07.05.2015

Magiczne słowa


nieProszę, niePrzepraszam, (nie)Dziękuję

Gdyby nam jakiś anioł opowiedział coś ze swej filozofii, sądzę, że 
niektóre zdania brzmiałyby tak, jak 2 x 2 = 13.
— Georg Christoph Lichtenberg

Popatrzyła na niego kpiarsko, wyzywająco. Uniosła dumnie podbródek, zmrużyła oczy. Drobną dłoń oparła o rękojeść miecza. Przypominała bez słów, jak szybko potrafiła wyciągnąć go z pochwy, jak niewiele było trzeba, żeby ostrze cięło powietrze harmonijnie z ruchami jej ciała. Spływało krwią zgodnie z życzeniem właścicielki.
Oczywiście, że nie groziła, zaledwie ostrzegała. Jak zawsze.
– Nie rób takich niewinnych oczu, chłopcze, na mnie to nie zadziała – mruknęła.
– Nie rozumiem – szepnął niepewnie.
Nie odpowiedziała od razu. Poświęciła kilka sekund na doprowadzenie do porządku swoich skrzydeł, poprawiła rękawy wyciętej na plecach tuniki. Pozwoliła mu obserwować każdy swój ruch, może nawet igrała z nim, dlaczego miałaby tego nie robić? Niemal pieszczotliwie przesunęła palcem po skórzanym pancerzu okrywającym brzuch i część klatki piersiowej anielicy.
– Widzisz, kruszynko, w moim świecie rycerskość się wspiera, a nie próbuje ją zniszczyć – stwierdziła. – Problem polega na tym, że ty będziesz chciał przestrzegać zasad, świat niekoniecznie, w takich przypadkach przyda ci się ktoś, kto nie boi się ubrudzić, prawda? – zapytała tonem niewinnym i prawie słodkim, jakby rozmowa dotyczyła błahych rzeczy.
– Ale… – zająknął się – ja nie proszę…
– Nie prosisz i nie musisz – wtrąciła. – Niech każdy robi to, co umie najlepiej – skwitowała.
Następnie odbiła się delikatnie od ziemi, opłynęła w strugi światła, po czym rozproszyła się tak, że nie dało się jej dostrzec, choć wciąż pozostała obecna. Zawsze czujna i gotowa.

Gdy tylko zaczynamy widzieć wszystko we wszystkim, wyrażamy to zwykle w sposób niejasny.
Zaczynamy mówić językiem aniołów.
— Georg Christoph Lichtenberg

Skoro egzystencja anielicy opierała się na walce, na zasadach związanych z rozróżnianiem dobra od zła, była przygotowana, że jej podopieczny się pomyli. Inaczej nigdy sam nie nauczyłby się, co to znaczy „wiedzieć”. Błędy były wpisane w proces poznania.
Szedł trudną, wąską ścieżką, pnącą się pod górę. Nagle zawahał się, zwątpił i tyle wystarczyło, by powietrze wokół chłopaka zgęstniało od mocy. Jak wspomniała, nie musiał prosić. Nim potknięcie okazałoby się dla niego śmiertelne, wkroczyła. Zmaterializowana w ułamku oddechu, przepełniona bitewnym szałem, zacisnęła rękę na jego włosach. Szarpnęła za nie mocno, następnie odepchnęła człowieka za siebie.
– Z drogi – warknęła.
W drugiej dłoni już dzierżyła miecz, ustawiała się do ciosu, dzięki skrzydłom wciąż utrzymując równowagę. Światło, białe i okrutne, wypełniło jej oczy. Głos brzmiał potężnie, upleciony przecież do hymnów, do wielkich słów. Ustąp albo giń, nie przewidywała półśrodków.
A gdy było po wszystkim schyliła się ku chłopakowi. Z delikatnością, o jaką nikt by anielicy nie podejrzewał, dotknęła otarcia na jego policzku, potem kolejnego – na przedramieniu. Zrobiła mu krzywdę. Interweniując, sprawiła mu ból. Wcześniej ślepa, upojona jasnym, ostrym blaskiem nie spojrzała szerzej, skupiona tylko na własnej racji. Na skórze, ogorzałej od wiatru i słońca, pozostawiła brudny i krwawy odcisk palców.
– Zabolało – oznajmił, wzrok wbijał w ziemię.
– Nie chciałam, żeby bolało, ale… – urwała.
Jak miała mu to wytłumaczyć, że rozdzierana przez skrajności, wybrała to, co znała najlepiej, co chroniło ją samą, ale jego także. W końcu, zdecydowanym, ale nie brutalnym ruchem chwyciła chłopaka za podbródek, uniosła jego głowę w taki sposób, by musiał na nią spojrzeć.
– Nie mam zamiaru cię przepraszać, rozumiesz? – zapytała. – Nie przeproszę za to, nad czym nie zapanuję ani dziś, ani jutro, to byłoby wobec ciebie nieuczciwe – zauważyła.
Nim zdołał się odezwać, ukojona spokojną barwą jego oczu, zniknęła, żeby mógł odpocząć.

Anioły naprawdę istnieją.
 Jeśli pozwolisz im być i nie zabijesz ich.
— Jonathan Carroll

Po którejś z kolejnych walk, kiedy – z właściwym dla siebie – brawurowym poświęceniem dla sprawy zaryzykował zbyt wiele, tym samym odsłaniając się na cios przeciwnika, anielica przyłożyła mu sztylet do gardła.
– Rób tak dalej, a sama cię zabije – syczała przez zaciśnięte zęby.
Był blady, ranny i zdezorientowany.
– Nie widziałem innego wyjścia – szeptał.
– Jeśli nic nie zmienisz, żadne inne, poza tym ze światłem na końcu, nie będzie ci potrzebne, głupcze – sarknęła.
Bezwolnie opadł na kolana, wtulając twarz w jej uda. Ostrze, którym dotąd mu groziła, zadrżało w jej śliskiej od potu dłoni, nim wypuściła je i pozwoliła sztyletowi upaść. Co on z nią robił? Jak, dlaczego?
– Przykro mi – wyznał słabym, łamiącym się głosem.
Coś w uległości chłopaka, okazywanej przez niego lojalności oraz przywiązaniu, sprawiało, że anielica także stawała się łagodniejsza, bardziej miękka i czuła. Mimowolnie owinęła skrzydła wokół ich dwójki, pozwoliła swoim piórom musnąć jego fizyczność.
– Nie boję się śmierci – oznajmił. – Ani bólu, póki ty jesteś obok.
Słowami, pięknymi słowami przebijał się przez jej warstwy, trafiając w samo sedno, aż miała ochotę wymazać go z siebie. Bezczelny, pozbawiony instynktu gówniarz. Pyłek wobec jej potęgi, a jednak nie umiała go zignorować.
– Nienawidzę cię – skłamała.
Nie odpowiedział, zaprzeczył delikatnym ruchem głowy. W cieniu rzucanym przez jej skrzydła wydawał się nierzeczywisty. A może sama go stworzyła? Na własny obraz i podobieństwo znalazła odpowiedź w przekornym chłopcu o duszy rycerza.
– Będziesz pełzał u mych stóp, płakał i błagał, stanę się twoim koszmarem i najgorszą chwilą, jakiej nawet nie masz możliwości sobie wyobrazić – snuła słowa. – Pozwalam twojej ranie krwawić, a twojej krwi wsiąkać w piach – mówiła coraz głośniej, na granicy krzyku. – I teraz, właśnie w tym momencie, gdy jesteś słaby i bezwolny, ciekawi mnie tylko jedno, chłopcze. – Przymknęła oczy. – Mianowicie, co masz mi do powiedzenia?!
Nie zawahał się ani nie uciekł, odpowiedział od razu:
– Dziękuję.

0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.