– Dlaczego go zabiłaś? (...) Nienawidziłaś
go?
–
Ja... ja go kochałam.
– On
ciebie nie kochał?
–
Kochał.
(...)
–
Musiała być z was niezła para.
Drzwi do piekła —
Maria Nurowska
Zamykam oczy,
choć nie chcę wspominać. Zjadliwie atakują mnie jego zapach, smak, zaskoczone
spojrzenie pełne nieuchronnej śmierci. Wzdycham, odchylając głowę do tyłu. Nigdy
nie polubiłam niszczenia. Pragnęłam tworzyć. Widziałam siebie jako artystkę.
Trochę oderwaną od rzeczywistości, odrobinę ekscentryczną, zawsze na ty ze
sztuką – zwłaszcza z literaturą. Nie wyszło. Pozwoliłam się uwiązać na smyczy
cudzych oczekiwań, zamknęłam się w klatce osądów innych ludzi. Zaczęłam się
przejmować tym, co na mój temat myślą, jak o mnie mówią, kiedy wychodzę do
drugiego pomieszczenia. Słyszałam ich szepty. Pogardliwe, szeleszczące dźwięki
cenzury.
Milczą.
Sądzę, że nie chcą wziąć na siebie winy, te głosy.
Kiedy gasną
światła, mimowolnie wymyślam lepsze scenariusze. Niektóre są bardzo
dramatyczne, kolejne doprowadzają mnie do łez podszytych śmiechem. W swoim
czasie, którego zmarnowałam zdecydowanie za dużo, naoglądałam się filmów dla
wrażliwych inteligentów. Wyrobiłam sobie poglądy. Mogłam mówić o nich dużo.
Mogłam i umiałam na ich temat milczeć. Łudziłam się, że świat padnie przede mną
na kolana. Gdy okazało się, iż nasza ukochana planeta ma mnie gdzieś,
spróbowałam rzucić sobie do stóp przynajmniej jego. Człowieka przesiąkniętego
złem. Tego potwora i sukinsyna. Nie mam dla niego lepszych słów. Zresztą, on
dla mnie też nie miał.
***
Adam wszedł
do mieszkania, z trudem przepychając się przez wąską szparę w drzwiach, które
najwyraźniej coś blokowało. Zmarszczył brwi na widok kilku dużych, foliowych
worków na śmieci.
– Ania?! –
zawołał. Jeszcze panował nad irytacją.
Odpowiedziała
mu cisza. Jego cudowna, wspaniała, „można to zrobić inaczej” partnerka znowu
wymyśliła coś, o czym zapomniała mężczyznę uprzedzić. Nie kłopotał się
sprawdzaniem, co tym razem wyrzuca. Mogły to być stare ubrania albo wszystkie
komplety pościeli. Może znów podarła na strzępy większość wspólnie wybieranych
książek? Zanim odwiesił płaszcz do szafy, pojawiła się w korytarzu między
kuchnią a przedpokojem.
– Jesteś –
wyszeptała słabo.
Była blada,
przygaszona, wyglądała na chorą. Może nabrałby się na jej przedstawienie rok
temu, ale ostatnio skutecznie zadbała, by jakiekolwiek uczucia przykrył popiół
obojętnego przyzwyczajenia.
– Chcesz o
tym porozmawiać? – spytał zmęczonym tonem.
– Może po
obiedzie? – odpowiedziała, nagle się rozweselając. – Zrobiłam pieczeń – dodała.
Iskierki ożywienia w oczach Anny przyprawiły go o dreszcze. Sam nie wiedział,
czemu skinął głową i poszedł za nią.
***
Jak zwierzę na rzeź, myślę. Wzięłam moje
marzenia o sztuce, o sukcesie i zaistnieniu, po czym zarżnęłam je wielkim nożem
ostrej rzeczywistości. Patrzyłam, jak się wykrwawiają i gasną, przytłumiając
ich wrzaski dłońmi. W tle musiała grać muzyka. Odpowiednia. Może poważna, bo to
się wydaje dużo dojrzalsze, bardziej alternatywne od wszystkiego, co ma
alternatywę w nazwie.
Splatam ręce
przed sobą. Mogę się pomodlić, ale nie umiem. Nie wierzę w boga, nieważne na
którego próbują mnie namówić.
Jakby
wyimaginowany byt, mądrzejszy ode mnie, cokolwiek zmienił.
Podobno
jestem niepoczytalna. Prycham pogardliwie.
***
Szarpał
kobietę za ramiona. Wbijał palce w miękkie, uległe ciało, które już przecież
oswoił. Wychował.
– Opanujesz
się w końcu, histeryczko?! – wrzasnął.
Załkała, co
tylko jeszcze bardziej go rozzłościło. Popchnął ją do tyłu na łóżko, po czym
splunął. Ślina wylądowała na brodzie Anki. Ta nie próbowała się bronić. Leżała
na materacu bez ruchu, cicha, sparaliżowana strachem.
–
Powiedziałem ci to raz. Powtarzać nie będę. Możesz sobie pisać do szuflady –
wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Te twoje dyrdymały tylko by mnie ośmieszyły –
dodał, odwracając się na pięcie.
***
Ziewam, tak
jak wtedy, gdy opowiadał o tych swoich kodeksach, przepisach, procesach.
Zanurzam się w bezmiar przytulnej pustki. Trzymam się jej kurczowo, ponieważ, kiedy
minie, uderzą we mnie tęsknota, smutek oraz żal.
Będę pochylać
się nad swoją decyzją, podjętą nad elegancko nakrytym stołem. Rozjątrzę ranę
powstałą z tchórzostwa.
– Mogłaś
odejść, głupia kwoko – szepczę do siebie i do ścian. Milczą ściany, milczą
głosy. Mam ochotę krzyknąć albo coś rozwalić, jednak JUŻ wiem, że to nienajlepszy
pomysł. Zaciskam dłonie w pięści. Kiedy to nie pomaga, przeczesuję palcami
swoje krótkie, ciemne włosy. Trochę tak jakbym się głaskała po głowie. Jakbym
dziękowała sama sobie za wszystko. Jakbym siebie za wszystko przepraszała.
***
Patrzyła na
jego twarz. Pogrążony we śnie, spokojny, jej własny. Był mniejszym złem, które
wybrała, zamiast gnicia pod skrzydłami nadopiekuńczego ojca.
Adam –
człowiek wzbudzający pragnienie, pobudzający instynkt. Pożądała jego myśli,
gestów, słów. Och, dostała to wszystko. Otrzymała znacznie więcej.
Musnęła
palcem czubek jego nosa, potem szeroką szczękę, następnie szyję oraz obojczyki.
Znała te krawędzie. Zdążyła zwiedzić je wszystkie. Nauczyła się na pamięć linii
ukochanego. Spenetrowała wszystkie granice tej osoby.
Wzdrygnęła
się nagle, cofając od krawędzi łóżka. Z kątów znów wypełzł do niej
niesprzątany, ignorowany tygodniami kurz. Spłynęły smugi z niedomytych okien.
Przyczaiły się resztki z talerzy w zlewie. Mówiły, mimo że Anna zatkała
uszy. Krzyczały, kiedy kazała im się zamknąć. Kąsały wściekle, niezaspokojone,
rozzłoszczone. Pod ich ciężarem zwinęła się w kłębek na wełnianym, jasnym
dywanie. Zaciskała wargi, przygryzając je mocno. Byle tylko nie wydać z siebie
dźwięku, nie obudzić… potwora.
***
Piżama, którą
wybrał ojciec, jest zbyt cienka. Nie chroni mnie przed chłodem przenikającym
ściany szpitala, wwiercającym się w moje ciało, unieruchamiającym resztki
duszy.
Okręcam się
dwoma kocami, chowam w kokonie złośliwie przypominającym tamte ręce. Jedyne,
którym się do końca oddałam. Wciskam wymizerowaną twarz w poduszkę. Poszewka
śmierdzi obrzydliwie sterylną chemią pozbawioną finezji.
Drżę na całym ciele, jednocześnie
ze wszystkich sił błagam o wytchnienie.
Odpoczynek.
Przerwę.
Zmianę.
Cokolwiek.
Gdyby Adam mógł to zobaczyć.
***
Wbiegł za nią
do kuchni, szarpiąc za rękaw bluzki.
– Oszalałaś –
krzyczał. – Nie pozwolę ci się wyprowadzić! Nigdy! – Dyszał ciężko, próbując przyciągnąć
kobietę bliżej.
Nie zwrócił
uwagi, że Ania trzyma jedną rękę ze plecami. Sądził, że nie jest w stanie
się obronić ani tym bardziej faktycznie sprzeciwić. Zachowywała się dziwnie,
ale raczej w sposób przypominający dziecinne dąsy. Czasem kaprysiła, obrażała
się lub odgrażała głupio. Jednak zawsze ustępowała. Musiał tylko ponownie ją
złamać. Przypomnieć reguły. Jeszcze zdążył wtulić się w jej szyję, kiedy
pierwszy raz wbiła nóż w brzuch ukochanego. Dźgnęła kilkanaście razy, zanim nie
osłabła wściekłość oraz determinacja.
Patrzyła z
zaciekawieniem, jak Adam upada na płytki, rozchlapując krew na ścianę i szafki.
Nigdy nie dam rady wyczyścić tych fug,
pomyślała. Klęknęła obok ciała ukochanego, odłożyła nóż na bok
i przytuliła się do wciąż ciepłego boku. Kiedy zamykała oczy, chciała
pamiętać tylko o tym, co było dobre.
Napisane na konkurs portalu Lubimy czytać, temat konkursu: "Zbrodnia niesłychana".
Warunki:
Napisane na konkurs portalu Lubimy czytać, temat konkursu: "Zbrodnia niesłychana".
Warunki:
Napisz opowiadanie inspirowane motywem toksycznej miłości.
Opowiadanie zacznij od cytatu z książki „Drzwi do piekła”:
- Dlaczego go zabiłaś? (...) Nienawidziłaś go?
- Ja... ja go kochałam.
- On ciebie nie kochał?
- Kochał.
(...)
- Musiała być z was niezła para.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.