Poniżej, drogi czytelniku, znajdziesz tekst, w którym – jako fanka serialu Supernatural oraz autorka z jakimś bagażem doświadczenia – udowadniam, że zmieniając niewiele, można zmienić wszystko. Nadmienię, że są całkiem poważne plany, by ten tekst doczekał się kontynuacji.
Armagedon jest nieunikniony. Wisi nad nimi jak klątwa, którą
nasiąknęli od razu po pierwszych sekundach od narodzin albo nawet wcześniej. Klątwa
gorsza od grzechu pierworodnego, bardziej lepka, bardziej od niego zajadła. Są
Winchesterami – są przeklęci. Tak to działa.
Bóg ma to wszystko w głębokim poważaniu, nie zamierza im
pomóc, choć jednocześnie w jakimś pokręconym sensie wciąż wtrąca się w nich
oraz rzeczywistość. Sytuacja z minuty na minutę staje się coraz bardziej
popieprzona. Jak chory sen – koszmar – z którego chcesz się obudzić, ale
nie możesz. Wiesz, że potwory tym razem cię dopadną albo uderzysz o ziemię,
brocząc krwią z nosa, ust, oczu i uszu.
Wspaniale. Wykurwiście, po prostu!
Oto Twórca ma swoje dzieło poniżej pasa. Dzieci, te podobne
do siebie i te nie, też traktuje raczej z chłodnym dystansem.
Castiel się rozpada. Przyniesione z samej góry rewelacje o
tym, że jego Ojciec się zmęczył, więc nie ma ochoty uczestniczyć w apokalipsie
(nie zakończy jej, nie zamknie Lucyfera w klatce, nie zrobi nic, czego się
po nim spodziewano) rozszarpują anioła na kawałki. Jakby ktoś nadepnął mu na
plecy, po czym wyrwał skrzydła. Dean i Sam to widzą. Rozpacz, czarna otchłań
żalu oraz rezygnacji, przysłania mgłą niebieskie oczy Casa.
Cyt! I już gaśnie ostatnia iskierka nadziei. Ciemność
zachłannie wyciąga ręce w kierunku całej Drużyny Wolnej Woli. Drużyny,
której opór wydaje się dziecinnie bezcelowy – żałosny. Każdy z nich potrzebuje
to sobie poukładać, oswoić przeznaczenie. Ale to właśnie Cas znosi sytuację
najgorzej. W przeciwieństwie do Winchesterów w ogóle nie radzi sobie z emocjami.
Jak niby miałby? Sam sądzi, że o tym oraz o upadaniu anioła należałoby
porozmawiać, ale nie ma na to czasu. Na nic już nie ma. Tik tak! Zegar odlicza
do końca świata. Ich dotąd stonowany, skrzydlaty przyjaciel (och, czyżby?),
zamiast mówić, warczy. Ucieka. Znika. Anioł poza zasięgiem! Czemu w zasadzie
żaden z braci się nie dziwi. Rozumieją go – każdy po swojemu. Też widzieli, jak
upada autorytet, pęka fundament, znika wartość. Znają zasady tej gry.
Zostaw wiadomość. Amulet wyrzuć do śmieci, przecież już się
nie przyda.
To takie swojskie, kiedy Cas pojawia się przy okazji sprawy z
kłamliwą dziwką, jak ją pieszczotliwe określają, i jest sponiewierany. Pijany
w stopniu pozwalającym jakoś to znosić. Nierządnicę Babilońską zostawiają
za sobą, martwą. To ich droga. Droga usiana trupami.
Niebo nie gra czysto. Jeśli nie może dostać tego, czego chce,
po dobroci, uderza w słabe punkty. Ożywienie Adama, przyrodniego brata
Winchesterów, którego przecież żaden z nich dobrze nie zna, rozpoczyna
kolejną rundę. Castiel robi wszystko, co w jego mocy, by powstrzymać Deana
przed popełnieniem błędu – przed powiedzeniem tak i zmarnowaniem
wszystkiego, co do tej pory poświęcili. Anioł katuje mężczyznę w brudnej
uliczce. Jest zły, rozżalony, kieruje nim wściekłość. Jednocześnie jest
najbliżej tego poskładanego przez siebie ciała, tej silnej, jasnej duszy od
chwili, gdy wynosił ją z Piekła. Nie umie kontynuować walki, nie potrafi
dalej krzywdzić. Gniew go wypala, drży w nim, kiedy godzi się wziąć
udział w samobójczej misji. Kto normalny wycina sobie sigil na klatce
piersiowej? Kto?! Z drugiej strony, po co istnieć w świecie, w którym Dean
zgadza się na bycie naczyniem Michała?
Oczywiście, jakby tego było za mało, pewnego wieczora szalona
burza zmusza braci do zjechania z trasy. Trafiają do hotelu pełnego pogańskich
bóstw. Pycha niemal rozsadza budynek od środka, więc Sam i Dean wiedzą
jedno – to nie skończy się dobrze. Bez roztrząsania, które TO mają na myśli.
Nagłe oraz cokolwiek niespodziewane pojawienie się Gabriela niczego nie
ułatwia, ale ukrywający się pod postacią Lokiego tchórzliwy archanioł twierdzi,
że przyszedł ich uratować. Przez głowę młodszego Winchestera przelatuje myśl,
że ich rycerz przybył na odsiecz ubrany nie w zbroję, ale całkiem
zwyczajnie. Sam mimowolnie zapamiętuje szczegóły. Zieloną kurtkę ze sterczącym
zawadiacko kołnierzem, czarną koszulę z rozpiętymi górnymi guzikami,
ciemne dopasowane spodnie. Z jasnymi włosami zaczesanymi do tyłu i miną, która
krzyczy: „oto ja, kwintesencja kpiny i bufonady”, archanioł odgrywa
przedstawienie jak przystało na palanta, którym jest.
Gabriel tłumaczy się przed sobą. Nie musi, ale to poprawia
jego podły nastrój. Wciąż pamięta upokorzenie, kiedy uwięziony w kręgu
płonącego świętego oleju, wysłuchiwał gorzkiej prawdy na swój temat. Dean miał
wtedy rację. Archanioł naprawdę boi się konfrontacji z własną pokopaną
rodzinką. Jakby Michał i Lucyfer nie mogli dać sobie po mordzie, po czym
uścisnąć sobie ręce, by zapoczątkować nowy porządek. Nie, oni muszą rozwalić
planetę w pył, bo jeden nie umie wybaczyć Bogu, a drugi nie rozumie,
że pora dorosnąć i może wyfrunąć z gniazda?
Gdzie się podziewa twoje osławione poczucie humoru, oszuście?
Gdy Kali (Gabriel kochał ją kiedyś, wieki temu, krótko i
ogniście) bez zbędnego przedłużania oznajmia reszcie, że ich niegdysiejszy
kompan popijaw i wojen, a przy okazji patron kłamstwa, jest tak naprawdę uskrzydlonym
dezerterem, Sam drży.
Śledzi wzrokiem ostrze miecza. Jest zły, rozczarowany, że
zaślepiona gniewem bogini pozbawia świat jednej z niewielu szans na
przetrwanie całego tego bajzlu. Cichutki głos we wnętrzu głowy łowcy
podpowiada, że złości go także fakt, że to nie on używa broni przeciw
archaniołowi. Gabriel zasłużył na śmierć albo przynajmniej na kilka solidnych
sierpowych. Idealnych, by złamać wydatny nos, zetrzeć napuszony uśmieszek. Za
tamten wtorek, powtórzony tyle razy, za splątane w supeł emocje – niektórych
mężczyzna nigdy nie odważył się nazwać – prawie go złamały. Sam ma nadzieję, że
jego twarz nie odzwierciedla myśli. Nigdy by się z tego nie wytłumaczył.
Nigdy. Jeśli Dean by to zauważył i zrozumiał, wtedy świat może się
skończyć. Choćby tu i teraz. Kolejny dreszcz przebiega po plecach Sama. Jest
źle, będzie gorzej.
Mimo bagna, w którym tkwią po szyje, próbują uratować
niewinnych ludzi, więc Dean proponuje pogańskim bóstwom samobójczy i skazany na
porażkę układ. Bracia mogą tu zwabić Lucyfera, a potem pomóc go pokonać. W
teorii brzmi to może jak plan.
Koniec końca świata wcale nie musi zacząć się w Detroit.
Dean z niesamowitym jak na taki moment opanowaniem przyjmuje
fakt, że najwyraźniej wciąż żywy Gabriel (koleś ma jakiś fetysz cyklicznego
umierania i powstawania z martwych?) ukrywa się na tylnym siedzeniu
jego samochodu. Archanioł przedstawia plan ucieczki, a łowca się z nim nie
zgadza. Ileż razy można bawić się z losem w kotka i myszkę?
Lucyfer przybywa w swoim cokolwiek nieświeżym garniturku, po
czym rozsmarowuje bogów – kolejno – po okolicy. Nie męczy go to, nie mierzi.
Robi po prostu swoje, przekonany o wyższości własnych racji. Jak sam
przyznaje, nikt nie dał jemu i innym aniołom prawa do tego świata, sami je
sobie przyznali.
Dłoń Lucyfera przechodzi przez Baldura jak nóż przez masło.
Płomienie Kali nie robią na upadłym żadnego wrażenia. Chciałaś walki, oto twoja
walka i twój koniec. Winchesterowie są następni i wiedzą, że śmierć to łaskotki
w porównaniu z tym, co czeka ich obu.
Tylko że w osławionym „lepiej późno niż wcale” przybywa
Gabriel, jednak. Wciskając w dłoń Deana pudełko z płytą DVD, dodaje:
– Chroń to, choćby za cenę życia.
Kiedy staje przed Lucyferem, z wyciągniętym przed sobą
mieczem, nie przypomina już żartownisia, jest wojownikiem i żołnierzem. Dean
nigdy nie przyzna tego na głos, ale Gabriel naprawdę mu zaimponował. Zimny pot
spływa po karku łowcy. Stara się nie myśleć o tym, że jemu i Sammy’emu
jest przeznaczone podobne starcie. Wciąż szukają innego rozwiązania, ale…
Mężczyźni ostrożnie przechodzą za plecami archanioła
w kierunku drzwi. Młodszy z braci instynktownie zwalnia, łowiąc
ukradkowym spojrzeniem roziskrzone oczy Gabriela. Widzi w nich pewność
podszytą strachem. Chciałby życzyć mu powodzenia, ponieważ tak wypada. Jednak
nie może wypowiedzieć choćby najprostszego słowa, co zapewne ma związek z obecnością
Lucyfera w tym samym pomieszczeniu. Dean ciągnie go za rękaw, a już na
parkingu prawie wpycha brata do samochodu.
Odjeżdżają w pośpiechu, bez oglądania się za siebie. Żaden z nich
głośno nie komentuje rozbłysku światła, który falując, przetacza się przez
okolicę. Z doświadczenia wiedzą, że oto przyczynili się do śmierci
jedynego anioła poza Castielem, który zniżył się do tego, by otwarcie stanąć po
stronie ludzi.
Jasna cholera, chyba tylko Gabriel mógł wpaść na pomysł, by
instrukcje mogące zakończyć apokalipsę wpleść w fabułę filmu pornograficznego.
Sam zamyka pokrywę laptopa. Gwałtownie, zanim sceny – następujące po
informacji, że to pierścienie Jeźdźców kontrolują klatkę Lucyfera – naprawdę
intrygujące jak na taką produkcję, na zawsze zainfekują jego umysł masą
przedziwnych pomysłów. Dean musi się napić. Czegoś mocnego i w dużej
ilości. Polowanie na Zarazę i Śmierć, a następnie skłonienie Lucyfera, by
łaskawie wrócił do budy to przecież chleb powszedni Winchesterów. Kto jak nie
oni.
Skoro mógł im pomagać archanioł, to czemu nie demon? Crowley
zdecydowanie wciąż nie należy do fanklubu Lucyfera – służba na rozdrożach
musiała w nim wyrobić nie tylko przedziwny gust, ale także smykałkę do
interesów. Kalkuluje i ocenia swoje szanse przetrwania. Widząc je tam, gdzie
Winchesterom powiedzie się ich zainspirowany pornosem plan, angażuje się w
poszukiwania dwóch pozostałych przy życiu Jeźdźców.
Sam musi się zgodzić. Musi, by pociągnąć Lucyfera za sobą.
Wie o tym. To jest kolejny przejaw tej szalonej klątwy wiszącej nad ich
nazwiskiem. Przykry koniec to dziedzictwo. Ale to uczciwa wymiana. Jedna
śmierć, by świat istniał dalej.
Pierwszy pierścień – Wojny – zdobyli przez przypadek.
Jak łatwo jest zwrócić ludzi przeciw sobie. Wystarczy
stworzyć powód, by każdy uważał inną grupę za wrogą. Resztę rozwiąże
dostateczna ilość broni oraz trochę zamieszania.
Drugi pierścień – Głodu – kosztował ich ponowny odwyk Sama od
demonicznej krwi.
Dean nie chce pamiętać słów Jeźdźca. Czuje się wypalony,
faktycznie niemal pusty w środku. Czasem sądzi, że zostanie naczyniem dla
Michała to jedyny sposób, by jakkolwiek odkupić to, że (kurwa!) złamał pierwszą
pieczęć. Ale odpowiednio duża ilość alkoholu uświadamia łowcy, iż jest jedynie
ogniwem w łańcuchu
decyzji oraz zdarzeń, na które w ogóle nie miał wpływu. Wyrzuty sumienia i tak formują
gulę w gardle mężczyzny, wyduszają ukradkowe łzy, ale wciąż ma siłę, by
próbować.
Trzeci pierścień – Zarazy – uświadamia Drużynie Wolnej Woli,
że Castiel upadł.
Ale przede wszystkim to, że przeżył. Jakimś niezrozumiałym
sposobem przetrwał, choć obecnie tylko jako człowiek. Nadal gotowy, by wiernie
trwać przy Winchesterach. Ramię przy ramieniu. Szczególnie tym ramieniu, które
kiedyś sam naznaczył.
Czwarty – Śmierci – to niespodzianka.
Nie tylko z powodu paktu zawartego między Bobbym a Crowleyem
(jakoś muszą namierzyć ostatniego Jeźdżca), do którego demon wspaniałomyślnie
dorzuca uzdrowienie Singera, ale przede wszystkim dlatego, że Śmierć okazuje
się skrajnie neutralny, niezależny, a przy tym przywiązany do swojej
wolności. Jest tym, który przyjdzie kiedyś po Boga, apokalipsa i podleganie
Lucyferowi zwyczajnie go obraża. Wobec jego potęgi każda inna wydaje się blada.
Dean nie pyta, jak bardzo drażniące są te ciągi zgonów i zmartwychwstań,
które dotyczą jego, Sama i nawet Castiela.
Wyciskanie z demonów krwi, by Sam lepiej zniósł moment, w
którym Lucyfer wniknie w jego ciało, jest ohydne. Przyprawia Deana
o mdłości. Przypomina o zdradzie, o tej piekielnej suce Ruby. Jest kolejną
obrzydliwością, na którą muszą się zgodzić.
Kurwa, to jest totalnie popieprzone!
Istnieje może promil szansy, by zapanować nad ciałem
wypełnionym przez Łaskę upadłego archanioła, ale jednak to jedyna droga inna od
obrócenia świata w perzynę, nad którą górować będą pierzaste chóry
hipokryzji.
Pożegnanie przychodzi za szybko. Nie ma dość słów, by wyrazić
emocje, gesty wydają się sztuczne, na wyrost. Wszystko pędzi do przodu, żeby
finał miał jakiś niewyobrażalny rozmach. I to jest Detroit, tak jak przewidział
ten mroczny kutas. Tak jak zostało zapisane. Przekleństwo Winchesterów się
wypełnia. Wyciąga macki po wszystkich trzech chłopców, po przybranego ojca
Deana oraz Sama, jak również po Casa – już nie Castiela.
Kiedy Sam się zgadza, zaczyna się początek końca.
Lucyfer igra z Deanem, bo go to bawi.
Bo może napawać się złudną nadzieją tej śmiesznej małpki,
która przypadkiem jest Prawym Człowiekiem, wybrańcem Nieba. Zabiera pierścienie
ze sobą, po czym odchodzi, aby przygotować się do ostatecznego starcia z
Michałem. Nie zamierza roztrząsać detali. Jeśli jego brat godzi się na
zastępcze naczynie, Lucyfer nie jest tym, który powinien protestować. Dla
Piekła dobre chęci są najcenniejsze.
Sam tłucze się wewnątrz własnej głowy, wrzeszczy i warczy,
przekopując się przez kolejne warstwy wspomnień. Ma wrażenie, że błoto wlewa mu
się do niematerialnych ust. Zatyka go, poddusza. Smakuje jak krew. Jak Ruby.
Trzymał ją w objęciach, gdy Dean zabił demonicę bez zawahania. Przyciągał ją do
siebie, kiedy spali ze sobą. Nienawidził jej, a jednak wciąż ulegał
pragnieniu. Ta złość, ten upadek oraz upokorzenie prowadzą do innych myśli. Do
szaleństwa, w które niemal popadł, gdy igrał z nim Trickster. Stamtąd jest
bliżej do niedawnych, jeszcze świeżych wydarzeń. Krótki miecz w drobnej dłoni.
Załamany na karku kołnierz kurtki, na którym miękko układały się jasne włosy.
Obrazki wspomnień. Ten sam Trickster stał się wtedy na oczach Sama archaniołem
Gabrielem. Zdolnym do walki, przekonanym o jej sensie. Sam nie może wiedzieć,
że Lucyfer płakał nad ciałem brata. Nie zdaje sobie sprawy, że Gabriel
przyznał, że wciąż kocha upadłego anioła. Esencja człowieka nadal się szarpie,
a ogrom Łaski parzy zimnem. Chłodem zdolnym spopielić każdą emocję. Oto
siła chęci zemsty. To waga zranionej anielskiej dumy.
Lepiej byłoby umrzeć, niż dowiedzieć się, ile ważnych w życiu Sama osób było wysłannikami Azazela lub zginęło, by plan żółtookiego demona mógł się powieść. Ale nie ma szans na lepiej, może być tylko gorzej.
Michał i Lucyfer mierzą się wzrokiem. Ten pierwszy w ciele
chudego dzieciaka, który większość swojego życia przeżył w beztroskiej
nieświadomości. Drugi w ciele wysokiego, umięśnionego mężczyzny – Sam
Winchester widział zbyt wiele, wiedział za dużo i przebył drogę usianą
złem oraz cierpieniem. Żaden z nich – ani Michał, ani Lucyfer – nie ma zamiaru
ustąpić. Mają swoje powody, zasady, przekonania. Dla Michała Lucyfer jest tylko
rozkapryszonym dzieciakiem, który nie umie uszanować woli Ojca. Dla upadłego
archanioła słowa brata są kolejnymi igłami nieukojonego bólu. Przez cały
cmentarz Stull przetacza się energia zdolna do zniszczenia nie tylko tego świata,
ale także kilku sąsiednich. Niebo wstrzymuje oddech, Piekło zaciska kciuki.
Mimo poczucia wyobcowania, Lucyfer próbuje skłonić brata do przystąpienia do
niego, szuka dawnej lojalności, rozdrapując bliznę własnego upadku.
Właśnie w takim nieznośnym niedopowiedzeniu znajduje ich
Dean Winchester. Podjeżdża blisko, silnik samochodu zagłusza rockowa muzyka.
Zbędne naczynie prosi o kilka minut ze swoim młodszym bratem. Ta kupka
ziemi oraz krwi, która przez ostatnie miesiące była wrzodem na dupie obu stron
śmie się czegokolwiek domagać.
– Podupiony dupku! – krzyczy były anioł, kupując dla Deana
parę chwil.
O rozmiar za duży płaszcz – ten sam co zwykle; ten, bez
którego rozczochrany ponury miłośnik burgerów wydawałby się nagi; po prostu ten
– podkreśla ulotność bytu, który kiedyś jednym słowem tłukł szyby, trząsł
ziemią albo zmieniał mózg w krwawą papkę.
Winchestera zaskakuje przedziwna kreatywność Casa, jeśli
chodzi o obelgi oraz przerażająca brawura, gdy wziąć pod uwagę szafowanie
swoim istnieniem. Mołotow ze świętego oleju trafia w pierś Michała,
spopielając ciało, które nosi. Wydarzenia zazębiają się o siebie w tempie,
za którym trudno nadążyć. To, że moment później jedno pstryknięcie Lucyfera
dosłownie rozsadza Casa na strzępy, jest jak cios pod kolana. Sekundy później
na ziemię upada także Bobby. Trzask skręcanego karku starszego łowcy ściska
żołądek Deana w ciężki węzeł. Lucyfera się nie prowokuje, nie strzela do
niego i nie próbuje z nim rozmawiać.
Upadły zwija dłonie opanowanego przez siebie ciała
w pięści, po czym grad ciosów opada na twarz człowieka, który ośmielił się
zakłócić Armagedon. Mięso puchnie oraz krwawi, ale ten pomiot bezwłosych małp
nie próbuje się bronić.
– Jestem tu, Sam – szepcze. – Jestem z tobą – dodaje, mimo
tego że przed chwilą Lucyfer przeorał nim przednią maskę Impali, tłukąc szybę.
Sam słyszy to, szarpie się bezcelowo we własnym umyśle.
Próbuje za wszelką cenę choć na moment odzyskać panowanie nad czymkolwiek,
kiedy nagle wzrok Lucyfera przyciąga odblask słońca na czarnej karoserii auta.
To drobne rozkojarzenie jest jak wyrwa w rzeczywistości. Ogrom wspomnień
przebija się na powierzchnię. Każdy przejechany tym samochodem kilometr brukuje
ścieżkę. Nagle Sam jest tylko sobą, a archanielska potęga dusi się pod
prawdziwą braterską miłością. Taką, która jest zdolna rozumieć, ale przede
wszystkim wybaczać. Dean wie, nie musi pytać. Wszędzie poznałby ten wzrok.
Przemądrzały szczeniak, któremu się udało.
Ciśnięte na ziemię połączone własną magią pierścienie
otwierają klatkę.
– Wszystko będzie dobrze – zapewnia Sam.
Zanim udaje mu się zniknąć w otchłani, pojawia się
Michał. Michał, który próbuje powstrzymać to, co nieuniknione. Energia klatki
wsysa otoczenie, a skoro Sammy nie jest w stanie wyszarpnąć się z anielskiego
uchwytu, zwyczajnie zabiera Michasia, a przy okazji Adama, ze sobą. To nadal
niska cena za istnienie świata.
Piekielna dziura klatki zamyka się za całą czwórką.
Dokonało się, myśli Dean.
Jego zmasakrowane przez Lucyfera ciało ledwo słucha, ale
podczołguje się do przodu. Chce pożegnać się z bratem, któremu dzień wcześniej
obiecał, że będzie po tym wszystkim żył nudnym, normalnym życiem, nie szukając
sposobu wydostania go z pułapki. Obiecał, choć nie wierzył w to ani o gram
więcej niż kiedyś w anioły.
Dean klęczy, łkając żałośnie. Opuchnięta od ciosów twarz nie
jest w stanie wyrazić emocji. Stracił najlepszego przyjaciela, który
ponownie dla niego umarł. Stracił człowieka, który był dla niego jak ojciec.
Stracił brata. Został na świecie – ocalonym i istniejącym – sam jak palec
i marzy o tym, by umrzeć.
Nagle wyczuwa czyjąś obecność, więc niepewnie unosi głowę.
To, co widzi, przerasta jego pojmowanie. Metr od niego stoi Castiel (z
pewnością nie Cas – wszędzie poznałby tę pełną mocy sztywność ramion). Kurwa,
on się uśmiecha i to jest stan, który rozświetla te jego niebieskie oczy
zupełnie nieanielskim blaskiem.
– Jesteś Bogiem? – chrypi Dean, bo tak mógłby się uśmiechać
tylko Bóg, nikt inny.
Ten uśmiech to wybaczenie, to czułość i ciepło. Castiel
zaprzecza ruchem głowy, a następnie wyciąga rękę, muskając palcami czoło
łowcy. Energia przepływa przez Winchestera, uzdrawiając zmęczone ciało.
– Ja… – Dean zaczyna zdanie, ale urywa, podnosząc się z
klęczek.
Chciałby zapytać o Sama. O to, czy wszystko jakoś się ułoży.
Zamiast tego wpatruje się w anioła, który wydaje się potężniejszy niż
kiedykolwiek dotychczas. Castiel nagle poważnieje, przechyla głowę na bok,
jakby usłyszał jakiś szept lub wezwanie. Może to znów ważne niebiańskie sprawy
i zniknie bez pożegnania, jak wiele razy wcześniej? Deanowi trudno jest
przyznać przed sobą, że to na swój sposób bolesne. Że przyjaciel jest mu teraz
potrzebny, zaciska więc dłonie w pięści. Chce stąd jak najszybciej
odjechać, potem upić się w jakimś tanim motelu i uczcić gorzkie
zwycięstwo.
Anioł łapie go za nadgarstek, podchodzi bliżej, ignorując
wszelkie zasady dotyczące przestrzeni osobistej.
– Nie tym razem – mówi. Jego niski, chrypliwy głos wibruje.
Dean obniża wzrok na przekrzywiony niebieski krawat, ponieważ cokolwiek się
teraz dzieje, wydaje się być absolutnie nie na miejscu. Szelest piór zdradza,
że Castiel przemieścił się, wykorzystując odzyskaną na nowo moc. Miękkie,
ciepłe dłonie anioła zasłaniają oczy Deana i ten klnie przez zaciśnięte zęby:
– Co, do kurwy…? – urywa. Palce cofają się.
W tym samym
miejscu, w którym wcześniej pojawił się Castiel, stoi teraz Gabriel, który
trzyma dłoń na ramieniu Sama.
Sam jest zdezorientowany, przerażony, ale żywy. Stoi tam,
materialny i cielesny. Dean widzi, jak jego brat mruga, rozgląda się z
zawahaniem. Mężczyzna chce natychmiast podejść bliżej, przekonać się, że nie ma
halucynacji, ale powstrzymuje go uścisk rąk Castiela. Cas (jednak jest w nim ta
ludzka cząstka, tak) przytula go od tyłu w sposób, jakiego żaden
Winchester płci męskiej nie chciałby określać.
Dzięki niecodziennemu unieruchomieniu Dean widzi, jak Gabriel
sięga do kieszeni swojej kurtki, wyciąga z niej amulet – TEN amulet, wyrzucony
przecież do kosza – zakłada go Samowi na szyję, po czym muska ustami policzek.
– Do później, dziecinko – obiecuje.
Chryste, to brzmi co
najmniej dwuznacznie. Ale Sam nawet się nie krzywi. Uśmiecha się tylko
półgębkiem. Wielki i najwyraźniej zaciekawiony. Gabriel popycha go w kierunku
Deana, a Castiel rozluźnia uścisk.
– Żebyś nie powiedział, że nigdy nic dla ciebie nie zrobiłem
– mówi archanioł, skupiając wzrok na twarzy starszego łowcy.
Wygląda na to, że
wyciągnął Sama z klatki. Dean potrząsa głową.
– Pomódl się przed snem – rozkazuje Castiel, wycofując się ostrożnie
o dwa kroki. – Sądzę, że będziemy musieli porozmawiać – dodaje bez cienia
wątpliwości.
Cała ta sceneria jest absurdalna. Dean ma ochotę zapaść się
pod ziemię, ale zdaje sobie sprawę, że to średni pomysł. Jego brat przed
momentem tego spróbował. Nie zadziałało.
– Ty sukinsynu – wykrztusza w końcu. Przytula brata,
ignorując kpiący chichot Trickstera.
Kątem oka łowi pochylającego się nad
ciałem Bobby’ego Castiela i nie śmie liczyć na to, że cudów będzie więcej. A
jednak, starszy mężczyzna z jękiem bólu podnosi się z ziemi. Archanioł wybiera
ten moment, aby chrząknąć, po czym oznajmia:
– Jako że kiedyś zajmowałem się zwiastowaniem, Tatuś prosił,
by was wszystkich pozdrowić. – Unosi głowę wysoko, zadziera podbródek. – Jak
również przekazać, że wolna wola w waszym, przepraszam, naszym wydaniu
jest dla jego potężnego bytu niebywale fascynująca. – Mruga porozumiewawczo, po
czym kontynuuje:
– Więc postanowił nagrodzić poświęcenie, na jakie się wszyscy
dla niej zdobyliśmy. – Kłania się, a następnie rozkłada szeroko ręce, pstryka
palcami i znika.
Dean wypuszcza Sama z objęć, bo dociera do niego, że zachowuje
się jak przerośnięta nastolatka. Castiel salutuje mu z uśmiechem, którym mógłby
reklamować wszystko, łącznie z obrzydliwym, wegetariańskim żarciem i znika,
furkocząc połami płaszcza oraz skrzydłami.
Bobby patrzy na braci, którzy gapią się to na siebie, to
wokół.
– Idioci – mruczy. – Udało się nam – dodaje głośniej, chociaż
musi się jeszcze oswoić z ciężarem zmartwychwstania oraz faktem, że świat
trwa dalej.
– Dean, któryś z nich naprawił Impalę – zauważa Sam.
– Niech Bóg im błogosławi – kwituje starszy z braci.
Ciąg dalszy: A przekleństwo nas nie złamie...
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.