na nim piąstkę i ciągnie w kierunku ust.
— Jesteś głodna? — pytam, a przecież wiem, że nie odpowie.
Strzepuję dłoń i sięgam do małej lodówki stojącej w kącie pomieszczenia. Urządzenie czerpie energię z ogniw słonecznych umieszczonych na dachu. Miły chłód owiewa mi twarz. Wyjmuję naczynie z ciemnego szkła i jeden z plastikowych pojemników z pokrywką i zamykam drzwiczki kopnięciem. Kładę to wszystko na stole, czując na sobie znajomy, przesycony głodem wzrok.
— Jeszcze moment — mówię.

Z szafki sięgam butelkę i smoczek. Chwilę zajmuje mi przygotowanie mieszanki i podgrzanie jej przy pomocy małej grzałki podłączonej do zaprojektowanej przeze mnie sieci. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy było trudniej, dużo trudniej. Zerkam na blizny na dłoniach, nie chcąc przypominać sobie tych pozostałych. Kiedy posiłek jest gotowy, wlewam go do butelki. Zakładam rękawice z powrotem. Ostrożnie zdejmuję zabezpieczenia i odsuwam siatkę w dół, podnoszę noworodka, który unosi kąciki ust, odsłaniając bezzębne dziąsła.
— Smacznego, siostrzyczko — szepczę i wsuwam smoczek między łakome wargi, które natychmiast zaczynają ssać. Odrobina krwi, zmielonej wątroby i serc. Przysmak Sary, która okazała się podatna na infekcję. Jest piękna i niegroźna. Nie umie się samodzielnie poruszać, nie jest w stanie nikogo ugryźć, a ja karmię ją tym, co znajdę. Czy to złe? Nie sądzę. Gdyby ktokolwiek zobaczył te szare, matowe tęczówki, sinawy odcień skóry, małe rączki, przepadłby na zawsze. Zapewniam, że bez wieści.
W końcu butelka jest pusta, a ja mogę bezpiecznie przytulić moją dziewczynkę do piersi. Nie oddycha, nie muszę więc czekać, żeby się jej odbiło. Nie płacze, choć wciąż pamiętam, jak to brzmiało. Ostatni raz, wtedy, w tamtą sobotę. Odkładam Sarę do łóżeczka, zapinam zabezpieczenia. Ostrożność jest domeną ocalałych. Sięgam po wypełniony padliną worek. Ciała zwierząt cuchną, ich sierść jest niekiedy nieprzyjemna w dotyku, ale nie przejmuję się tym — jestem zbieraczką.



0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.