Gdzieś, kiedyś, potem
Wrzeszczę
na nią, bo nie potrafię już zapanować nad sobą i emocjami. Odpycham dziewczynę
od siebie, nie przejmując się, że przekraczam granice.
– Nie podchodź do
mnie, słyszysz?! – krzyczę, zyskując pewność, że moje słowa zostaną dobrze
zrozumiane. – Nie zbliżaj się, nigdy więcej – dodaję szeptem. Jestem zmęczona,
mam dość. Czuję na sobie jej smutny wzrok. Ocenia mnie, a może to ja oceniłam
ją?
Jesień
Brunetka zerknęła na
dworcowy zegar z wyraźnym zniecierpliwieniem. Przygryzła dolną wargę, którą
wcześniej kilkakrotnie oblizała. Nerwy, zawsze nerwy, jakby nie potrafiła niczego
zrobić spokojnie. Drżącymi od zimna dłońmi założyła kosmyki włosów za uszy,
jednocześnie przestępując z nogi na nogę. W ciemnoszarych spodniach, grafitowym
płaszczu i czarnym szaliku wydawała się wyrwana z czarno-białego świata dla
wypranych z emocji, ale to tylko poza, gra zapewniająca bezpieczeństwo. Nijakość
chroni to, co najważniejsze.
Przezroczystość zniknęła
natychmiast, gdy na stację nareszcie wjechał spóźniony o kwadrans pociąg,
a na schodkach jednego z dalszych wagonów zatrzymała się dziewczyna w czerwonej
kurtce, czarnych sztruksach i skórzanych butach – miała jasne włosy o barwie
miodu i duże, ciekawe wszystkiego oczy.
Podróżni obejrzeli się
ze zdziwieniem, gdy usłyszeli dwa przeraźliwe piski świdrujące w zmęczonych
oczekiwaniem lub drogą uszach. One po prostu nie umiały inaczej wyrazić radości
z ponownego spotkania.
– Jesteś wreszcie –
wydyszała.
– Ledwo usiedziałam na
swoim miejscu – odparła cicho. – Ale jestem. – Poprawiła szelkę niewielkiego
plecaka.
Chwyciły się za dłonie,
idąc w kierunku jednego z bocznych wyjść. Byle dalej od tłumu, który wydawał
się falować wokół rozentuzjazmowanych dziewczyn.
– Tęskniłam, wiesz? –
rzuciła brunetka, kiedy czekały już na właściwy autobus.
– Czy pocieszy cię myśl,
że było to odwzajemnione? – spytała przekornie Jowita.
Roześmiały się niemal jednocześnie.
Po chwili niekrępującego milczenia głos zabrała Iga:
– Głodna?
– Raczej nie, ale wiesz,
że i tak zjem z tobą. Co tam upichciłaś, babo? – Blondynka zerknęła przelotnie
na ludzi, którzy wraz z nią i jej przyjaciółką stali na przystanku. Dwie
starsze panie rozmawiały o czymś, patrząc z wyraźną dezaprobatą na wszystkich pozostałych.
Chłopak, na oko piętnastoletni, więc parę lat młodszy od niej i Igi, słuchał
muzyki – kiwał głową w rytm melodii, ignorując splątany kabel od słuchawek,
który wyraźnie kontrastował z jasnym materiałem kurtki. Kawałek dalej, w
cieniu drzewa, stała, tuląc się do siebie, stereotypowa para – on o aparycji
nieskażonej intelektem, ona z twarzą ukrytą za grubą maską kosmetyków –
codzienność.
– Jo, nie słuchasz mnie.
– Iga stwierdziła bez zdziwienia. Nie znały się od wczoraj. Dzieliły je nie
tylko okrutne kilometry i niespełna trzy lata, jeśli chodzi o wiek, ale także
kilka kluczowych cech charakteru. Mimo to, nauczyły się funkcjonować w zgodnym
duecie. Podsycały emocje kłótniami zaledwie od czasu do czasu. Tyle, by nie
pozwolić zgubnej rutynie na całkowite rozpanoszenie w ich relacji.
– Wybacz. I powtórz,
oczywiście – powiedziała spokojnie.
Brunetka odchrząknęła, po czym
wzięła głęboki wdech i poważnym, niemal uroczystym tonem oznajmiła:
– Masz do wyboru
pieczony schab ze śliwką z tłuczonymi ziemniakami, zupę z zielonego
groszku z grzankami, któreś z mrożonych dań, ciepły budyń albo coś zamówionego.
– Gusia, ty przypadkiem
nie przesadziłaś? – Blondynka popatrzyła przyjaciółce w oczy. Szary podkreślał
głęboki odcień błękitu, ale szukała czegoś więcej. Tego, co mogła zobaczyć
tylko ona. I dostrzegła dumę, obawę, radość i odrobinę zmęczenia.
– Tak uważasz? –
Brunetka jakby straciła animusz.
Gdy podjechał autobus, przez otwarte
drzwi wysiadły kolejne osoby, za to nikt nie wsiadł i pojazd powoli ruszył
w dalszą drogę.
– Uwielbiam twoją
kuchnię, myszko, ale chciałabym nadal mieścić się w swoje ulubione ciuchy.
– Oj tam! – Iga
wzruszyła ramionami w typowy dla siebie, oszczędny sposób. – Jeśli chcesz,
nałożę ci porcje o połowę mniejsze od moich i po problemie – dodała po chwili
zastanowienia.
– To rozsądna propozycja
– przyznała Jowita i parsknęła śmiechem. – Cieszę się, że jestem.
– Kiedy cię nie ma,
autobusy przyjeżdżają szybciej, ale jakoś ci to wybaczę. – Drobna złośliwość,
wygłoszona żartobliwym tonem, osłodziła kolejne sekundy oczekiwania.
Wybrały miejsca z tyłu, sadowiąc się obok siebie, ramię przy ramieniu.
Ignorując ciekawskie spojrzenia, szeptały o wszystkim, o czym nie zdołały
napisać, co nie pasowało do telefonicznych rozmów. Chichotały zaledwie od czasu
do czasu. Pojazd pokonywał kolejne odcinki trasy, pustoszejąc stopniowo w miarę
zbliżania się do przystanka krańcowego. Iga chrząknęła i przyłożyła dłoń do
szyby. Wczesna jesień nie pozostawiała złudzeń, lato i ładna, słoneczna pogoda
skończyły się w tym roku na dobre. Jowita wstała, zakładając plecak, który
wcześniej trzymała na kolanach.
– Królewno śpiąca na
jawie, cztery litery w górę – powiedziała, aby wyrwać przyjaciółkę z chwilowego
odrętwienia. Brunetka ściągnęła brwi, ale również podniosła się ze średnio
wygodnego siedzenia, jednocześnie chwytając skórzany uchwyt zwisający z rurki
przymocowanej nad drzwiami. Temat prowadzonej jeszcze przed momentem pogawędki
urwał się nagle, ale dziewczyny nie wyglądały na zmartwione. Miały do swojej
dyspozycji czwartkowe popołudnie, weekend oraz przynajmniej pół poniedziałku – dość
czasu, aby nagadać się do woli. Za mało jednak, żeby nie tęsknić, nie szukać
kontaktu – namiastki tego, co dawała choćby najkrótsza wizyta zaplanowana w
pośpiechu.
Kiedy w końcu dotarły do mieszkania, Jowita zamknęła się na chwilę w łazience,
uprzednio narzekając na tłok i zaduch panujące w pociągu. Nie zdziwił jej
świeżo uprany ręcznik czekający na niskiej szafce ani nieotwarte opakowanie
ulubionego żelu pod prysznic z dodatkiem lawendy, stojące na brzegu wanny.
Blondynka oparła się plecami o ścianę i westchnęła. Nagle przytłoczyła ją
cała sytuacja. Emocje, które od jakiegoś czasu bezskutecznie usiłowała zepchnąć
w głąb, pod powierzchnię, tak, by nie zawadzały. Wytarła spocone dłonie w
miękki materiał czarnych sztruksów i odchyliła głowę do tyłu. Nie miała ochoty
komplikować relacji z Igą. Między ludźmi łatwiej było się kontrolować, udawać,
że nie zwraca uwagi na szyję ani dłonie brunetki. Okłamywała samą siebie –
dotąd skutecznie – ale jak długo? Usłyszała głos przyjaciółki, gdy ta zaczęła
nucić piosenkę razem z cicho grającym radiem. Chryste! Wcale nie pomyślała o
tym, jak pięknie brzmiałyby westchnienia i jęki kobiety. Nie! Jowita bezradnie
uderzyła tyłem głowy o kafelki. Lekko, na tyle, żeby odzyskać jasność myślenia,
opanować narastającą panikę. Zerknęła w kierunku prysznica i uznała, iż zimna
woda może jej pomóc. Zebrała się w sobie, wychyliła głowę przez na wpół otwarte
drzwi łazienki i zawołała:
– Przed obiadem jeszcze
się umyję!
– Jasne – odkrzyknęła
Iga i wróciła do nucenia, przerywając je raz po raz gwizdaniem.
Blondynka sterczała pod lodowatym strumieniem, zaciskając zęby z bólu. W końcu
nie wytrzymała i zakręciła wodę, po czym odetchnęła głęboko kilka razy. Miała
wrażenie, że jej czoło zaraz eksploduje, wygięła plecy, poddając się dreszczom.
Pociągnęła brzeg zasłonki z grubej, kolorowej folii, a następnie z
wdziękiem wyszła z wanny. Sięgnęła po swój turkusowy szlafrok, który kiedyś
kupiła na pobliskim targowisku i zostawiła tu nie bez żalu. Był wygodny,
pięknie na niej leżał i pachniał mieszkaniem Gusi. Każdy dom ma duszę, a ta
dusza określoną woń, której nie pomylisz z żadną inną. Kobieta uśmiechnęła się
do swojego odbicia w lustrze. Postąpiła dobrze, prawda? Dodawała sobie w
myślach odwagi. Powtarzała znajome frazesy. Za każdym razem, kiedy spotykała
się z przyjaciółką, te mądre hasła o odpowiedzialności za emocje i
poszanowaniu przyjaźni działały coraz mniej. Tańczyła na bardzo cienkiej linie,
nad przepaścią i właściwie coraz częściej chciała sprawdzić, jak to jest spaść.
O tak, polizanie szyi brunetki było bezsprzecznie kuszące, złapanie jej za
pośladki, kiedy się wtulała, jeszcze bardziej.
– Utopiłaś się tam,
rusałko? – krzyknęła dziewczyna, jakby wyczuwając gęstniejącą w niewielkim
pomieszczeniu atmosferę.
– Bardzo zabawne! –
odpowiedziała po chwili wahania Jowita. – Muszę się jeszcze ubrać – dodała.
– Nie musisz,
pozamykałam okna. – Spokojny głos gospodyni zabrzmiał tuż pod drzwiami
łazienki.
Przełknęła ślinę,
kiwnęła głową, by dodać sobie odwagi i nacisnęła na klamkę. Powoli, krok za
krokiem, panując nad rękami, prawie z zamkniętymi oczami dotarła do pokoju
i usiadła przy pięknie nakrytym stole.
– Nie musiałaś –
szepnęła blondynka.
– Jo, wiesz, że ja to
lubię – odparła Iga.
Tak, wiedziała. Wiedziała też o
innych rzeczach, o wielu wolałaby nie mieć pojęcia.
– Wiem, ale…
– Żadnych ‘ale’, jesteś
szczególnym gościem. Twoja wizyta zasługuje na taką oprawę. – Brunetka mówiła
to z pełnym przekonaniem.
– Nie mam zamiaru się z
tobą spierać, słońce. – Jowita wiedziała, kiedy ustąpić.
Przyjaciółka klasnęła w dłonie i
poderwała się z krzesła.
– W takim razie pora
jeść!
Wszystko, byle tylko zająć ręce,
zatkać usta, uciec od pragnienia – pomyślała blondynka i uśmiechnęła się
blado.
Kilka miesięcy później, tam
Mam
wrażenie, że wariuję. Wychodzę z jej domu pod byle pretekstem, wyłączam telefon
i idę przed siebie. Mijam ludzi, którzy nic dla mnie nie znaczą. Próbuję
oczyścić myśli, opanować uczucia, ale to praktycznie niewykonalne. Może to
wszystko trwa zbyt długo? Siadam na obdrapanej ławce obok niewielkiego ledwo
zielonego skweru – wiosna jeszcze nie zaczęła się na dobre, ale pogoda okazuje
miastu zaskakującą łaskawość.
– Co mam zrobić? –
pytam siebie na głos, a przecież powinnam te słowa skierować do niej.
Lato
Dziewczyna
sięgnęła do małej, plastikowej miseczki, wybrała kilka dojrzałych czereśni i
schowała je w dłoni. Chciała zjeść owoce od razu, ale zagapiła się na
przyjaciółkę, która właśnie zaczęła pląsać na bosaka w rytm jednego z
wakacyjnych przebojów.
– Jo, dobrze się
czujesz? – krzyknęła w kierunku blondynki.
– Nie narzekam –
odpowiedziała Jowita i wzruszyła ramionami, nie przerywając tańca. Miała na
sobie długą, zwiewną sukienkę – na grafitowym tle dominował wzór złożony
z dużych, białych kwiatów. Swoje jasne włosy zaplotła w luźny warkocz i
związała cienką gumką. Płaskie, skórzane sandały rzuciła obok koca, na którym
jeszcze przed momentem siedziały obie, planując wyjazd w góry. Rozmowie
towarzyszyła muzyka puszczona z telefonu Igi – zróżnicowana składanka
wszelakich zespołów – idealny miszmasz. Jedną z zalet goszczenia w domu
wspólnej znajomej był absolutny brak ograniczeń, jeśli chodzi o przebieg
dyskusji. Ogrodzony teren, czysty trawnik, żadnych nieproszonych gości i
spokój. Pozorna harmonia, ale przede wszystkim możliwość odpoczęcia od
miejskiego zgiełku.
Tego lata, jak co roku
od niemal dekady, spotkały się we trzy. Agatę poznały na jednym z obozów, na
którym dokazywały razem zgodnie, chociaż momentami dało się wyczuć w tym
układzie pewną dozę rywalizacji o uwagę Igi. Teraz jednak, gdy każda z nich
mieszkała w innym mieście, niektóre sprawy zeszły na dalszy plan. Jedno
pozostało niezmienne – letni rytuał. Albo organizowały wspólny wypad, albo
pozwalały sobie na błogie lenistwo w dużym domu należącym do wiecznie czymś
zajętej koleżanki.
Nie
zaskoczyło ich to, że Agata, pomimo urlopu, musiała pilnie pojechać do pracy. Bardzo
niechętnie wsiadając do samochodu, zapowiedziała swój powrót na późny wieczór. Życzyła
im również dobrej zabawy, po czym odjechała z piskiem opon, uprzednio wylewnie
przeprosiwszy dziewczyny. Cała ona – miła, ciepła i momentami do zemdlenia
słodka.
–
Rozmawiałyśmy o Bieszczadach, a ty nagle zrywasz się i zaczynasz tańczyć.
Pomyślałam, że może za dużo słońca? – Brunetka rzuciła od niechcenia. Od
jakiegoś czasu wyczuwała napięcie w relacji z Jowitą. O dziwo, zanikało, gdy
wychodziły do kina lub na kawę. W obecności Agaty również wydawało się
mniejsze, ale teraz powróciło. Nieprzyjemnie łaskotało w kark.
– Gdybym miała udar,
wiedziałabym o tym. – Jowita zatrzymała się w pół ruchu, ignorując narastającą
melodię. Jej twarz, usiana pięknymi piegami, nagle stała się zaskakująco
pozbawiona wyrazu. – Ja… – urwała zdanie i poruszyła głową, jakby strząsając
z siebie napięcie.
– Jo, powiedz mi w
końcu! – Iga rzuciła czereśnie na koc i wstała gwałtownie. – Co się, do
cholery, tutaj wyprawia?!
Blondynka cofnęła się
przerażona, ale druga dziewczyna zaczęła do niej podchodzić, jednocześnie
nakierowując na ścianę ogrodowej altanki. W końcu Jowita uderzyła o przeszkodę
plecami. Zanim zdążyła uciec w bok, Iga oparła dłonie po obu stronach jej
głowy.
– Powiesz mi teraz
wszystko, jasne?! W końcu jesteśmy przyjaciółkami!
– Byłyśmy, póki
wszystkiego nie popsułam! – wrzasnęła Jowita i odepchnęła brunetkę gwałtownie.
Zapłakana i dzika, spazmatycznie zaczęła krzyczeć coś o tym, by się do niej nie
zbliżać, nie podchodzić. Iga, kompletnie zaskoczona, wyciągnęła rękę w
kierunku przyjaciółki, ale po chwili… nie wiedziała już, czy to była dobra
decyzja.
Teraz, zaraz, już
Mam dość!
Nie zważając na rozmazane na mojej twarzy łzy, nie pytając o zgodę, przyciągam
Gusię do siebie i przyciskam swoje usta do warg dziewczyny. Nie chcę, by miała
czas się zastanawiać – wplatam palce w ciemne włosy i całuję tę, która zburzyła
mój spokój. Całuję do utraty tchu, niedelikatnie i zachłannie. Dopiero po
chwili zauważam, że ona wcale się nie broni.
Jęczy
cichutko i uchyla wargi, zapraszając mój język do dalszej zabawy.
Chwila
całkowicie ukradziona. Nasz własny moment.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.