07.01.2012

Anielska cierpliwość

Niezrealizowane plany mszczą się na nas po wielokroć.


Przemek przesunął dłonią po metalowej balustradzie mostu. Badał opuszkami palców jej brudną, chropowatą powierzchnię, pozwalając, by odczuwalny chłód uciszył resztkę wątpliwości. Postępujesz słusznie, przekonywał sam siebie.


Mężczyzna, który kiedyś marzył o wielkich projektach i wynikającej z nich sławie, przełknął głośno ślinę, po czym zacisnął palce prawej ręki na nasadzie swojego nosa. Gdy udało mu się powstrzymać napływające do oczu łzy, po prostu usiadł na wąskiej poręczy, przełożywszy przez nią nogi. Poświęcił chwilę na przypatrzenie się brudnej, spienionej przy podporach mostu wodzie. To właśnie nosił w sobie – zanieczyszczenia zabierające przejrzystość myśli. Chciał się ich wreszcie pozbyć, znaleźć spokój. Pragnął zniknąć i zostawić za sobą cały ten zbyt ciężki bagaż doświadczeń. Już nie miał siły go dźwigać.


Z całych sił zaciskając powieki, skoczył. Jego krótki, ostry krzyk spłoszył ptaki z przybrzeżnych zarośli. Poderwały się do lotu, a ich drobne sylwetki na tle zaróżowionego świtem nieba wydawały się zaledwie plamami. Przerażone wrzaskiem oraz głośnym pluskiem zwierzęta wirowały zdezorientowane na wietrze.


Żal prowadzi donikąd.


Mężczyzna z niepokojem odzyskał świadomość. Coś miękkiego musnęło jego skórę, zanim otworzył oczy. Kiedy już to zrobił, jęknął zdziwiony. Wszędzie wokół widział jasne pióra. Przed nim stało uskrzydlone monstrum – naga, wychudzona postać o nieokreślonej płci oraz wielkich skrzydłach. Potwór szarpał trójpalczastymi dłońmi puch, po czym wyrzucał go przed siebie. Przemek zwrócił uwagę na jasne, złociste tęczówki wyraźnie widoczne na tle bladej, zapadniętej twarzy tego czegoś.


– Nie jestem czymś – melodyjny, głęboki głos wyraźnie zabrzmiał w przestrzeni, chociaż postać nie poruszyła przy tym ustami. – Jestem a n i o ł e m – wygłosiła z wyraźnie słyszalnym rozczarowaniem, nie przerywając oskubywania swoich skrzydeł.


– Ale samobójcy nie trafiają do nieba… – Przemek wypowiedział te słowa bez zastanowienia. Odpowiedzią na stwierdzenie był gorzki, cichnący z każdą chwilą śmiech. Anioł wyglądał jakby szlochał. Opuścił ręce wzdłuż tułowia, po czym podszedł na swoich patykowatych nogach do człowieka. Lub raczej do tego, co z niego zostało.


– Jesteś w poczekalni, niewolniku wolności – szepnęło monstrum. Zanim mężczyzna zdołał przemyśleć słowa czy jakkolwiek na nie zareagować, poczuł na swoich barkach kościste palce. Chwilę później wyleniałe skrzydła otoczyły go, zasłaniając widok na szarą przestrzeń ciągnącą się nieprzerwanie aż po horyzont.


– Ja… – zaczął Przemek.


– Nie – przerwał mu anioł. – Byłem obok ciebie, odkąd przesiąkłeś iskrą. Stałem za tobą i opowiadałem, ale nie słuchałeś tego, co próbowałem ci przekazać. Nigdy nie słuchałeś – wyrzucał z siebie.


– Nie miałem pojęcia – wyznał człowiek. Ciepła obecność wyniszczonego bytu dawała samobójcy otuchę. Przez moment rozważał zapytanie anioła o to, co będzie potem, jednak ten uprzedził go, delikatnym ruchem głowy.


– Nie wolno, człowieku – wyszeptał, a jego oddech pachniał wanilią oraz mlekiem. – I tak zrobiłem o wiele za dużo – dodał. Wycofał się pospiesznie, gubiąc jeszcze kilka piór. Upadały na pokrytą szarym pyłem ścieżkę odgrodzoną od reszty przestrzeni drobnymi kamieniami. Jego jasne, wyraziste oczy pociemniały, a sam skrzydlak jakby zmalał, kuląc ramiona. Przemek, choć czuł, że powinien myśleć o własnej śmierci, z trudem oderwał wzrok od posłańca boga – którego, nie wnikał.


– Żyłem bez nadziei na lepszy los – wyznał mężczyzna. Pogodzenie się z prawdą nie przysporzyło mu bólu. Może tu, w poczekalni, emocje traciły na znaczeniu?


– Umarłeś bez szans na rozwiązanie – podsumował anioł. Przemek chciał mu udowodnić, że nie musi tak być, jednak tam, gdzie dotąd stał skrzydlaty chudzielec, nie było już nikogo.


Dążenie nie powinno być jedynym celem.


Zanim zdołał pojąć, że stracił coś niezwykle cennego bezpowrotnie, na ścieżce pojawiła się kobieta w średnim wieku. Ubrana w nienaganny, elegancki kostium, z włosami związanymi w ciasny kok przypominała architektowi jego ostatnią szefową. Gardło ścisnął mu strach.


– Bardzo przepraszam za spóźnienie – zaczęła uprzejmym, ale obojętnym tonem. – Możemy już ruszać.


– Ale… – Coś mówiło mu, żeby nie pozwolić jej podejść.


– Z mostem pan nie dyskutował, prawda? – Zażartowała swobodnie, wyciągając dłoń do przodu. Poruszała się szybciej, niż mógł to zarejestrować wzrokiem. Kiedy przycisnęła dłoń do jego obojczyka, uśmiech kobiety zmienił się w paskudny grymas. Przemek spanikował, poczuł parzące bólem zimno.


– Oto pana wieczność – wysyczała.


Są rzeczy nieuchronne, przed którymi nie uciekniemy, nawet jeśli pobiegniemy najszybciej jak umiemy.


Anioł pochylił się nad grubą księgą, po czym, zdecydowanym ruchem dłoni dzierżącej pióro nasączone czarnym atramentem, przy danych Przemysława Tycjana nakreślił krótko:


Pomimo cierpliwości asystenta Autora Projektu, projekt niezrealizowany.

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.