16.03.2013

Seria z bólem: Czy to boli?


Lubię się sparzyć i spokojnie koić ból, a potem mówić, że tak chcę.
— Agnieszka Chylińska, tekst do piosenki „Jestem silna”

Czy to boli?

– Tu, gdzie stoję, na granicy nocy i dnia, widzę najwięcej – stwierdził Rock, obserwując zażartą walkę toczącą się pomiędzy Revy a Ginjim. Yukio próbowała jeszcze coś wyjaśnić, doprecyzować, a może po prostu wyznać, zanim… Jednak kości zostały rzucone, nie było innej, lepszej drogi.

– Za późno. O wiele za późno – wysyczała kobieta, ignorując własny ból i plamiącą wszystko wokół krew jej przeciwnika. – Jedyne miejsce, w którym kończą tacy jak my, to dziura w ziemi, mój drogi. Jednak ty próbowałeś żyć – dodała po chwili.

– Wygłupiłem się – szepnął Ginji, upadając na beton. Czy mogło być inaczej? Raz skrzyżowane ścieżki zdeterminowały przeznaczenie dla nich wszystkich, ale pozostawały pytania bez odpowiedzi, zawiedzione nadzieje, niespełnione marzenia. Złudzenia, sny i zasady.

Rock próbował zapanować nad całą tą popieprzoną sytuacją. Podtrzymywał ranną przyjaciółkę, a jednocześnie wciąż rozmawiał z dziewczyną. Tyle zbrukanej niewinności. Nastolatka sięgnęła po katanę, przeprosiła. Ach, więc tak chciała to zakończyć.
– Nie patrz na nią, Rock. To cię złamie – ostrzegła go Revy, a mimo to nie odwrócił głowy, nie zamknął oczu. Patrzył, jak miecz przebija gładką skórę szyi, a krew znów spływa po ostrzu.

Ile zmieścisz bólu w dusznym i ciasnym pokoju na tyłach podrzędnego motelu? Jak wiele krzyku upchniesz między dwoma niewygodnymi łóżkami, by zasnąć choć na chwilę? Kiedy wrócisz do domu i zaczniesz udawać, że to wszystko nie miało miejsca?

Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu. Stare, wyblakłe zasłony smętnie zwisające z karnisza nad jedynym oknem. Brudna i poplamiona tapeta, która pamiętała zamierzchłe czasy. Zakurzona wykładzina w kolorze zgniłej zieleni. Zatęchłe powietrze przesycone zapachem dymu papierosowego, krwi i leków. Nie potrafił zasnąć, mimo (a może z powodu) zmęczenia, więc siedział sztywno w tym przeklętym fotelu, patrząc na wszystko, tylko nie na nią. Mogła umrzeć mu na rękach, miał tego pełną świadomość. Czy to właśnie ta wiedza kołatała się teraz gdzieś wewnątrz jego głowy, powodując nieznośny, pulsujący ból? Poluzował wygnieciony krawat i rozpiął pierwsze dwa guziki koszuli. Następnie pozwolił odpocząć stopom, zsunąwszy z nich mocno już podniszczone buty. Śmierdział gorzej niż cały ten pokój. Strach tym razem wcale nie czaił się za rogiem, nie przysiadł pod łóżkiem ani za drzwiami. Nonszalancko oparł się o szczupłe, męskie ramię i wycharczał wprost do ucha:

– Rock, dziecinko, co zrobisz, jeśli ona z tego nie wyjdzie?

Zastanawiał się, czy go zastrzeli, kiedy zrozumie, że musiał ją nieść, gdy zemdlała. Połamie mu ręce za zdjęcie z niej ubrań, a może odetnie je, ponieważ dotknął ocalałego z walki pistoletu? Jeśli tylko odzyska przytomność, jeśli…

Jęknęła, wykrzywiając jednocześnie spierzchnięte usta. Nagle zapragnął, by spomiędzy tych wąskich warg znów popłynął potok plugawych przekleństw, nieopanowanych wrzasków, słodkich gróźb. Nie miał najmniejszych wątpliwości – Revy była szalona i absolutnie najlepsza w tym, co robiła. Zdążył ją poznać, oczywiście na tyle, na ile sama na to pozwoliła. A jednak wciąż zdarzały się chwile, gdy zupełnie nie potrafił odgadnąć jej intencji. W istocie wcale nie musiał. Ważne, że w decydujących momentach mogli na siebie liczyć. Ile razy naprawdę uratowała mu życie, jednocześnie bez wahania narażając własne? Potrząsnął głową i z rezygnacją popatrzył na niski, obdrapany stolik z ciemnego drewna. Butelka wody, szklanka, pusta paczka papierosów i leki. Tabletki przeciwbólowe oraz antybiotyk w butelce z brązowego szkła. Westchnął i oparł czoło na złożonych jak do modlitwy dłoniach, gdy zaburczało mu w brzuchu. W końcu wyprostował się powoli, po czym wzruszył ramionami. I tak w tej chwili nie mógł nic na to poradzić.

– Rock, słonko, masz zamiar się zagłodzić? – Wyrzuty sumienia mówiły w jego głowie znajomym, lekko schrypniętym głosem. Wariował i wcale się przed tym nie bronił.

Pot przylepił jej grzywkę do bladego czoła. Wydawała się bezbronna, oddzielona od rzeczywistości grubym murem otępiającego działania leków i zmęczenia. Lekarz – Rock nie wnikał w jego specjalizację, wolał nie ryzykować, że miałby choć przez sekundę ochotę skręcić konowałowi kark – wyraźnie zaakcentował, że rana, zabiłaby każdego, kto nigdy nie doświadczył bólu. Nie skomentował tego, nie musiał. Blizny na skórze kobiety mówiły za niego. Jak wiele drzwi otwierało kilka kłamstw i odpowiednie nazwiska? To nie był czas na wątpliwości, chrapliwy oddech rannej przyjaciółki skutecznie zmusił go do działania. Im dalej w to brnął, tym było łatwiej. Skręcał się na myśl, że ktoś kiedyś wypomni mu, iż nigdy nie pociągnął za spust. Czy naprawdę? Jak bardzo ubrudził sobie ręce krwią? I czemu potrafił z tym żyć, a z ledwością odwracał się w stronę przykrytej kocami kobiety.

– Jest piękna, prawda, chłopczyku? – Popadał w obłęd.

Ocknął się z płytkiej drzemki, zaalarmowany łkaniem. Revy oparła się na łokciach, uniosła odrobinę głowę i zaczęła kląć.

– Kurwa, ja pierdolę – wymamrotała, westchnęła i z powrotem opadła w pościel. Rock spojrzał na zegarek, leki przeciwbólowe mogły już przestać działać. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, jak mogła się teraz czuć. Zacisnął zęby, kiedy drżącą dłonią nalewał wodę do szklanki i wyjmował z opakowania cztery tabletki. Maksymalna, jednorazowa dawka. Wiedział, że zaczną działać nie później niż za dwadzieścia do trzydziestu minut. Zacisnął pięść, chowając w niej jednocześnie okrągłe proszki. Musiał je tylko podać w taki sposób, żeby się nie zakrztusiła. Nic trudnego, prawda? Da radę, do cholery, musi!

Usiadł na łóżku, odchylił pledy, po czym delikatnie wsunął dłonie pod obie pachy kobiety i uniósł ostrożnie, by na koniec oprzeć jej plecy o swoją klatkę piersiową. Piekielnie uważał na zranioną, prawą nogę. Revy oddychała odrobinę za szybko, płytko. Wydawało mu się, że ma lekką gorączkę, ale z drugiej strony w pokoju było duszno, nie chciał panikować. Nie tego teraz potrzebowała. Odruchowo wygładził na jej ramionach za dużą, ciemnozieloną koszulkę, którą kupił w kiosku przy wejściu do motelu. Zakrwawione i zniszczone podczas walki ciuchy nie nadawały się już do niczego, a bagaż mógł odzyskać najwcześniej jutro, kiedy opadnie pierwszy kurz po całym tym pieprzonym, samurajskim zamieszaniu.

Odetchnął głęboko trzy razy, po czym szepnął jej do ucha, łudząc się, że to cokolwiek ułatwi:

– Rebecca, musisz przełknąć leki, które za moment ci podam. Przestanie cię po nich boleć – dodał po chwili.
– Pierdol się – wymamrotała, ale pozwoliła sobie wsunąć tabletki do ust. Wypiła również kilka niewielkich łyków wody, a następnie przełknęła z wysiłkiem. Odstawił naczynie na szafkę obok łóżka i zawahał się w momencie, w którym miał położyć przyjaciółkę z powrotem pod kocami. Sięgnął do rzucającej mdłe światło lampki i wyłączył ją, pozwoliwszy pokojowi utonąć w ciemności. Powoli, centymetr po centymetrze, wciągnął na łóżko obie nogi Revy, jednocześnie przekładając kolano za jej plecami – w ten sposób oboje zmieścili się na wąskim materacu. Kobieta była niewiele od niego niższa, ale ciągłe życie w ruchu i napięciu, nieregularne posiłki oraz palenie niewyobrażalnej ilości papierosów do społu z piciem alkoholu, zrobiły swoje. Bez specjalnego wysiłku był w stanie ułożyć ją w taki sposób, że teraz właściwie leżała między jego nogami, z głową opartą o ramię, wtulona i bezpieczna. I nawet jeśli ona tego nie potrzebowała, to Rock łaknął bliskości. Zamknął oczy, otoczył przyjaciółkę rękami. Przed kim ją chronił? Czy naprawdę chodziło właśnie o bezpieczeństwo?

– Dlaczego nie powiesz tego wprost, kotku? Używasz jej jak tarczy – zadręczał sam siebie.
Jęknęła, zacisnąwszy szczęki. Przycisnął jej drobne, umięśnione ciało do swojego i szepnął:
– Jestem tu, jestem obok.

– Rock… – wymamrotała.

– Ciii, śpij. Potrzebujesz tego. – Miał nadzieję, że Revy nie zapamięta zbyt wiele z tej nocy. Inaczej był trupem. Zastrzeli go choćby za to, że się nad nią roztkliwiał. Nad szaloną morderczynią, nieśmiertelną czarodziejką kul.

– To boli – wycharczała.

– Wiem – odparł, nie znajdując lepszych słów.

– Boli to, że jesteś, ale dziękuję – powiedziała tak cicho, że nie miał pewności, czy sobie tego nie wyobraził. Zamarł w bezruchu, w niemym oczekiwaniu na coś więcej, ale Revy już zapadła w sen, więc westchnął i zapatrzył się w ciemność. Wiedział dokładnie, gdzie leży gotowy do strzału pistolet. Słyszał przytłumione wrzaski za ścianą i bardziej regularny, spokojniejszy oddech przyjaciółki. Czuł zapach potu, krwi i czegoś, co w mroku szczerzyło do niego zęby w nieszczerym uśmiechu. Już się nie bał. Przecież i tak nie pozwoliłby jej zabrać. 


Dalej: Przeciwbólowo

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.