Chwilę po
W jednej z ulic podmiejskiej dzielnicy willowej rozległ się
głośny krzyk dziecka, który urwany nagle, przyprawił przypadkowego przechodnia
o gęsią skórkę. Dorosły, zazwyczaj nieulegający emocjom, mężczyzna pomyślał, że
może to tylko jednorazowa sprawa, więc coś, w co nie warto się wtrącać, jeśli
nie chce się mieć kłopotów.
Ten urzędnik – z nudnym, poukładanym życiem – mógłby się
srodze zdziwić, gdyby wiedział, jak wielkich problemów udało mu się uniknąć
tylko dzięki temu, że rodzice wychowali go na parszywego tchórza. Minął
budynek, z którego dobiegł go niespodziewany hałas, po czym przyspieszył kroku,
sam nie wiedząc, czemu właściwie zareagował tak panicznie. Podmuch wiatru,
który załopotał połami znoszonej marynarki, wycisnął z jego zmęczonych oczu łzy
i zmusił do przygięcia karku.
Przez moment mężczyzna sądził, że usłyszał w górze szelest
liści, ale nigdzie blisko nie rosły tak wysokie drzewa, więc zganił sam siebie
za irracjonalne wymysły. Czym prędzej potruchtał na przystanek autobusowy. Coś,
czego nie chciał określać, pchało go do przodu, byle dalej od na pozór zwykłego
domu.
Domu otynkowanego na biało, zwieńczonego klasycznym dachem i szczycącego
się naprawdę dużymi oknami na parterze oraz piętrze. Otoczonego równo skoszonym
trawnikiem, a także eleganckim ogrodzeniem z żeliwnych, ozdobnych
prętów osadzonych w niskiej podmurówce.
Jedynym, co burzyło ten aż nazbyt uporządkowany układ, był
usytuowany nieco w głębi, plastikowy, niebywale krzykliwy kolorystycznie
fort z huśtawką, zjeżdżalnią, jak również niedużą piaskownicą. To, i
oczywiście wcześniejszy krzyk wskazywało, że w rzeczonym domu mieszkało
przynajmniej jedno dziecko.
Chwilę przed
To dziecko (śliczny niczym cherubinek pięciolatek o jasnych
włosach i niebieskich oczach) moment temu wyginało się w spazmach, zakneblowane,
zaplątane w pościeli, niemal sine na twarzy. Unieruchamiające jego ręce i nogi
więzy wpijały się w delikatną skórę, zostawiając na niej brzydkie, czerwone
ślady otarć. Ktoś zadał sobie wiele trudu, by uniemożliwić chłopcu ucieczkę lub
nadmierne hałasowanie, które na pewno zwróciłoby uwagę najbliższych sąsiadów.
Dzielnica nie należała do biednych i powszechnie akceptowana była tutaj
wyłącznie szablonowa normalność. O tę właśnie walczyli rodzice ofiary.
Przed drzwiami prowadzącymi do dziecięcej sypialni cztery
dorosłe osoby rozmawiały szeptem. Wyglądało to niemal jak narada przed bitwą. Skupieni,
z twarzami ściągniętymi od powstrzymywanych emocji i dłońmi zaciskającymi
się w pięści.
– Błagamy o pomoc – jęknęła słabo i niepewnie kobieta. –
Wykorzystaliśmy już wszelkie konwencjonalne metody – szeptała coraz ciszej – i
nic mu nie pomogło. – Załamała ręce, a po jej policzkach potoczyły się łzy. –
Jest coraz gorzej – wyznała.
Na te słowa stojący tuż przy niej mężczyzna skinął zgodnie
głową. Jego zmęczona, poszarzała twarz bezsprzecznie wyrażała desperację. Być
może czuł się bezużyteczny, odkąd okazało się, że nijak nie potrafi ochronić
własnej rodziny przed cierpieniem czy złem. Rodzicom towarzyszyli dwaj
przedstawiciele kleru; obaj, choć zupełnie różni w kwestii motywacji, przypominali
kruki żerujące na padlinie.
Młodszy popatrzył na rodziców ze współczuciem, starszy zlustrował
małżeństwo z wyraźną wyższością. Księża, ubrani w skromne, czarne sutanny,
sprawiali wrażenie duszpasterzy z lokalnej parafii. Nikt, niezainteresowany
tematem, nie domyśliłby się, że siwiejący mężczyzna z lekko obwisłymi
policzkami jest znakomitym specjalistą od spraw opętań. Jedynym takim w obrębie
kilku sąsiadujących ze sobą województw.
– Z kościelnych akt wynika, że nie wzięliście państwo ślubu
kościelnego, dziecko nie jest ochrzczone, pan nie ma nawet bierzmowania – sucho
podsumował egzorcysta.
Jego młodszy kolega po fachu głośno nabrał powietrze do płuc.
– Ojcze Jerzy – zaczął, ale przerwał mu zdecydowany gest
zwierzchnika.
– Nie – warknął ze złością tamten. – Grzesznicy powinni zaakceptować
swoje winy, a później je odpokutować! – upominał bezlitośnie, napawając
się wstydem wypisanym na twarzach zrozpaczonych rodziców. – Narazili siebie, czystość swoich
nieśmiertelnych dusz, i najprawdopodobniej sami przywołali to, co teraz
próbuje się wydostać, wykorzystując cielesną powłokę ich syna.
Zakasłał wymownie.
– O ile faktycznie mamy do czynienia z opętaniem, a nie
chorobą psychiczną czy upośledzeniem – dodał, a jad czający się w jego słowach
nie pozostawiał złudzeń co do intencji.
Im dłużej mówił, tym mocniej płakała kobieta i tym bardziej
bladł ojciec poszkodowanego chłopca.
– Nawet jeśli biskup wyda zgodę na udzielenie sakramentów w
takich okolicznościach, bez wiary, która wypełniałaby dom, bez pokory i
szczerego żalu za wszystkie popełnione złe uczynki, diabeł wciąż będzie mógł
was dręczyć – wyjaśnił na koniec chłodno i wprost.
Młodszy ksiądz coraz bardziej kulił ramiona, czerwony na
twarzy, starał się nie patrzeć na rozżalonych rodziców. Odczuwał wstyd, sądził,
że tego typu postawa i okrucieństwo nie przystoi sutannie ani święceniom.
Bez względu na doświadczenie, nie tego oczekiwało się od Kościoła nawołującego
do miłowania bliźniego. Kleryk uciszał wewnętrzny głos w swojej głowie, zauważający
nieprzerwanie, że cała ta sprawa jest fascynująca. Zobaczyć zło, znaczyło
spotkanie z zaprzeczeniem dobra. Stanowiło dowód, jakiego nikt nie miałby
odwagi podważyć. Z zamyślenia wyrwał go drżący od złości, męski głos.
– Jeśli Bóg odmówi nam pomocy, to… – zaczął odważnie ojciec
chłopca, ignorując przerażony jęk swojej małżonki oraz znamienne sapnięcie
egzorcysty.
– Bóg nigdy nie odmawia, nawet tym najbardziej zbłąkanym
owieczkom – uciął ksiądz Jerzy. – Proszę nas wpuścić do dziecka – wydał
polecenie tonem na pozór obojętnym, choć zmarszczone kąciki oczu oraz wydęta do
przodu warga świadczyły o hamowanej pogardzie i złości.
W tamtym momencie inicjatywę przejęła matka. Strząsnęła ramiona,
wyszła do przodu, po czym nacisnąwszy na klamkę, oznajmiła niemal bez emocji:
– Andrzej nie dostał dziś leków, które zwykle mu podajemy,
jest unieruchomiony i na wszelki wypadek także zakneblowany. Inaczej
sąsiedzi nie daliby nam żyć – usprawiedliwiła się z wyraźnym zażenowaniem.
– Kurwa – szepnął mąż kobiety, a następnie szybkim krokiem
wycofał się z wąskiego korytarzyka.
Zwyczajnie uciekł, zbyt przejęty wszystkim, co spadło na jego
rodzinę. Oglądanie własnego dziecka w takim stanie przerastało możliwości
człowieka nowoczesnego, powierzającego swoje życie oraz zdrowie nauce, technice
i faktom. Żona namówiła go na sprowadzenie do domu przedstawicieli kościoła,
więc w końcu jej uległ. Teraz gorąco tej zgody żałował. Nie panując nad
nerwami, roztrzęsiony i sfrustrowany bezradnością, usiadł w ulubionym
fotelu. Ze wzrokiem utkwionym na rozrzuconych wokół zabawkach Andrzejka, trwał
w bezruchu. Czuł, jak rozpada się od środka. Ze wszystkich sił próbował nie wybiec
z domu, gdy w dziecięcej sypialni rozległ się rozdzierający,
zwierzęcy wrzask (ten krzyk, dokładnie ten), jakiś huk, po którym nastąpił
stukot kroków, a następnie cisza.
Cisza była błogosławieństwem.
Wciąż zanim
Ojciec Jerzy wszedł do pokoju powoli, uważnie obserwując
wszystkie znajdujące się w nim przedmioty. Asystujący mu dziś ojciec Szymon
szurał powoli. Pozostawał w odległości pół kroku za jego plecami. Dobrze,
rozumiał powagę sytuacji, znał swoje miejsce.
Obaj spojrzeli na pokrzywdzone dziecko w tej samej chwili,
starszy ksiądz skinął na matkę, by wyjęła knebel. Uczyniła to z wyraźnym
wahaniem, niepewna i spięta. Materiałowy zwitek uniemożliwiał chłopcu wydawanie
innych dźwięków niż przytłumione jęki. Egzorcysta dążył, co zrozumiałe i naturalne,
do ewentualnej konfrontacji. Do takich sytuacji został wyszkolony, po to
przygotowywał się latami, niejednokrotnie do upadłego walcząc o poranione
przez zło dusze.
Oczy Andrzejka – tak ogromne na tle bladej twarzyczki – wydawały się na przemian zamglone oraz
przenikliwe i uważne. Gdyby nie więzy czy knebel, można by uznać, że klerycy
przybyli, by zwyczajnie pomodlić się za chore dziecko. To jednak nie była
prosta duszpasterska wizyta. Ojciec Jerzy niemal od razu rozpoznał czyhające
zagrożenie.
W całym pomieszczeniu dawało się wyczuć tę dziwną, niezdrową
aurę. Jej apogeum zostało osiągnięte, gdy kilkulatek zaczął wrzeszczeć. Krzyk
przypominał warkot zwierzęcia tak przerażonego i złamanego bólem, że na chwilę
wszyscy zamarli, a potem wszystko potoczyło się jak na przyspieszonym filmie.
Matka z powrotem wepchnęła w usta chłopca knebel, szamocząc
się z nim i płacząc jednocześnie. Nagły podmuch wiatru uchylił okno w pokoju,
jednocześnie zatrzasnąwszy drzwi, ojciec Szymon odruchowo przeżegnał się i
zaczął cichą modlitwę, natomiast ksiądz Jerzy stał jak skamieniały. Wpatrywał
się w cień rosnący na ścianie. Cień, który nie miał prawa pojawić się na
czystej, beżowej powierzchni. Cień, który rozczapierzał – nad nagle zbyt
spokojnym – dzieckiem chciwe palce i zdawał się rozkładać skrzydła. Jedną
parę, potem drugą i kolejną.
Już, teraz
To z pewnością nie były minuty, a najwyżej sekundy.
Ułamki momentów.
Fragmenty pourywanej rzeczywistości, zupełnie
niewyobrażalnej.
Matka, blada i zdesperowana, drżącą dłonią kneblująca
własnego syna, ojciec tego samego dziecka, czekający piętro niżej, pozbawiony
nadziei. Obok młody ksiądz niecierpliwy oraz ciekawy i oczywiście
wykwalifikowany egzorcysta – przepełniony pychą – tępo zapatrzony w przejaw
czegoś, co można było uznać za manifestację zła.
Oto obrazek, oto początek.
Kiedy cień wypłynął ze ściany, przyjął postać uskrzydlonej
wojowniczki, ubranej w ubrudzoną krwią kolczugę, skórzane spodnie
z długim sztyletem kołyszącym się na szerokim pasie i wysokie buty. Dziecko
nagle wykręciło głowę pod przerażającym kątem. W pełni skupiło się na
intruzie, z którego pojawieniem się, pokój utonął w nienaturalnej ciszy. Ten
brak dźwięków zdawał się odbierać wszystkim wolę do działania, wirował wokół
nieproszonego gościa. Przełamywał liniowość czasu.
Delikatne skinięcie głową, bez wątpienia przywitanie ze
skrępowanym chłopcem, spowodowało, że brązowe włosy odsłoniły delikatną twarz
młodej dziewczyny, która wylądowała z wdziękiem na błękitnej wykładzinie,
bezgłośnie składając pierzaste skrzydła. Była w tych tanecznych ruchach podobna
do Piotrusia Pana. Gdyby w tamtej chwili wspięła się na komodę, stojącą
obok łóżka, i zapiała jak kogut, po czym osypała wszystkich pyłkiem, sytuacja
nie byłaby ani trochę bardziej groteskowa.
Andrzejek szarpnął się w swoich więzach, wlepiwszy bystre spojrzenie
niebieskich oczu wprost w postać, o której mógł dotąd słyszeć w bajkach lub
telewizji. Ta ułożyła palec na ustach. Uniesiony w półuśmiechu lewy kącik ust,
nadał jej lekko figlarnego wyrazu. Jakby nie słyszała nierównych z przejęcia
oddechów ludzi, nie interesowała się ich lękami czy obawami.
Anielica, bo czymże innym mogła być, choć poruszyła się
energicznie, nie wydała żadnego dźwięku. Wyciągnęła dłoń, dwoma palcami
wskazując na zdezorientowaną matkę chłopca. Delikatnym ruchem nadgarstka,
wprawiwszy powietrze w ruch, popchnęła kobietę w kierunku młodszego
księdza, by następnie cichym, stanowczym głosem (przełamała ciszę słowami) wydać
polecenie:
– Usiądź z nią pod ścianą, trzymaj mocno i nie pozwól jej mi
przeszkadzać. – Szymon z wahaniem skinął głową, bezwstydnie gapiąc się na
skrzydlatą dziewczynę, która odwzajemniła ciekawskie spojrzenie.
Przechyliła głowę na bok, w charakterystyczny, nieco ptasi
sposób.
– Jeśli masz dość sił, możesz się modlić – dodała,
a następnie wymownie popatrzyła pod ścianę. – Idź z nim, kochana, no już –
ponagliła.
Odwróciła się do nich plecami. Gdyby znaleźli w sobie dość
odwagi, mogli podziwiać misterne ułożenie piór na skrzydłach, silne mięśnie
pleców oraz ostre kąty łopatek. Metalowa sieć, okrywająca szczupłe ciało od
ramion do połowy ud, spleciona była z drobnych oczek koloru miedzi.
Kunsztem imponowały ozdobne sploty krawędzi krótkiego kołnierza spinanego na
karku czy delikatne wykończenia otworu wokół nasady ogromnych skrzydeł. Sama anielica
wydawała się natomiast jednocześnie zupełnie krucha oraz niezłomna. Jakiekolwiek
niosła słowa, cokolwiek miała tu wykonać, emanowała niezwykłą energią.
Nadludzką lub raczej nieludzką mocą. Kiedy odezwała się ponownie, tym razem jej
głos zabrzmiał chrypliwie, z wyraźną agresją:
– A ty, faryzeuszu, nawet nie sądź, że zdołasz mnie dotknąć
swoim ohydnym palcem.
Ojciec Jerzy uniósł dłonie w obronnym, pełnym fałszywej
skruchy, geście, ale ona tylko splunęła w jego stronę, po czym pstryknęła
palcami, a stary ksiądz upadł nieprzytomny na dywan.
Pozostała dwójka nie śmiała się ruszyć z wyznaczonego
miejsca, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Oddychał, więc
przypuszczali, że wciąż żył.
– Ego zostaw tym, którzy się na nim znają – prychnęła anielica
pod nosem, a następnie całą swoją uwagę skupiła już tylko na dziecku.
– Przykro mi, że tak musi być – szepnęła. – Czasami nie ma
innej możliwości. – Jej głos załamał się, gdy dumnie uniosła podbródek.
Powietrze zapachniało jaśminem.
Szymon modlił się żarliwie, mocno tuląc do siebie obcą
kobietę, która w jego uścisku przypominała raczej szmacianą lalkę niż
człowieka. Beznamiętnie patrzyła przed siebie. Ksiądz przypuszczał, że
mimowolnie obserwuje działania niebiańskiej wysłanniczki. On sam
z ledwością był w stanie oderwać od niej wzrok.
Rozkładając skrzydła na tyle, na ile pozwalała na to wolna
przestrzeń w niewielkiej sypialni, przysiadła na brzegu łóżka. Kolczuga
zostawiła na jasnej pościeli brzydkie plamy, ale anielica zupełnie to
zignorowała. Pochyliła się nad klatką piersiową Andrzeja, dmuchnęła delikatnie
na jego odsłonięte gardło. Nie próbowała go w żaden sposób uwolnić, tylko metodycznie
odprawiała rytuał. Wydychała na dziecko ciepłe powietrze, przesuwając palcami
po bladej buzi. Po chwili zmusiła chłopca, by zamknął oczy. Może przeszkadzało
jej to, jak bardzo się w nią wpatrywał?
W tle słychać było mamrotane modlitwy, powtarzane z pamięci,
wzmacniające już nawiązane połączenie. Myśli młodego kapłana krążyły natrętnie wciąż
wokół jednego. Jeśli anioł przybył tej biednej duszy na pomoc, musiało to być
coś, co wykraczało poza ramy wszelkich reguł. Gdyby tylko wiedział… Jego słaby,
ludzki umysł nie był w stanie uciec od prawdy, że wiara poparta dowodem,
przewartościowuje się, bezpowrotnie tracąc pierwotny sens.
– Wychodź – burknęła nagle anielica. – Po raz pierwszy, gdy
się poruszyła, metal brzęknął. – Rozkazuję ci, wychodź! – warknęła.
Umęczone, szczupłe ciało pięciolatka szarpnęło się i wygięło
w jej stronę. Na bladej skroni pulsowała cienka żyłka, po policzkach zaczęły
spływać łzy zmieszane z potem. Błękitne oczy rozszerzyły się,
rozpulchnione źrenice prawie przykryły tęczówki. Cokolwiek zamieszkało w tym
młodym człowieku, było wyraźnie bliżej rzeczywistości niż parę minut temu.
Z dołu dobiegł ich krzyk, poprzedzający huk upadku na podłogę.
Najwyraźniej ojciec chłopca, zaniepokojony wydarzeniami na piętrze, podjął
próbę interwencji. Mimo to, ksiądz nie spodziewał się, by ktokolwiek był w
stanie przekroczyć próg pokoju bez pozwolenia ich niespodziewanego gościa, a
całkowicie skupiona na Andrzeju anielica, nawet nie odwróciła głowy. Ułożyła
dłonie płasko na obojczykach chłopca. Koniuszkami palców dotykała spoconej,
rozpalonej skóry, która była doskonale widoczna nad kołnierzykiem flanelowej
piżamy. Jej twarz o dziecinnych, łagodnych rysach, wykrzywiła się
z wysiłku oraz frustracji.
– No, już – wymamrotała, a w pomieszczeniu rozszedł się obrzydliwy
smród moczu. Pojedyncze krople już przesiąkały przez pościel i materac, kapiąc
na podłogę. Andrzej wyginał się coraz bardziej, aż trzeszczały jego obojczyki
oraz kręgosłup. Musiał być na granicy wytrzymałości, skoro zsikał się pod
siebie. Egzorcyzmy czasem bolały lub wyczerpywały ofiarę, ale w przypadku
opętań dzieci, zalecało się wyczucie. Tak nie mogło to dalej wyglądać.
– Może… – zaczął niepewnie ksiądz Szymon, nie wiedząc, co
powiedzieć.
Chciał zaprotestować, wyjaśnić, że organizm kilkulatka nie
wytrzyma takiego obciążenia i tempa. Zanim kleryk zebrał myśli, by dokończyć
zdanie, jego gardło zacisnęło się tak mocno, że z ledwością oddychał. Natychmiast
przyswoił lekcję. Nie życzyła sobie jego interwencji. To, że śmiał jej
przeszkadzać, bardzo zirytowało anielicę i dawała mu do zrozumienia, że jeśli
spróbuje tego jeszcze raz, pożałuje. Nie odezwała się do niego, nie odwróciła,
ale wszystko to do niego dotarło i tak. Rozepchnęło się w umyśle mężczyzny,
sprawiło, że poczuł się śmiesznie mały wobec potęgi skrzydlatej dziewczyny. Był
upierdliwym ziarenkiem piasku, grudką brudnej ziemi w porównaniu do potęgi
Światła, które w sobie niosła.
Jej głos przypominał wiatr w czasie burzy:
– Nie mam czasu, ty piekielny pomiocie! – Potrząsnęła wątłym
ramieniem chłopca. – Nie każ mi używać imienia, pożałujesz tego, dobrze wiesz –
groziła nie wiadomo komu.
Dziecko wydawało się zupełnie nieświadome tego, że wisi nad
nim rozwścieczony, zniecierpliwiony anioł. Blondwłosa główka opadła do tyłu jak
u pozbawionej sznurków teatralnej kukiełki.
Z chwili na chwilę sytuacja stawała się coraz bardziej dziwaczna
i straszna, w powietrzu unosił się odór uryny zmieszany ze słodkawym
zapachem jaśminu, wszystkiemu towarzyszyły ciche trzaski przypominające wyładowania
elektryczne.
– Pierdolony sukinsynu, wyłaź, ale już! – Grzmotnęła pięścią
obok głowy Andrzeja, a dźwięk, jaki temu towarzyszył, nie pozostawiał
wątpliwości co do tego, czy łóżko wytrzymało ten cios.
Ojciec Szymon jęknął pod nosem, a dotąd nieobecna duchem
matka niepewnie szarpnęła się w kierunku syna. Jednak wciąż wydawała się wyzuta
z jakichkolwiek naturalnych odruchów. Jakby nie tyle nie chciała działać,
co nie była w stanie tego zrobić. Jeśli tak miało wyglądać wstawiennictwo
Pana, to…
– KEF!!! – w końcu wrzasnęła
anielica.
Skoro padło imię, demon był stracony.
W jakimś sensie stwarzała go na nowo, rozszarpując duszę
Andrzeja na strzępy. Nie zważała jednak na koszty, liczył się cel. Tylko to
i nic więcej. Kolczuga pobrzękiwała miarowo od energii, która falami
pulsowała wzdłuż ścian pokoju, wybrzuszała jasną farbę, powodowała gęsią skórkę,
a nawet strąciła z półek zakurzone zabawki. Chłopiec, dotąd wygięty w
paskudnej, nienaturalnej pozycji, opadł miękko w pościel.
Anielica rozczapierzyła
szeroko palce, przymknąwszy błyszczące nienaturalnym, zielonkawym światłem oczy,
po czym rozłożyła skrzydła. Jasne pióra sterczały w różne strony jak
sierść wilka szykującego się do walki na śmierć i życie.
Ksiądz z przerażeniem zauważył, że cokolwiek znaczyło
wykrzyczane słowo, dotąd osnuwający sypialnię dziecka bąbel ciszy pękł
ostatecznie. Ze złowrogiego, ale niejednoznacznego milczenia, narodził się wrzask,
szum, krzyk. Jakby zło tylko czekało na sygnał. Na pozwolenie, by zacząć ten
horror na ziemi, skoncentrowane piekło. Mężczyzna wątpił, by kiedykolwiek
zdołał zapomnieć to, co zobaczył. Poszczególne obrazy wwiercały się
z zaskakującą precyzją w jego mózg. Już nie chciał tej wiary, Boga, łaknął
normalnego życia, bez wirujących mu tuż nad głową piór.
Ze szczupłego tułowia chłopca wylewał się brudny, żółty
szlam, który kapał na wykładzinę. Jasnoniebieskie, nagle szeroko otwarte oczy,
wypełniła krew; posoka płynęła z nosa i uszu pięciolatka, a ten, bezwładny
i nieświadomy, wisiał na krępujących mu ręce opaskach. Knebel nasiąkł brunatną
wydzieliną.
Anielica wciąż pochylała się nad nim, prześcieradło oplątało
jedną ze szczupłych łydek, gdy ułożyła się w taki sposób, by osłaniać dziecko…
albo je dobić. Szymon – już za nic miał swoje święcenia – widział na tej obcej,
niemal dziewczęcej twarzy taką determinację i rozpacz, że zaczął wątpić w
to, iż cokolwiek rozumie. Gdyby spytano go przedtem o wyobrażenia dotyczące
anielskiego zstąpienia na ziemię czy anioły w ogóle, na pewno nie
pomyślałby ani o śmierdzącym trupem błocie, ani o znęcaniu się nad
dzieckiem. Chciał już tylko przetrwać to lub może – jeśli Bóg jednak istniał
oraz był miłosierny – obudzić się we własnym łóżku i stwierdzić, że
przyśnił mu się najstraszliwszy, najohydniejszy koszmar. Potrząsał głową
w niemym zaprzeczeniu.
Nagle wszystko zamarło i znów – jak tuż po pojawieniu się
dziewczyny – nienaturalnie ucichło.
W pościeli, pod skrzydłami anielicy, tuż obok zmaltretowanego
Andrzeja – klatka piersiowa dziecka nie poruszała się, nie unosiła, nie opadała!
– pojawił się ktoś jeszcze. Bez wątpienia mężczyzna; był blady, brudny i
zdezorientowany. Na jego plecach nie było widać skrzydeł – ani pierzastych, ani
żadnych innych. Kiedy jednak podniósł się powoli i otworzył oczy, ksiądz
nie miał najmniejszych wątpliwości, z kim ma do czynienia.
– Diabeł – jęknął, rozluźniając dotąd pewny uchwyt rąk.
Sam nie wiedział, czemu dotąd tak sumiennie wykonywał wcześniejsze
polecenie.
Kobieta natychmiast skorzystała z okazji, zerwała się na
równe nogi, rzucając na boki rozbiegane, oszalałe od rozpaczy spojrzenie. Zanim
jednak choćby zbliżyła się do łóżka, bez świadomości upadła na podłogę.
Anielica nawet nie mrugnęła, powiedziała jedynie w przestrzeń:
– Miała nie przeszkadzać. – Przeczesała palcami swoje
splątane włosy. – To tylko i aż demon – dodała, ale zszokowanego człowieka nie
obchodziły już wyjaśnienia. Runęła nadzieja, rozprysła się wiara, zostały
ogromna gorycz i paraliżujący strach.
Szymon patrzył więc tylko, jak potępiona istota powoli wraca
do siebie, jak ściera z przeraźliwie sinej twarzy krew i szlam, oraz
rozgląda się badawczo, z wyraźnym zaskoczeniem.
– Zeni, coś ty najlepszego narobiła? – wychrypiał pytanie.
Wciąż sztywnymi palcami musnął czoło dziecka, jakby
upewniając się, że jest martwe. Zmarszczył brwi lustrując dziecięcą sypialnię. Mierzył
wzrokiem dwoje nieprzytomnych dorosłych oraz przerażonego, kompletnie złamanego
kleryka, który swoje dotychczasowe życie poświęcił głoszeniu Słowa Ojca ich
wszystkich.
Dopiero odpowiedź anielicy o obco brzmiącym imieniu
sprawiła, że Szymon zapragnął zniknąć.
– To, w czym Niebo jest najlepsze. – Dumnie uniosła brodę,
wydęła spękane wargi. – To, co należało.
I w jakimś później
Kef w milczeniu obserwował pierzastą przyjaciółkę snującą
ostatnie ochronne zaklęcia nad warstwą rzeczywistości, w jakiej przyszło im się
tymczasowo ukryć. Demon musiał dojść do siebie po gwałtownym i dość
niespodziewanym Przejściu.
Zeni sprawnie posprzątała bałagan zostawiony za nimi, zbyt
sprawnie, jeśli brać pod uwagę stereotypy. Jakby wszystkie te decyzje nic nie
ważyły, nie świadczyły o niczym istotnym. Przez cały ten czas po przebudzeniu przypominała
Kefowi dziewczynkę, która sprzątnęła do pudełka popsute zabawki, po czym
wróciła do przerwanych wcześniej zajęć. Uroczo. Tylko w jej uśmiechu, nie
sięgającym oczu, błyszczała ta niepokojąca, podszyta okrucieństwem satysfakcja.
Zeni była do cna przerażająca, ale także piękna i groźna. Wirtuozka emocji,
posłaniec złudzeń. Szczypta amnezji, odrobina zaburzeń psychicznych, kilka
kropli mocnego alkoholu i ciąg zdarzeń nabrał sensu.
Kef nie skomentował tego, że sam odwiązał chłopca i spalił
jego ciało, ponieważ tracąc duszę, człowiek zwyczajnie przestawał istnieć.
Żadne rytuały nie były już konieczne.
Anielica w ogóle nie zwracała uwagi na dziecko, strząsnęła z
siebie tę śmierć. Nie pochyliła się nad zagubionymi w swoich nowych, ohydnie
fałszywych wspomnieniach, rodzicami Andrzeja. Zignorowała spustoszenie wywołane
w umyśle młodego kleryka, którego – jak się demonowi wydawało –
wykorzystała jako dodatkowy łącznik z Piekłem i Niebem naraz.
– Wiesz, ile ryzykowałaś? – zapytał w końcu, kiedy już
naprawdę mógł spokojnie odetchnąć.
Zabrała go do jakiegoś domu, na uboczu całego Stworzenia. W
nieokreślonym bliżej czasie.
– Tylko mnie nie pouczaj – burknęła. – Wydaje wam się, że skoro
upadliście i taplacie się w mroku, wiecie o życiu i decyzjach więcej
od nas – wypomniała.
Siedziała w kucki na wygodnym fotelu. Jej kolczuga wisiała na
podłokietniku mebla, buty leżały nieopodal. Zeni miała na sobie tylko spodnie i
luźną, jasną tunikę. Wszystko było nieskazitelnie czyste i staranne, nawet
jej włosy ułożone w prostym splocie.
– Jesteście tak przekonani o tym, że brodzenie w ciemności czyni
was w jakimś sensie lepszymi, że upoważnia was do użalania się nad sobą, aż
zapominacie, iż światło potrafi być tak jasne, że wypala oczy i serca –
kontynuowała.
Demon zamrugał zaskoczony. Jego przyjaciółka nigdy nie
poruszała tych kwestii. Nigdy nie stawiała między nimi tak wyraźnej linii.
– Gołąbeczko, do czego ty właściwie teraz zmierzasz? –
zapytał.
Zacisnął dłoń w pięść. Gdyby jakikolwiek demon pozwolił sobie
na takie uwagi, skończyłby ze sztyletem w gardle. Ale to była Zeni. Ta Zeni,
która kiedyś podeszła za blisko, uśmiechnęła się i zawojowała go bez trudu.
– Po pierwsze, zanim byś mnie dźgnął, wyegzorcyzmowałabym
twoją dupę do Watykanu, a po drugie – wzruszyła ramionami, lekko strosząc
najdłuższe z piór – w Niebie akurat mieliśmy drobny bunt i trochę bratobójczych
walk, kiedy nagle poczułam, że ktoś wyrywa mi sens istnienia z pomiędzy palców
– mówiła coraz ciszej.
Sapnął w reakcji na takie wyznanie. Nie sądził, że związała
się z nim tak bardzo, tak mocno. Nie wiedział nawet, że tego rodzaju więź
anioła z demonem w ogóle jest możliwa. Takie przeczucia właściwe były dla
aniołów wyśpiewanych jedną nutą Metatrona i dla tych pierzastych, którzy parali
się ochroną cennych dusz. Potępieńcy i upadli nie posiadali ich. Jeśli nawet
Zeni zajmowała się właśnie kwestiami esencji, co – biorąc pod uwagę jej dziwny
sentyment do zwierząt – miało sens, Kef nie rozumiał, jak potrafiła sięgnąć tak
głęboko, żeby go uratować.
Zacisnął wargi, nie chcąc przerwać tego, co i tak musiała
powiedzieć, a co on sam dobrze wiedział.
– Domyśliłam się, o kogo chodzi i tego, że u was także nie
jest zbyt kolorowo. – Skuliła się, przez co wydawała się zupełnie bezbronna.
Błąd. Gołębie, były zdradliwe i groźne.
Skupiła na nim spojrzenie, ściągnęła całą uwagę, a potem
podjęła wątek:
– Przedarłam się na Ziemię, między ludzi. Dla nas to były
góra trzy oddechy, dla nich pewnie miesiące lub lata. Znalazłam odpowiednią
bramę i zaczęłam wołać cię do siebie, póki jeszcze miałam kogo.
– Zeni – westchnął.
– Jak to sobie wyobrażałeś, że rozpłyniesz się w tym swoim
niebycie czy innej kloace, a ja nic nie zrobię, bo przecież nie wypada mi
brudzić sobie rączek? – spytała z wyraźnym wyrzutem.
– Jestem… Do tej pory byłem – poprawił się od razu –
najemnikiem w Piekle.
Wzruszył ramionami, po czym wytłumaczył:
– Po prostu misja okazała się trochę za trudna, wokół śmigały
zaklęcia, o jakich Azazelowi się nie śniło. Zdążyłem tylko pożegnać się z tobą
w myślach, potem wszystko się rozprysło – przyznał. – Następne, co pamiętam, to
smród wypalonej duszy tego dziecka i szlam, który mnie oblepiał.
– Najwyraźniej nie nadaję się na położną, daruj – mruknęła
bez przekonania.
Kef tymczasem ostrożnie rozłożył zgniecione, skórzaste
skrzydła. Raz już przywróciła im sprawność. Odbyło się to dawno temu, na jednej
z wielu ich ławek, w kątach Przedsionków. I tak jak wtedy dała z siebie
wszystko, tak i teraz odtworzyła je z właściwą dla siebie dbałością
o detale. Nie podziękował jej i nie zamierzał tego zrobić później. Zawdzięczał
przyjaciółce życie i ten fakt niezbyt go zachwycał.
– W takim razie, co teraz? – zadał pytanie wiszące między
nimi od początku.
– Ty aktualnie zostajesz tutaj, ja lecę na obchód i wracam do
siebie – stwierdziła lekko. – Ale najpierw muszę zmyć z siebie grzechy, więc
przyda mi się odpoczynek. – Ziewnęła ostentacyjnie, nie kłopocząc się
zasłanianiem ust.
– Chcesz powiedzieć, że tak po prostu wrócisz do swojego
śpiewania w chórku po tym, jak zniszczyłaś duszę niewinnego dziecka, a góra na
wszystko spojrzy przez palce, gdyż… – urwał.
– Wyrósłby na mordercę i gwałciciela, za kogo ty mnie masz –
prychnęła obrażona. – I nie oceniaj pierzaków tak powierzchownie – sarknęła. –
Gdybyś wiedział, jak wyglądają nasze wojny domowe, to zacząłbyś się mnie bać
nie na żarty – prowokowała, tak inna od tej Zeni, z którą widywał się na
ławkach na samym początku ich znajomości.
– Nigdy nie przestałem – wyznał, piorunując przyjaciółkę
spojrzeniem jasnych oczu.
Z satysfakcją zauważył, że zadrżała, a jej skrzydła
mimowolnie otuliły ramiona. Wstał powoli, wciąż studiując twarz anielicy. Nad
dekoltem wygodnej, beżowej tuniki pyszniła się stara blizna. Pamiętał swoją
złość, gdy pierwszy raz dostrzegł ślad po niemal śmiertelnej ranie. Skrzydlaka
mógł zabić tylko skrzydlak, ale pierzaści gustowali w magii, ewentualnie
w obwarowanych zasadami starciach na opływające gracją ciosy. To, że
jakikolwiek anioł, poważył się na użycie broni białej i dźgnięcie własnej
siostry, wykraczało poza ramy porządku. Niedługo po tym, jak rana się wygoiła,
a blizna zbladła, Zeni zaczęła nosić przy sobie sztylet i czasem, ale tylko
czasem, zakładała kolczugę. Kef żartował, że jej logika militarna kuleje, ale w
duchu pochwalał tę decyzję. Niebo nie było Rajem. Od dawna. Lucyfer mógł mieć
na ten temat co nieco do dodania.
Teraz zbliżał się powoli, a Zeni unosiła głowę, ciągle
utrzymując jego spojrzenie w ryzach własnego. Gdy stał tuż przy niej,
pochylił się, wyszeptał wprost w usta przyjaciółki:
– Uczysz się, ptaszynko.
Następnie na gładkim, bledszym niż zwykle czole, złożył czuły
pocałunek. Już nie musiał się powstrzymywać. Zawołała go po imieniu z samego
Piekła i wszystko zmieniła. Jeszcze nie wiedział, jak wyobrażała sobie dalszy
ciąg tej decyzji.
Demon wyszedł do drugiego pokoju, nim Zeni zdołała jakkolwiek
skomentować pieszczotę lub to, co powiedział. Ostatecznie, uratowała mu życie, a
cenę stanowił fakt, że Kef nie miał już do czego wracać.