08.12.2011

1939


           Nie zatkał uszu, chociaż nad wrzaski żołnierzy oraz huk broni wybijało się idealne pienie niebiańskiego chóru. Pierzaści nadgorliwie podeszli do swoich obowiązków.
Ludzie ginęli, oni śpiewali, on patrzył.
Nie żeby go to jakoś specjalnie obchodziło; raczej ciekawiło. Próbował zrozumieć, wyciągnąć wnioski, nie oceniać. Nie ważył uczynków, zapamiętywał je na później.
Kiedy usiądzie nad krawędzią Przejścia, znów będzie czuł zew. Ten sam, który nie pozwolił mu się ukorzyć i spowodował upadek. Dawno, dawno temu. Teraz wszędzie wokół widział ciała. Jednak nawet umierania nie można porównać z uczuciem, gdy łaska Stwórcy przestawała się wsączać w jaźń. Śmierć zwyczajnie przychodziła. Tamto… Tamto oznaczało niepowetowaną stratę. Tak, chyba tak można to ująć. A może wcale nie da się opisać stanu pustki, którą czymś przecież trzeba zapełnić, by istnieć.
Zmarszczył czoło, kiedy przez nie do końca materialną twarz chlusnęła mu krew. Na moment poczuł jej smak i zapach, chwilę potem wrażenie minęło. Znów był tam tylko obecny, w niczym nie uczestniczył. Jeszcze.  
            Wyobrażał sobie, że żaden z tych chłopców – nieważne, jaki nosił mundur – nie pragnął tu być. Sięgał do myśli niektórych z nich i widział strach. Nielicznych prowadziła szczera wiara. Jakże byli naiwni, licząc, że górę interesuje cokolwiek poza nią samą. Kilku z oddaniem kochało swoje ojczyzny. Tym wydawało się, że robią dobrze, zabijając. Plamili swoje sumienia dla wyższych celów.
Idealistów było mu prawie żal. Właśnie ich dusze skrzydlaci posłańcy – listonosze złudzeń – wyrywali sobie z rąk. Wokół wirowały pióra, tryskała jasność, nie milkły chóry. Pewne, głębokie głosy opiewały chwałę zniszczenia. Opiewały potęgę wolnej woli. Opiewały zaprzeczenia, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało. Przynajmniej nikomu stamtąd.
Raum spojrzał do góry. Nad pograniczem wyznaczonym ludzkimi umowami unosiły się całe zastępy przekonanych o własnej racji istot. Nie zaszczyciły demona spojrzeniem, zbyt zajęte osiąganiem celu.
Jasne, urzekające formy przybierały także kształty uskrzydlonych ludzi, by potem zmienić się w cokolwiek innego. Mniej doświadczeni falowali pod wpływem wyśpiewywanej modlitwy. On też kiedyś drżał upojony potęgą. Ostatecznie przechorował to, wyrzucił ze świadomości. Uodpornił się na truciznę wrażenia, że istnieje coś więcej niż kaprys Wszechmocnego. Zachcianka znudzonego wiecznością artysty, zbyt zmanierowanego, by przyznać się do porażki. Gotowego poświęcać nie tylko życia, ale także całe byty dla własnego przekonania.
Może właśnie dlatego Raum postanowił działać. Pochylił się nad trupem, który leżał najbliżej. Skupił energię, by zanurzyć długi, szczupły palec w kałuży ciemnej krwi. Czuł ziarenka piasku pod paznokciem, gdy pewnymi ruchami pisał w przesiąkniętej posoką ziemi.
– Tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty – szepnął. – Przyzywam Legion – mruknął. Pierzaści zawyli, wyczuwając zmianę równowagi. Gdzieś pękła przestrzeń, kiedy z ich gardeł uleciały sfałszowane nuty. Upadły nie patrzył już. Prostował się, wyciągając na boki własne, brzydkie skrzydła – błoniaste i pokryte bliznami.
Dla ludzi nadal był tylko cieniem, ułudą ruchu zauważalnego zaledwie kątem oka.
– Za ojczyznę! – wrzasnął ktoś obok, kurczowo trzymając w dłoni karabin. Raum musnął palcami ramię młodego żołnierza, który nagle jęknął z bólu, opadając na kolana.
– Wybacz – odparł demon. – Tak będzie ci łatwiej – dodał. Starał się nie patrzeć na porzuconego w wydeptanej ziemi Mausera. Nie chciał widzieć, jak zwątpienie rodzi ból, a potem szaleństwo. Uchylił się przed ciosem pierzastego skrzydła. Góra, dziś wyjątkowo zawzięta, postanowiła także przystąpić do ataku.
– Plugawy synu zła, jak mogłeś?! – wykrzyczał ktoś.
– Chciałem – odpowiedział bardziej do siebie, niż do pytającego.
Demon przechodził przez pole bitwy, odbierając ludziom – wszystkim, bez wyjątku – motywację oraz emocje. Zostawiał im tylko tę pierwotną chęć przetrwania, by mogli dostrzec, ile tracą w walce. Legion już zaczął czynić spustoszenie. Pierzaści zaciekle rozszarpywali dusze, zanim zdołał je opanować lub wchłonąć.
Raum – wysoka, cienista postać – kroczył przez krew i ciała. Nagle zatrzymał się, uwięziony w błagalnym spojrzeniu niebieskich oczu. Blady, jasnowłosy chłopiec najwyraźniej dostrzegł demona, jednak – zamiast przekląć go – szepnął:
– Hilfe.
            Upadły pochylił się nad Niemcem, osłoniwszy go skrzydłem. Skulony nad drżącym, wychudzonym ciałem, znów jedynie obserwował. Patrzył na światłość pochłaniającą okolicę. Czuł jej wieczny głód. Przypominał sobie, jak kiedyś wypełniała także jego. Plugawa w swojej bucie.
            Serce jedynego ocalałego z rzezi wybijało równy, spokojny rytm. Rytm, w którym życie – jak co dzień – zderzało się ze śmiercią. 

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.