31.12.2012

Pomiędzy


Przedsionki – pas ziemi niczyjej pomiędzy Niebem a Piekłem – o tej porze wszechświata były prawie puste. Zakamarkami ciasnych uliczek jednego z licznych zapomnianych miast przemykały jedynie płaczliwe dusze zwierząt porzuconych. Czmychnęły przerażone, gdy zza jednego z zakrętów wyłoniła się postać. Intruzowi towarzyszyło echo rytmicznych kroków.
Mimo spóźnienia, Zeni przystanęła niedaleko od próbującej się przed nią schować szarawej, postrzępionej zjawy. Przykucnęła, dla wygody rozkładając pierzaste skrzydła. Ostrożnie wyciągnęła dłoń w kierunku skłębionej esencji, obecnie ukrytej w cieniu ściany.
– Spokojnie, malutka – szepnęła. – Chodź do mnie – zachęciła.
Lepka, chłodna mgła życia owinęła się niepewnie wokół szczupłych palców.
– Tak, maleństwo – szeptała anielica. – Mogę cię przenieść, jeśli chcesz – zaproponowała cicho. Wyprostowała się powoli, by nie spłoszyć bytu, który jej zaufał.
W kłębuszku brudnej nibypary coś zadygotało. Zadrżał cień dawnego serca, zamrugały kiedyś okrągłe, wyraziste i błyszczące czarne oczy. Zeni zamknęła duszę w dłoniach, następnie dmuchnęła między nie delikatnie. Wokół zapachniało jaśminem i wanilią, powietrze duszne od woni zamigotało kolorowymi iskierkami światła. Moc stworzyła połączenie – przyciągała wołaniem bezbrzeżnej nadziei. Jasne, najdłuższe pióra skrzydeł Zeni nastroszyły się wraz z porywem wiatru, który szarpnął luźną, jasnoszarą tuniką i włosami okalającymi z pozoru dziecinną twarz.
– Jesteś wolna. Pan cię kocha – wygłosiła standardową formułę.
Opuszczając ręce wzdłuż ciała, czuła narastające oczekiwania pozostałych mieszkańców zakamarków Przedsionków. W zaistniałych okolicznościach musieli poczekać, aż będzie wracała tą samą drogą. Przeprowadzi wszystkich chętnych, jak zawsze. Wzdrygnęła się gwałtownie na myśl, jak wielu ich tu spotykała. Porzuconych, bo niechcianych lub już zbędnych. Gdyby skupiła się teraz na tym – na ich rozgoryczeniu, cierpieniu, dezorientacji – stanęłaby w ogniu, gotowa do walki. Głos słabszych, Posłaniec Prawdy. Potęga przepływająca przez ciało przyprawiła ją o gęsią skórkę.
Zeni potrząsnęła głową i złożyła skrzydła. Musiała iść, teraz! Ruszyła biegiem, podeszwy skórzanych sandałów stukały na bruku. 
Po dłuższej chwili anielica wybiegła na otwartą przestrzeń pogranicza. Zostawiła za sobą ciasne uliczki wijące się między obskurnymi budynkami. Tak jak została uprzedzona w liście, na zachód od miasta, widziała już niewielkie wzgórze. Na jego płaski szczyt prowadziła łagodnie szeroka ścieżka z ciemnej, ubitej ziemi. Zeni bez wahania skierowała się właśnie na nią, sprawnie pokonując kolejne metry. Wszystko tonęło w przyjaznym półmroku do złudzenia przypominającym ziemski wieczór. Kef nie żartował, kiedy napisał, że lubi chować się w cieniu.
Kiedy już dotarła na miejsce, zatrzymała się, uważnie rozglądając na boki. Zastała tam tylko ławkę z lakierowanego, ciemnego drewna. Deski oparcia oraz metalowe nogi emanowały delikatnym światłem neutralnych zaklęć ochronnych. Zeni usiadła, układając skrzydła w taki sposób, by ich nie gnieść. Skrzyżowała nogi w kostkach, dłonie ułożyła na udach. Następnie przymykając powieki, odchyliła głowę do tyłu. Wsłuchała się w otaczającą ciszę. Wiedziała, że gdzieś tam czai się Kef. Zdawała sobie sprawę z tego, że znów będzie się skradał. Podejdzie bezszelestnie, otrze palcami o jej czoło lub ramię, igrając z zasadami, które gwarantowały im bezpieczeństwo podczas spotkań. Reguły musiały go irytować. To, że ich jakkolwiek przestrzegał, świadczyło o pewnej zażyłości, jaka powstała między parą przez lata zakazanej przyjaźni.
Kef był demonem, jego ciemne, skórzaste skrzydła nadawały mu upiorny wygląd. W bladej, sinawej twarzy wyróżniały się przenikliwe jasne oczy. Kto raz w nie spojrzał, mógł zaprzedać duszę i nawet tego nie zauważyć. Zeni wyglądała przy nim jak Stróż z ziemskich obrazków wieszanych nad łóżkami dzieci. Tymczasem oboje byli wojownikami. Może nie najlepszymi, ale dość dobrymi, by ciągle istnieć.
Spotkali się dawno temu, na podobnej ławce, kiedy szukali w Przedsionkach schronienia przed lękami i wątpliwościami. A skoro przypadki nie istnieją, jeśli wszystko ma sens i dzieje się w jakimś wyższym celu, Kef – choć dziś nikt nie uzyskałby od niego odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobił – spojrzał Zeni w oczy. Cokolwiek w nich dostrzegł, został i sprawił, że ona również nie odeszła.
Uśmiechnęła się łagodnie, czując muśniecie palców na policzku. Z charakterystyczną nonszalancją otworzyła oczy, odwróciła się w stronę przyjaciela, a potem zamarła w zupełnym bezruchu. Kef – jej brat z cieni i ten, któremu pozwalała na naigrywanie się z przerośniętych gołębi – miał grubą bliznę na szyi oraz ramieniu, jak również bezwładne prawe skrzydło. Na spotkaniu zjawił się ubrany nie w zwyczajową dla niego lekką zbroję, ale w proste ciuchy wykonane z ciemnoszarego płótna.
– Oberwałeś – wyjąknęła w końcu.
– Jakiś miesiąc temu – poinformował beznamiętnym tonem.
Szukała w tej znajomej twarzy odpowiedzi na pytania, których nigdy nie odważy się zadać, ale wszystko się zmieniło.
– Jestem tymczasowo niezdolny do służby – wyznał cicho. – Być może nigdy nie wrócę do pełnej sprawności – kontynuował.
Zeni nie wiedziała, jak na to zareagować. Czy mogła powiedzieć, że go rozumie? Piekło nie tolerowało współczucia. Okazując je, mogła Kefa jedynie obrazić. Nie zastanawiając się, przysłoniła dłonią dekolt tuniki. Ale gest tylko zwrócił uwagę demona na jej szyję. Skinięciem głowy pokazał, żeby zabrała rękę. Kiedy to uczyniła, sapnął wściekle. Nad krawędzią ubrania pyszniła się cienka, wciąż świeża blizna pod lewym obojczykiem.
– Chyba powinnaś to wyjaśnić – burknął.
– A co tu wyjaśnić? – spytała. – Każdy z nas ma swoje bitwy i czasem je przegrywamy. – Na chwilę otuliła się skrzydłami. Mogła nimi zasłaniać kogoś, mogła także siebie.
– Ja jestem najemnikiem w Piekle. Wiem, czym ryzykuję – dotarł do niej jego szept. Niski, mrukliwy głos wibrował od emocji. Zeni prawie zakrztusiła się od nieumiejętnie hamowanej wściekłości Kefa. Musiał wyczuć jej reakcję, bo zaczął oddychać wolniej, a fale negatywnej energii opadły.
– Wy walczycie inaczej, jak ktoś mógł cię zranić? – Chrząknął, a Zeni z powrotem ułożyła skrzydła za sobą. Odwróciła się w taki sposób, by móc patrzeć na przyjaciela. Przysunęła się bliżej, prawie zetknęła swoje kolana z jego nogą. Nastroszyła pióra, a potem wysyczała:
– Sztylet kogoś, kto był o wiele za blisko i nie zrozumiał zasad.
– Celował w serce, prawda? – dopytał. Zeni widziała, jak pulsują tętnice demona i drżą mięśnie policzków.
– Celowała – poprawiła anielica. – Nieudolnie, ale była blisko. – W oczach Zeni, dotąd tak łagodnych, zielonych i dziecięcych, pojawił się gniew. Choć podobny do piekielnego, był o wiele bardziej zaciekły. Bardziej niszczący, spalający na popiół. Kef z lubością wciągnął powietrze do płuc.
– Gdybym tylko mógł cię za sobą pociągnąć – urwał, bo oboje wiedzieli, że pewne rzeczy muszą zostać niedopowiedziane.
Przez dłuższy moment siedzieli w ciszy obok siebie, ramię przy ramieniu i skrzydło przy skrzydle.
Przedsionki powoli zapełniały się bytami niezdecydowanymi, istotami wygnanymi lub podróżującymi. Na pustkowia nikt się jednak nie zapuszczał. A nawet jeśli, wzgórze chroniły jeszcze dwie potężne magiczne pieczęcie. Zeni wyczuła ich złowrogie wibracje. Mogłyby ją osłabić albo zabić, gdyby Kef uznał ich relację za niewartą uwagi.
– Nie dałabym rady, dobrze wiesz – powiedziała w końcu, następnie delikatnie opadła na bok. Ułożyła głowę na jego udzie, umościła skrzydła. Czuła, jak się wypręża i sztywnieje, gdy ta nieznośna, nieskazitelna czystość zbrukała jego ukochany mrok. Zeni zsunęła sandały, po czym oparła bose stopy o rant ławki. Krótkie spodnie odsłoniły jej łydki. Kef subtelnie oparł dłoń na czole anielicy.
– Potężnie sobie grabimy, moja droga – wyszeptał. Choć próbował to ukryć, jego oczy się śmiały.
– Potrzebuję odpocząć – odparła na pozór bez związku z jego uwagą. – Zgiełk chórów czasem mnie drażni. Kiedy jestem blisko ciebie, reszta milknie – wytłumaczyła.
– Wiem. – Gładził jej włosy oraz ramiona, opuszkami zahaczał o bliznę. Intrygowała go w sposób, którego nie chciał rozumieć. – Pamiętam – dodał.
– Mogłabym spróbować uzdrowić twoje skrzydło, jeśli chcesz – zaproponowała ostrożnie.
– Żeby mi wyrosły na nim kanarkowo żółte pióra, podziękuję – sarknął. Opuścił ręce wzdłuż ciała. Bliskość pierzastej przyjaciółki, zaczynała mu wadzić. Nie musiał tego mówić, sama ostrożnie się podniosła i odsunęła na bardziej komfortową dla obojga odległość.
– Żadnych piór, bracie z mroku – wygłosiła. Jej ręce zapłonęły. Podniosła dłonie na wysokość twarzy, szeroko rozkładając szczupłe palce. – Pozwól – poprosiła, a może nawet rozkazała. Butna jak wszyscy skrzydlaci z Nieba.
– Kiedy to zrobisz, będziemy musieli natychmiast się rozdzielić – przypomniał. –Moje pieczęcie pękną, a zachwiana równowaga zaalarmuje obie strony, trzeba będzie jakoś to zakryć – strofował cierpliwie. Zeni wzruszyła ramionami, po czym pogardliwie wydęła wargi.
– Nic, z czym nie dałabym sobie rady – prychnęła. Płomień na dłoniach przygasł, gdy sięgnęła do swoich skrzydeł i z obu wyrwała pęk krótkich, jasnych piór. Bez zwłoki rzuciła je na ziemię obok ławki – tam, gdzie wcześniej sandały.
– Jesteś szalona – oburzył się demon.
– Odrosną. – Obeszła ławkę w taki sposób, by mieć swobodny dostęp do blizn przyjaciela. – Kiedy ci powiem, spluń tam – znów wydała rozkaz tym przeklętym, właściwym dla pierzastych tonem, który wymuszał posłuszeństwo. Nie czekała na pozwolenie. Ręce wyśpiewane do walki o prawdę ponownie stanęły w ogniu.
Zielone płomienie natychmiast pochłonęły nie tylko pokrytą szramami powierzchnię skrzydła, ale także wciąż obolałe plecy Kefa.
Czuł ciepło tych zaklęć. Czuł, jak sięgały w głąb tego, czym i kim był, a potem to wszystko rozplątywały oraz splątywały od nowa. Zeni musiała być niesamowicie opanowana. Normalnie taki rytuał, zwłaszcza dla demona, powinien być bolesny i nieprzyjemny. Ona w jakiś sposób spowolniła własną magię, by ta działała nadal skutecznie, ale bardziej stopniowo. Jego skrzydło – od miesiąca bezużyteczne, właściwie niemal martwe – zaczęło mrowić i drgać. Ogień je ogrzewał, a magia wypełniała. Zanim Kef zdążył pomyśleć, Zeni popchnęła go do przodu.
– Już! – krzyknęła.
Niechętnie splunął na pióra, które wcześniej wyrwała. Wstał, po żołniersku żegnając ją jedynie skinięciem głowy. Widział sińce pod oczami anielicy, a także słabszy, zmęczony uśmiech, ale jego ptaszynka wiedziała, co robi.
Zbiegł ze wzgórza, nim ich bliskość ściągnęła na oboje większe problemy.
W kark uderzyło go gorąco mocy, gdy Zeni spopieliła pióra i swoje buty jednym z ognistych tchnień. Przez pustkowie przetoczył się szept formuły:
– Z prochu i w proch – obiecywał zwielokrotniony echem głos.
Demon wiedział, że podobnie jak on, ona także przebiegnie przez Przedsionki. Kef zmierzał do jednego z Przejść, Zeni wybierze drogę przez opuszczone miasto, do niższej z Bram. Dawno temu ustalili reguły.
Nagle zatrzymał się i obejrzał przez ramię. Wzgórze wciąż było dobrze widoczne, choć powoli tonęło już w mroku. Czas był ich szczególnym sprzymierzeńcem. Wykradali go spomiędzy chwil, a znów upływający, zapewniał im bezpieczeństwo.
Anielica pewnie zostanie w ruinach miasta, by odesłać dusze niechcianych zwierząt. Kef miał nadzieję, że zachowuje przy tym ostrożność oraz minimum rozwagi. Parsknął na myśl, że znów robi to na bosaka. Ile razy jeszcze?
– W stronę światła, moja droga – szepnął. – Bez niego ja nie znajdę swoich cieni – dodał, ponownie zrywając się do biegu. Złożone na plecach, znów sprawne, skórzaste skrzydła łopotały w znajomy, kojący sposób. 


Ja i Ava


Kontynuacja w tekście: Jak to sobie wyobrażasz

1 komentarz:

  1. Jeśli szukasz świeżego tekstu o specyficznej, a wręcz egzotycznej przyjaźni, dodającej kolorów w wydawałoby się już zdefiniowanym i klasycznie spolaryzowanym, czarno-białym świecie, to jest to dobry wybór.

    OdpowiedzUsuń

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.