Daj komuś ogień, a
będzie mu ciepło przez jeden dzień, ale wrzuć go do ognia, a będzie mu
ciepło do końca życia.
Terry
Pratchett – Bogowie, honor, Ankh-Morpork
Kobieta wymierzyła córce cios otwartą dłonią. Na bladej
skórze pojawiło się zaczerwienie.
– Jesteś okropnym bachorem – warknęła przez zaciśnięte zęby.
Dziecko zmrużyło powieki, uniosło głowę. Wokół rudych,
splątanych kosmyków zaczęły pełgać niewielkie płomyki. Na ich widok matka
cofnęła się gwałtownie, jej twarz wykrzywiał strach zmieszany z obrzydzeniem.
– Nawet nie waż się tego robić w domu – syknęła.
– Myślisz, że możesz mi rozkazywać? – Chandra spytała tonem,
jakiego nikt nie spodziewałby się usłyszeć, patrząc na chudą, bladą kilkulatkę.
Kiedy uniosła drobną dłoń, płomienie okalały już palce i
nadgarstek. Przez chwilę napawała się przerażeniem rysującym się na twarzy matki,
po czym bez słowa wybiegła z domu. Pozostawiła za sobą charakterystyczny
zapach, kojarzący się z rozpalaniem ognia w piecu. Gdy trzasnęły drzwi,
kobieta osunęła się na podłogę. Codziennie zadawała sobie to samo pytanie,
czemu ta przeklęta krew skaziła akurat ich rodzinę, czym sobie na to zasłużyli.
Chandra uważała, że świat nie zasługiwał na nią, jej potęgę i
potencjał. Nawet jako dziecko, rozumiała, jak wiele może zdziałać płonący w
niej ogień. Nie igrała ze swoim darem, nie traktowała go lekko. Odrobiła
lekcję.
Kiedyś włożyła dłoń w dogasające ognisko, żar i ciepło
zdawały się przyciągać dziewczynkę. Och, jakże poczuła się zdradzona, gdy ból
sparaliżował niespodziewające się tego ciało. Ułamek sekundy później odskoczyła
do tyłu, przykładając zranioną rękę do ust. Na szczęście oparzenie nie było
poważne i nawet nie zostawiło blizn, ale Chandra raz na zawsze zapamiętała, jak
wielką siłą był ogień. Jaki bywał po ludzku zdradliwy.
Dorastała w poczuciu wyobcowania, spędzając najwięcej czasu w
lesie. Starała się wsłuchać w siebie, zrozumieć i opanować złość, która ją
napędzała. Nienawidziła swoich sióstr, za ich przeciętność, nudną zwykłość,
urok naznaczający te okrągłe buzie. Nienawidziła innych za ich słabości, tę
przezroczystość ich spojrzeń.
Spiczasty podbródek Chandry, osadzenie jej oczu o nieokreślonej
barwie, wściekle rudy kolor włosów – wszystko podkreślało to, kim była.
Płomieniem, żarem, zniszczeniem!
Żeby obronić własną wolność, postanowiła – w odwecie za wyznaczoną
datę aranżowanego ślubu – zniszczyć kilka domów. Wywołać chaos oraz strach.
Zbudować wokół swojej osoby legendę, która dałaby Chandrze swobodę podejmowania
decyzji na temat własnego życia. Pomysł wydania jej za mąż od początku, kiedy
tylko powstał, gdy jeszcze była dziewczynką, budził jej wściekłość. Próbowała
przemówić ojcu do rozsądku, błagała starszego brata o wstawiennictwo i
ratunek, bezskutecznie. Opóźniła jedynie wykonanie wyroku.
Domem rządziła matka, która miała jej dość. Matka, która
przez te dwadzieścia lat zdążyła znienawidzić własne dziecko, niezliczoną ilość
razy powiedzieć głośno, że żałuje chwili jej narodzin.
Odrzucona, niechciana, skostniała wewnątrz. Dziewczyna
poczuła się zdeterminowana jak nigdy wcześniej.
Ogień owinął pieszczotliwie palce Chandry, otulił nadgarstki
i przedramiona. Stopił się w jedno z jej ciałem, ubraniem, nie robiąc krzywdy.
Wypchnęła go delikatnie do przodu, aż zajęła się ściana i dach najbliższego
budynku. Potem powtórzyła to wszystko kilka razy. Wybrała opuszczone chaty na
obrzeżach wioski, nie chciała nikogo skrzywdzić, jedynie obronić siebie. Nie
mogła zdawać sobie sprawy z konsekwencji… Nie mogła!
Była bezradna wobec armii, która przybyła zmieść jej wioskę z
powierzchni ziemi. Choć piromantka walczyła wściekle, nie mogła uratować
nikogo. Ani swojej rodziny, ani sąsiadów. Zapłacili wysoką cenę za pożar, który
wywołała. Przysłani przez pobliską świątynie żołnierze byli świetnie
wyszkolonymi zawodowcami. A ich zadanie brzmiało: zabić ludzi skalanych magią
ognia. Kapłani uznali, że tak rozległych zniszczeń nie mógł dokonać jeden mag.
Chandra, ukryta w cieniu budynków, słyszała, jak odczytują
wyrok.
Tych, których nie dosięgły miecze lub włócznie, strawił
dziki, nienasycony ogień, którym otoczyła się w odpowiedzi na próbę schwytania.
Jednak ich było wielu, a ona jedna, przepełniona żalem i bólem. W końcu udało
się im ją złapać, przycisnąć do jej szyi ostrze miecza. Na skórze zawisła
kropelka krwi, Chandra dyszała ciężko, brudna i obolała, a kiedy już miała
umrzeć, żar jej duszy wybuchł iskrą.
Tak, podobnie jak wielu innych przed nią i po niej, Chandra
odkryła w sobie iskrę Wędrowca, pozwalającą jej na przenoszenie się między
równoległymi światami. Nie była odmieńcem, wyrzutkiem albo potworem, ale
utalentowaną czarownicą ognia.
Rzeź naznaczyła Chandrę. Spopieliła jej zdolność odczuwania
współczucia, naruszyła tę delikatną równowagę emocji. Zmieniła dziewczynę w
żywioł. Ogień na stałe wypełnił jej żyły, otaczał aureolą jej włosy, stopy i
dłonie. Był przy niej, a ona była tym żarem i gorącem.
Kiedy Jace Beleren przyłożył chłodną dłoń do czoła Chandry,
przypieczętowując jej przegraną, poczuł gorąco, które jednak nie mogło zrobić
mu krzywdy. Zmęczył dziewczynę magią iluzji, które – choć rozpadały się pod
wpływem wściekłych ataków – odradzały się z jego magii bez końca. Teraz plótł
wokół niej paraliżujący czar, odbierający możliwość ruchu, hamujący wolę.
Jednocześnie to samo zaklęcie, na wskroś przesiąknięte magią powietrza
i wody, otworzyło przed Jacem drogę do umysłu Chandry. Klęczała przed nim,
łzy płynęły po jej bladych policzkach, płonące dotąd rude włosy, zgasły. Zwisały
wokół jej twarzy, wiły się na ramionach i karku, nieczesane od dawna. W umyśle
czarodziejki także panował bałagan. Tak wielki, że Beleren zastanawiał się,
jakim cudem w ogóle funkcjonowała. Wyglądało to tak, jakby ktoś schwytał żywy
ogień, a następnie wtłoczył go między ludzkie myśli. Chandra była jak pożar,
jak żądza.
W końcu cofnął palce, wiedząc, że gdyby dotykał jej i tych
myśli sekundę dłużej, spłonąłby, a ona razem z nim.
Ładnie uchwyciłaś jej charakter. Uparta i zawzięta, ale jak to w twoim tekście widać, był w jej zachowaniu jakiś rozsądek.
OdpowiedzUsuńZdecydowanie jedna z moich ulubionych Planeswalkerek :)