08.12.2011

Esej o kolorach

W jakich momentach życia kolory mają dla Ciebie znaczenie? Kiedy o nich myślisz i co wtedy dla Ciebie oznaczają?

Słyszę szelest, odwracam się powoli. Chcę dostrzec początek jej uśmiechu, kiedy na mnie patrzy. Ma wtedy magicznie zielone oczy, trochę skundlone, bo niejednolite. Tęczówki podbarwione złotym brązem, usiane plamkami z uczuć. Właśnie wtedy moje myśli uciekają między barwy. Zapamiętuję każdą najmniejszą emocję, drganie na granicy świadomości. Nieważne, czy to potem do mnie wróci.

Czasami, dla odmiany, nie mam ochoty na myślenie. Bynajmniej nie chodzi mi o głupotę, przeciwnie. Jest taki stan, niezbyt wygodny, gdy ciągłe analizowanie prowadzi do kłopotów. Zaczynam szukać drugiego dna, domyślam się, zamiast pytać. W końcu, mimowolnie, pogarszam teraźniejszość. Popadam w szarość, która wcale nie daje wytchnienia. Jest po prostu wymieszaniem wszystkiego z każdym. Potem muszę się z niej oczyścić. Wybrać jakąś drogę. Chętnie wyrazistą, określoną.
 Ognistą czerwień kokardek przy skarpetkach sięgających ponad kolana? Soczystą zieleń koszuli z niedokładnie wyprasowanym rękawem? Lekko spraną, ale swojską czerń zbyt dużego swetra. Więc kolory w ubraniach. A ubrania w emocjach. Mogłoby tak być, czyż nie?

Biało-czarna kratka. Tym jest mój świat. Składam go z niewielkich kwadratów, które wypełniam słowami. Dobre słowo, złe zdanie. Nie zawsze w odpowiedniej proporcji, optymalnej dla nastroju.

Rzadko, w momentach liczonych na tchnienia, pozwalam sobie na wybuch kolorów. Bardziej czuję niż wiem, że moje oczy nabierają blasku. Płynie tekst jednej z ulubionych piosenek. Bo czas też ma zielone oczy i jeszcze plącze kroki. Jak często bywam taką komplikacją dla kogoś? I czy zawsze czekam na jakiekolwiek pozwolenie?

A jeśli zaboli, czemu znów schylam się do czerwieni? Czemu tak łatwo myśleć mi o  mojej własnej krwi – wypełnia żyły, płynie pod skórą, pulsuje w skroniach. Po prostu jest, a jednak… Momentami, jakby jej wcale nie było. Wtedy ktoś musi przypomnieć. Spojrzeć na wskroś przeze mnie, zmrozić błękitem, wybrać. Ból rodzi ból. Jeden powoduje inny, a z innego wynika kolejny. Ten komplet jest feerią barw pod zamkniętymi powiekami, ale potem znajduję spokój. I nagle wybuch układa się na półkach. Symetrycznie.

W takich chwilach także myślę o kolorach.

Tylko żałuję, że tak rzadko one myślą o mnie. Ja, moje drogie złudzenia emocji, ja mam swoje potrzeby. Nawet nie tyle żądam, co raczej grzecznie proszę. Czasem z kącika, potem z parkowej ławki, z kanapy w zatłoczonym klubie, spod sceny, na której tańczy stary, choć młody bóg.

Widzę ich – tych kolorów przeróżnych – ukłon uprzejmy w świeżo zaparzonej herbacie. W wiernym spojrzeniu psa, takim pod tytułem: wyprowadź mnie na spacer, inaczej zostanę fontanną pokojową o agresywnym usposobieniu. Łapię w kolorze skarpetek; wymyślnych, bo z blokadą na wywracanie się na wypastowanej podłodze. Mimo to, a może właśnie z tego powodu, wciąż szukam następnego koloru. Wciśnięta pomiędzy cytrynowe popołudnie a kruchość blondynki.


Napisany na potrzebę konkursu na portalu: http://szuflada.net/?p=1537
Esej zdobył wyróżnienie i bardzo pochlebną - w moim odczuciu - opinię jury. 

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.