Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stusłówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stusłówka. Pokaż wszystkie posty

18.01.2014

Nie zmieni


Wąż nie zmieni swojej krętej natury, nawet kiedy się wśliźnie w prostą rurę bambusową.
— Przysłowie chińskie

Kiedy człowiek wzrasta w przekonaniu o własnej wyższości nad innymi, może przegapić moment, gdy zacznie czołgać się pod stopami tych, którymi dotąd pogardzał. Jak na ironię, godłem twojego domu jest wąż, Draco, podpowiadał udręczony umysł młodego mężczyzny. Ten, sparaliżowany strachem, zamarł w półruchu. Byle przeżyć, nic więcej! Choć wokół umierali ludzie i śmigały z wizgiem promienie zaklęć. Jeśli miał wybrać stronę, Draco wybierał życie.
Chciał przetrwać! Zniknąć, schować się, uciec! Nie nadawał się do walki, o tej prawdziwej nie miał najmniejszego pojęcia. Tylko garść złudzeń.
Gdzieś zniknęły wyuczone maniery, dumnie zadarty podbródek, sztywne plecy. Draco Malfoy, zgarbiony i przerażony, uświadamiał sobie w każdej sekundzie bitwy o Hogwart, że pieniądze i pochodzenie tym razem nie znaczyły nic.
Jego krew, czysta i arystokratyczna, plamiła posadzkę tak samo jak krew szlam. Mieszała się z kurzem i brudem, a blondyn myślał wyłącznie o tym, jak oślizgły jest jego strach. Jak zmusza go do pełzania, kusząc złudzeniem, że jeśli Draco skuli się jeszcze bardziej, nikt go nie zobaczy.
Był blady jak upiór, histeria niemal uniemożliwiała mu oddychanie. Zredukowany do instynktów, stał tam, kuląc ramiona i patrzył na nich. Patrzył na dawnych kolegów, wrogów i pozornych sprzymierzeńców. Stał i nie robił nic, jak przystało na arystokratę.

16.03.2013

Seria z bólem: Bezboleśnie

(…) Niewydeptane ścieżki gubią mnie.
Tak łatwo utknąć w zaspie aż po szyję, na śliskich słowach wywracamy się.
— R. Łukasiewicz, tekst do piosenki „Krzyżówka dnia”

Bezboleśnie

Wiedziała, że wyprze się każdej słabości. Nie przyzna do tego, co mogłoby ją zniszczyć. Strzepie z siebie emocje i refleksje. Zostawi tylko to, co pierwotne, na stałe wpisane w każdy krok, poprzedzone przez zbyt szybki i płytki oddech. Wplecione pomiędzy zgrzyt spustu i huk wystrzału. Jak wielką ulgę odczuwała, trzymając w dłoni pistolet, gdy ciężar pełnych magazynków oznaczał czyjeś życie lub śmierć? Jeśli kiedyś wierzyła w magię, to dziś zauważała strzępy fantazji jedynie w walce. Kolejne starcia niosły w sobie cząstkę nienaruszalnej wieczności. Liczyło się przetrwanie, a może droga do niego? Wcale nie chciała znać odpowiedzi.

Wtedy dostrzegała tylko pióra.



Dalej: Czy to boli?

6.03.2013

Okazja


Castiel, przechylając głowę, skupił wzrok na zdegustowanej twarzy Deana. Ostrożnie cofnął dłoń od czoła łowcy. Opuścił ręce wzdłuż boków, rozluźniając palce, które wcześniej niemal musnęły usianą piegami skórę.
– Nie znoszę tej całej anielskiej teleportacji  – sarknął Winchester. – Wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić te palce? – dodał hardo na wyrost. Kogoś, kto w ogóle rozumie, czym jest wstyd, takie pytanie z pewnością wyprowadziłoby z równowagi.
Cas tylko nieznacznie zmrużył oczy w reakcji na jawną prowokację. Nie skrzywił się, nie okrył szczelniej połami płaszcza. Jakby dwuznaczna sugestia zupełnie po nim spłynęła. Nie byłby to zresztą pierwszy raz. Niespodziewanie jednak kącik jego dotąd zaciśniętych ust drgnął do góry w czymś na kształt psotnego uśmiechu.
– Skoro proponujesz – wymruczał niskim, sugestywnym tonem.
Taksujące, intensywne spojrzenie omiotło całe ciało Deana, gdy ten zbyt zaskoczony i zarumieniony po czubek głowy, zwyczajnie milczał.
– Sukinsyn – wysyczał mężczyzna, kiedy charakterystyczny szelest piór uświadomił mu, że znów został w motelowym pokoju sam. 


24.11.2012

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - Na dodatek



Pociągnęła rękaw zielonego swetra i starając się nie rozpłakać, zapytała:
– Czy to jest dobre?
Odpowiedziała jej głucha cisza. Wełna wysunęła się spomiędzy chudych palców.

Nie miała siły na kolejnych ludzi i pytania. Była taka słaba, taka głodna. Zapadnięte policzki wydawały się przezroczyste. W końcu poddała się i usiadła na chodniku. Za plecami czuła drewniany płot stanowiący granicę rzeczywistości.

Podwinęła kolana i oparła na nich brodę. Chlipnęła, ale nie pozwoliła sobie na łzy. Wystarczyło poczekać – ktoś się znajdzie. Musi!

A jeśli nie?

Obok niej przecież siedział zabiedzony, wyleniały kot zapatrzony w przestrzeń - niemartwy i nieżywy. Wenie głośno zaburczało w brzuchu.



Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - X



W wolnych chwilach kobieta siadała i wyglądała przez okno, obserwując ludzi. Nie lubiła ich, nie znosiła także siebie. Złe humory w regularnych pakietach zanosiła do pracy. Wyładowywała je później na istotach absolutnie przypadkowych. Nie miała pasji.

Jedynie sprzątała z obsesyjnym zaangażowaniem. Zmywała naczynia, zamiatała podłogę, układała przedmioty. Wycierała kurz atakujący półki. Patrzyła wtedy uważnie na wirujące w powietrzu drobiny, mając na końcu języka słowa, których nie potrafiła sobie przypomnieć. Wyrazy były blisko, ale nigdy nie dawały się złapać. Umykały, a ona nie goniła ich zbyt długo. Nie zależało jej, ponieważ nie rozumiała wagi problemu.

Urodziła się bezwenna, taka miała umrzeć. 



Kolejny oddech, dodatkowy: TOOMR - Na dodatek

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - IX



Jego głos wznosił się ponad wszystkim. Chrapliwy, gardłowy, groźny. Rozkazywał:
– Niszcz! Rwij! Szarp! Rań!

Zapętlony w niepohamowanym akcie destrukcji, nie zważał na konsekwencje. Na możliwe następstwa. Pewny siebie, jak żaden przed nim – czerpiący siłę z młodej, zapalczywej duszy. Wyrzucał nieudane dni do kosza pod biurkiem, oprawiał słodkie wspomnienia w ramki i wieszał krzywo nad łóżkiem. Istniał na granicy snów, koszmarów i marzeń. Ciągle spragniony, nienasycony i niepełny. Zafascynowany butelkową zielenią swetra, miękkim dotykiem zakazanych dłoni – ciepłem zabronionym, desakralizującym. Uczepiony rozwianej grzywy konia tak białego, jak biały jest śnieg i niezapisane kartki porzuconego zeszytu.

Spieniony gwałtowną emocją dzikiego biegu – wen niespełniony.



Kolejny oddech: TOOMR - X

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - VIII



Ukłonił się zgrabnie, nie unosząc wzroku. Nie śmiał na nią spojrzeć. Bał się patrzeć, chociaż była wyjątkowo fascynująca.

Gdy wzywała go do siebie, nie mógł odmówić. Im dłużej zwlekał z wykonaniem polecenia, tym boleśniej karciła. Dotkliwie zabawiała się rozedrganym jestestwem. Znała setki tortur i wciąż wymyślała kolejne – jeszcze bardziej wyszukane, wyraźnie uderzające w najsłabsze punkty.

Upuszczając wachlarz na posadzkę, poderwała się z tronu. Strzępy sukni zatańczyły z powietrzem, gdy w trzech, półpłynnych krokach znalazła się przed pokornym sługą. Chwyciła mężczyznę za przód starannie wyprasowanej koszuli. Uniosła lekko w górę, zmusiła do pocałunku.

Jak każda wena, coś zabrała, oddając dużo więcej.



Kolejny oddech: TOOMR - IX

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - VII



Zamieszkał w butelce po winie, która pewnego wieczora poturlała się pod łóżko. Otulony kurzem, schował skarby myśli w zagubionej skarpetce (na zawsze pozbawionej swojej towarzyszki).

Zatracony w nieśmiałości, zamaskowany szarością spraw, zepchnięty na margines czasu. Zmaltretowany marazmem, bez szans na reakcję, czekał. Modlił się o swój czas, o zasłużony odwet. Jednak zemsta nic nie zmieniła.

Odpłacił właścicielce za wszystko z nawiązką, następnie skulił się w sobie jeszcze bardziej – zapadł w ciemność pod łóżkiem, a gdy dziewczyna spróbowała go uwolnić, uciekł. Zachichotał, po czym usadowił się na pobliskim drzewie. Tam odzyskał potencjał, zerkając na wisielca targanego wiatrem.

Weny też potrzebują inspiracji.



Kolejny oddech: TOOMR - VIII

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - VI



Prychnęła swojemu właścicielowi prosto w twarz, po raz kolejny jawnie okazując niezadowolenie oraz brak szacunku. Traktowała go okrutnie, kapryśnie i niesprawiedliwie. Mrucząc gardłowo, wbijała ostre pazury w duszę artysty. Zmuszała mężczyznę do trudnej egzystencji na granicy absurdu. Zanurzała stopy w złości i frustracji, którą sama powodowała. Pozwalała agresji przesączać się między palcami: wyciekać w krótkich występach, transmitowanych na żywo w zwykłej, szarej codzienności.

Wszystkim wydawało się, że ona rządzi.

Do czasu, gdy schwycił jej wątłą szyję i zacisnął kurczowo zmęczone dłonie. Wtedy zrozumiała, że jest niczym więcej, tylko narzędziem. Ściętą stalówką pióra, grafitem ołówka, kartką papieru formatu A3; weną wykorzystaną.



Kolejny oddech: TOOMR - VII

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - V



Wyciągnął swoje chude, zbyt długie ręce do przodu, wyprężył palce i zakwilił.
– Weź mnie... Weź, proszę... – szeptał błagalnie.

Jego szczupła, zielonkawa twarz wykrzywiła się grymasem smutku. Sine wargi drżały – niemal płakał – ale ona wciąż pozostawała niewzruszona. Nie odwróciła się, nie zaszczyciła go choćby spojrzeniem. Załkał. Trzęsąc się, usiłował dosięgnąć ją za wszelką cenę, ale łańcuch, oplatający patykowate nogi, nie pozwalał na nawet najmniejszy krok.

Musnął powietrze pieszczące wyniosłą sylwetkę dziewczyny i zamarł w połowie gestu. Poddał się, opuścił kościste ramiona, rezygnacja zgasiła blask przepastnych, czarnych oczu –uświadomił sobie bolesną prawdę. Poczuł, jak niewiele znaczy.

Wen zwykle przegrywa z szarą rzeczywistością.



Kolejny oddech: TOOMR - VI

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - IV



Wytarła jego zapłakane policzki luźnym rękawem zielonej, lnianej koszuli. Rozkwitła cieniem ironicznego uśmiechu, który podarował kolejnemu porankowi. Zaplotła dym z papierosów w długie warkocze, czekając na zainteresowanie. Nie skarżyła się, nie narzekała. Nigdy nie oceniała jego postępowania – nie wymagała, by przestrzegał jakichkolwiek zasad, choć mogła stworzyć ich setki.

Radośnie podporządkowana – oddana bez reszty. Przygniatana ciężarem lędźwi do materaca. Wielokrotnie zaspokajana pośrednią pieszczotą. Zapisana w podświadomości, cierpliwa, pełna zepsucia i upojona nocą.

Cicha, niemalże pozbawiona prawa głosu, lecz nie głucha. Śpiewająca łagodnym altem, o rzadkiej właściwości zwodzenia duszy na pokuszenie. Pozwala mu chwycić się za włosy, bo jest weną prawdziwego mężczyzny.



Kolejny oddech: TOOMR - V

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - III



Zabiegana, wiecznie spiesząca się na kolejne spotkanie, nawet nie zauważyła, że się zgubił. Nie zwróciła uwagi, że jej odbiciu w lustrze czegoś brakuje. Zbladła, zmizerniała, ale wciąż nie miała czasu, żeby na siebie popatrzeć. Stąpała lekko, ledwie muskając ziemię palcami.

Znajomi zaczęli pytać ją o zdrowie, podrzucając dodatkowe kanapki w porze drugiego śniadania, ale kobieta nie rozumiała. Nie pojmowała, bo nie potrafiła już czuć. Najpierw przestała dostrzegać kolory, z czasem stępiły się również pozostałe zmysły.

Kiedy uświadomiła sobie, że zapodziała najważniejszą część duszy, było już za późno – wen utkwił w szparze między chodnikowymi płytami i zajął się chwytaniem rozwiązanych sznurowadeł.



Kolejny oddech: TOOMR - IV

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - II


Znała głód, jak nikt inny. Urodziła się głodna i przez długi, naprawdę długi czas nikt nie nakarmił jej do syta. Cierpiała, ale nie potrafiła się przemóc – prośba nie przechodziła przez szlachetne, ściśnięte konwenansami gardło. Zbyt dumna, by płakać, przyczaiła się w niemym oczekiwaniu. Musiała przyznać, że było warto.

Gdy poczuła na języku słodki smak ciepłej, domowej szarlotki, wiedziała, że to ten wieczór. Jej moment – szczególny i niepowtarzalny. Przez chwilę zachłysnęła się rozpływającym się w niej spełnieniem, by następnie rozłożyć je na czynniki pierwsze, badając skrupulatnie każdą literę.

Zapamiętała dokładnie najdrobniejsze sekundy. Odrzucając zakurzony świat szuflady, uśmiechnęła się szczęściem weny nasyconej.



Kolejny z oddechów: TOOMR - III

Tysiąc oddechów oswojonych muz rzeczywistych - I


Skamlał cicho, całkowicie zrezygnowany.

Porzucony kilka dni temu, stracił nadzieję, że pan po niego wróci. Stalowa linka wżynała się w jego duszę, odbierając resztki pewności siebie. Wiary w to, że jest dla kogoś ważny i coś znaczy.

Z początku wył i krzyczał.

Potem szeptał pod nosem mroczne klątwy, przechodzące łagodnie w modlitwy. Prosił o szansę na wzajemność. Błagał o możliwość przetrwania, ale nikt go nie słyszał. W końcu pozostało mu już tylko położyć się i czekać na nieuniknione, bezcelowo obserwując okolicę. Ostatecznie odwiedziła go ciemność. Tylko ona znalazła w sobie siłę i wygospodarowała czas, by zająć się porzuconym, bezdomnym wenem.



Kolejny z oddechów: TOOMR - II

22.11.2012

Cel


Uciekaj, uciekaj! Wypatrzyłem cię, wybrałem. Taką delikatną, wiotką i piękną. Twoje przerażone oczy nie robią na mnie wrażenia.

Gonię, by dopaść. Dopadam, by zabić.

Potrzebuję tej śmierci. Przeraźliwego krzyku, namiastki walki. Pożądam chrzęstu łamanego karku, dźwięku prucia się skóry na brzuchu. Smaku krwi na języku.

Jestem bestią, paskudnym drapieżnikiem, który nie zna litości, nie ma w sercu boga – żadnego, nigdy.

Decyduję o twoim być albo nie być. Staję się oprawcą, bo tak podpowiada mi instynkt. Musisz zrozumieć, duszko. Jestem tylko tym, kim jestem. Nikim więcej. Wygłodniałym drapieżnikiem o wielkich kłach. Głodnym – w każdym tego słowa znaczeniu.

Jestem wilkiem. Uciekaj, sarenko!