25.11.2012

Co dobre


– Dlaczego go zabiłaś? (...) Nienawidziłaś go?
 – Ja... ja go kochałam.
 – On ciebie nie kochał?
 – Kochał.
 (...)
 – Musiała być z was niezła para.
Drzwi do piekła — Maria Nurowska


Zamykam oczy, choć nie chcę wspominać. Zjadliwie atakują mnie jego zapach, smak, zaskoczone spojrzenie pełne nieuchronnej śmierci. Wzdycham, odchylając głowę do tyłu. Nigdy nie polubiłam niszczenia. Pragnęłam tworzyć. Widziałam siebie jako artystkę. Trochę oderwaną od rzeczywistości, odrobinę ekscentryczną, zawsze na ty ze sztuką – zwłaszcza z literaturą. Nie wyszło. Pozwoliłam się uwiązać na smyczy cudzych oczekiwań, zamknęłam się w klatce osądów innych ludzi. Zaczęłam się przejmować tym, co na mój temat myślą, jak o mnie mówią, kiedy wychodzę do drugiego pomieszczenia. Słyszałam ich szepty. Pogardliwe, szeleszczące dźwięki cenzury.
Milczą. Sądzę, że nie chcą wziąć na siebie winy, te głosy.
Kiedy gasną światła, mimowolnie wymyślam lepsze scenariusze. Niektóre są bardzo dramatyczne, kolejne doprowadzają mnie do łez podszytych śmiechem. W swoim czasie, którego zmarnowałam zdecydowanie za dużo, naoglądałam się filmów dla wrażliwych inteligentów. Wyrobiłam sobie poglądy. Mogłam mówić o nich dużo. Mogłam i umiałam na ich temat milczeć. Łudziłam się, że świat padnie przede mną na kolana. Gdy okazało się, iż nasza ukochana planeta ma mnie gdzieś, spróbowałam rzucić sobie do stóp przynajmniej jego. Człowieka przesiąkniętego złem. Tego potwora i sukinsyna. Nie mam dla niego lepszych słów. Zresztą, on dla mnie też nie miał.

***

Adam wszedł do mieszkania, z trudem przepychając się przez wąską szparę w drzwiach, które najwyraźniej coś blokowało. Zmarszczył brwi na widok kilku dużych, foliowych worków na śmieci.
– Ania?! – zawołał. Jeszcze panował nad irytacją.
Odpowiedziała mu cisza. Jego cudowna, wspaniała, „można to zrobić inaczej” partnerka znowu wymyśliła coś, o czym zapomniała mężczyznę uprzedzić. Nie kłopotał się sprawdzaniem, co tym razem wyrzuca. Mogły to być stare ubrania albo wszystkie komplety pościeli. Może znów podarła na strzępy większość wspólnie wybieranych książek? Zanim odwiesił płaszcz do szafy, pojawiła się w korytarzu między kuchnią a przedpokojem.
– Jesteś – wyszeptała słabo.
Była blada, przygaszona, wyglądała na chorą. Może nabrałby się na jej przedstawienie rok temu, ale ostatnio skutecznie zadbała, by jakiekolwiek uczucia przykrył popiół obojętnego przyzwyczajenia.
– Chcesz o tym porozmawiać? – spytał zmęczonym tonem.
– Może po obiedzie? – odpowiedziała, nagle się rozweselając. – Zrobiłam pieczeń – dodała. Iskierki ożywienia w oczach Anny przyprawiły go o dreszcze. Sam nie wiedział, czemu skinął głową i poszedł za nią.

***

Jak zwierzę na rzeź, myślę. Wzięłam moje marzenia o sztuce, o sukcesie i zaistnieniu, po czym zarżnęłam je wielkim nożem ostrej rzeczywistości. Patrzyłam, jak się wykrwawiają i gasną, przytłumiając ich wrzaski dłońmi. W tle musiała grać muzyka. Odpowiednia. Może poważna, bo to się wydaje dużo dojrzalsze, bardziej alternatywne od wszystkiego, co ma alternatywę w nazwie.
Splatam ręce przed sobą. Mogę się pomodlić, ale nie umiem. Nie wierzę w boga, nieważne na którego próbują mnie namówić.
Jakby wyimaginowany byt, mądrzejszy ode mnie, cokolwiek zmienił.
Podobno jestem niepoczytalna. Prycham pogardliwie.

***

Szarpał kobietę za ramiona. Wbijał palce w miękkie, uległe ciało, które już przecież oswoił. Wychował.
– Opanujesz się w końcu, histeryczko?! – wrzasnął.
Załkała, co tylko jeszcze bardziej go rozzłościło. Popchnął ją do tyłu na łóżko, po czym splunął. Ślina wylądowała na brodzie Anki. Ta nie próbowała się bronić. Leżała na materacu bez ruchu, cicha, sparaliżowana strachem.
– Powiedziałem ci to raz. Powtarzać nie będę. Możesz sobie pisać do szuflady – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Te twoje dyrdymały tylko by mnie ośmieszyły – dodał, odwracając się na pięcie.

***

Ziewam, tak jak wtedy, gdy opowiadał o tych swoich kodeksach, przepisach, procesach. Zanurzam się w bezmiar przytulnej pustki. Trzymam się jej kurczowo, ponieważ, kiedy minie, uderzą we mnie tęsknota, smutek oraz żal.
Będę pochylać się nad swoją decyzją, podjętą nad elegancko nakrytym stołem. Rozjątrzę ranę powstałą z tchórzostwa.
– Mogłaś odejść, głupia kwoko – szepczę do siebie i do ścian. Milczą ściany, milczą głosy. Mam ochotę krzyknąć albo coś rozwalić, jednak JUŻ wiem, że to nienajlepszy pomysł. Zaciskam dłonie w pięści. Kiedy to nie pomaga, przeczesuję palcami swoje krótkie, ciemne włosy. Trochę tak jakbym się głaskała po głowie. Jakbym dziękowała sama sobie za wszystko. Jakbym siebie za wszystko przepraszała.

***

Patrzyła na jego twarz. Pogrążony we śnie, spokojny, jej własny. Był mniejszym złem, które wybrała, zamiast gnicia pod skrzydłami nadopiekuńczego ojca.
Adam – człowiek wzbudzający pragnienie, pobudzający instynkt. Pożądała jego myśli, gestów, słów. Och, dostała to wszystko. Otrzymała znacznie więcej.
Musnęła palcem czubek jego nosa, potem szeroką szczękę, następnie szyję oraz obojczyki. Znała te krawędzie. Zdążyła zwiedzić je wszystkie. Nauczyła się na pamięć linii ukochanego. Spenetrowała wszystkie granice tej osoby.
Wzdrygnęła się nagle, cofając od krawędzi łóżka. Z kątów znów wypełzł do niej niesprzątany, ignorowany tygodniami kurz. Spłynęły smugi z niedomytych okien. Przyczaiły się resztki z talerzy w zlewie. Mówiły, mimo że Anna zatkała uszy. Krzyczały, kiedy kazała im się zamknąć. Kąsały wściekle, niezaspokojone, rozzłoszczone. Pod ich ciężarem zwinęła się w kłębek na wełnianym, jasnym dywanie. Zaciskała wargi, przygryzając je mocno. Byle tylko nie wydać z siebie dźwięku, nie obudzić… potwora.

***

Piżama, którą wybrał ojciec, jest zbyt cienka. Nie chroni mnie przed chłodem przenikającym ściany szpitala, wwiercającym się w moje ciało, unieruchamiającym resztki duszy.
Okręcam się dwoma kocami, chowam w kokonie złośliwie przypominającym tamte ręce. Jedyne, którym się do końca oddałam. Wciskam wymizerowaną twarz w poduszkę. Poszewka śmierdzi obrzydliwie sterylną chemią pozbawioną finezji.
Drżę na całym ciele, jednocześnie ze wszystkich sił błagam o wytchnienie.
Odpoczynek.
Przerwę.
Zmianę.
Cokolwiek.
Gdyby Adam mógł to zobaczyć.

***

Wbiegł za nią do kuchni, szarpiąc za rękaw bluzki.
– Oszalałaś – krzyczał. – Nie pozwolę ci się wyprowadzić! Nigdy! – Dyszał ciężko, próbując przyciągnąć kobietę bliżej.
Nie zwrócił uwagi, że Ania trzyma jedną rękę ze plecami. Sądził, że nie jest w stanie się obronić ani tym bardziej faktycznie sprzeciwić. Zachowywała się dziwnie, ale raczej w sposób przypominający dziecinne dąsy. Czasem kaprysiła, obrażała się lub odgrażała głupio. Jednak zawsze ustępowała. Musiał tylko ponownie ją złamać. Przypomnieć reguły. Jeszcze zdążył wtulić się w jej szyję, kiedy pierwszy raz wbiła nóż w brzuch ukochanego. Dźgnęła kilkanaście razy, zanim nie osłabła wściekłość oraz determinacja.
Patrzyła z zaciekawieniem, jak Adam upada na płytki, rozchlapując krew na ścianę i szafki. Nigdy nie dam rady wyczyścić tych fug, pomyślała. Klęknęła obok ciała ukochanego, odłożyła nóż na bok i przytuliła się do wciąż ciepłego boku. Kiedy zamykała oczy, chciała pamiętać tylko o tym, co było dobre.



Napisane na konkurs portalu Lubimy czytać, temat konkursu: "Zbrodnia niesłychana".

Warunki:

Napisz opowiadanie inspirowane motywem toksycznej miłości.
 Opowiadanie zacznij od cytatu z książki „Drzwi do piekła”:
 - Dlaczego go zabiłaś? (...) Nienawidziłaś go?
 - Ja... ja go kochałam.
 - On ciebie nie kochał?
 - Kochał.
 (...)
 - Musiała być z was niezła para.

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.