10.11.2017

Dopóki



Kiedy usiadła, starannie wygładziła spódnicę, po czym – ze skwaszoną miną – spojrzała na adwokata.
– Czego pan jeszcze ode mnie chce? – spytała.
Dłonie trzymała płasko na udach, jakby powstrzymując się od zrobienia głupstwa.
– Pani musi w końcu zrozumieć, że to nie są wymysły moje ani mojego klienta. – Mężczyzna wyraźnie stracił cierpliwość i irytacja pobrzmiewała w każdym jego słowie.
Kobieta skwitowała to wymownym prychnięciem. Za nic miała reguły, literę prawa czy zakazy.
Gdy delikatnie przechyliła złączone nogi bardziej na bok, zaszeleścił materiał czarnej, obszernej halki.
– Pan mnie ma za idiotkę – wysyczała. – A ja to naprawdę zrozumiałam już na samym początku – przyznała. – Zwyczajnie się na to nie zgadzam i mam zamiar utrudniać sprawę tak długo jak zdołam – oznajmiła lekko.
Adwokat jedynie westchnął ciężko, na moment chowając zmęczoną twarz w dłoniach.
– Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby pani jednak ustąpiła – wyszeptał.
– Dla mnie by nie było, więc nie zamierzam – odpowiedziała cichym, jadowitym tonem.
– To śmieszne! – wykrzyknął, zanim pomyślał, że w ten sposób tylko pozwolił wygrać tej upartej, zdeterminowanej istocie.
Jej jedyną reakcją na niewłaściwe zachowanie prawnika było lekkie uniesienie brwi i grymas, który można było pomylić z szyderczym uśmiechem połową ust.
– Śmieszny jest pana bezcelowy upór, panie Jaworski. Ja mogę być co najwyżej zabawna albo urocza, ale to raczej nie w tych okolicznościach – dodała po chwili.
– To pani próbuje podważyć zasadność realizacji postanowień i wytycznych, zawartych w dokumencie poświadczonym notarialnie – stwierdził.
– Robię to tylko dlatego, że zostałam w tym dokumencie wymieniona jako odbiorca o nadrzędnych prawach – przypomniała.
Następnie przechyliła głowę, naprężając ramiona. Spięta, gotowa do bitwy, niezachwiana w tej upartej pewności, że wygra i postawi na swoim. Jaworski jeszcze raz przyjrzał się dłoniom kobiety, jej odsłoniętej szyi, spiętym wysoko włosom. Odważył się też spojrzeć w te przenikliwe, ciemnoszare oczy. Tak jak się spodziewał, nie odwróciła wzroku, odpowiedziała świdrująco i wyzywająco.
– Więc na dziś to raczej tyle, prawda? – spytał słabo, bez przekonania.
Skinęła tylko głową, wstała z gracją i wyszła, nie odezwawszy się ani słowem. Stąpała lekko, niemal bezgłośnie. A jednak, kiedy zamknęła za sobą drzwi, słyszał jej miarowe kroki na korytarzu. Jakby z nim igrała, co zapewne istotnie robiła.
Ubrana cała na czarno, z woalką niewielkiego fascynatora opadającą bokiem na oko, ściśnięta w talii przez fiszbiny mocno zasznurowanego gorsetu, w uniesionej halką spódnicy za kolano, cała przypominała mroczną, smutną lalkę.
Prawda była taka, że przepełniał ją nieukojony smutek straty. Żal i gniew buzowały pod bladą skórą, napędzały codzienną egzystencję kobiety. Sprawiały, że wciąż miała siłę walczyć, choć jednocześnie nie miała siły, by jeść, spać lub myśleć o czymkolwiek innym niż kolejne wyznaczone spotkanie w budynku sądu, następne mediacje czy rozprawy. Pragnęła czuć.
Mijając obcych ludzi, marzyła już tylko o powrocie do domu, gdzie mogłaby pozwolić sobie na chwilę słabości. Ze zrzuconą z twarzy maską, śladami łez na policzkach, zbiegałaby do piwnicy. Tam, za trzema parami solidnych drzwi, w objęciach zimna i wiecznego snu, spoczywało ciało jej ukochanego.
Przecież w swej ostatniej woli napisał wyraźnie, że nie życzy sobie pogrzebu. Że ma z jego zwłokami zrobić to, co uzna za stosowne. Wykorzystać je do woli, a później – w rozsądnym odstępie czasu – przekazać najbliższej jednostce badawczej.
Mogła z nim zrobić co tylko chciała, nie powstrzymywała się więc, bo i po co? To, że postanowiła nie słuchać głosu rozsądku, było w jakimś sensie wyłącznie wymówką. Fakt, że usprawiedliwiała się okolicznościami, że zwyczajnie nie czuła się gotowa, niczego nie zmieniał.
Odnajdywała ekstatyczną ulgę w zadręczaniu się złudzeniami, że z tego snu jej martwy kochanek jednak się obudzi. Kiedyś. A ona, ona jak zawsze, będzie obok. Może zaledwie o krok, góra dwa, od niego. Z ramionami już wyciągniętymi do przytulenia, z ustami rozchylonymi do pocałunku. Gotowa, oddana, lojalna, choć nieposłuszna.
By nie zapomnieć, aby nie wyjść z wprawy, wtulała się w to, co z niego zostało. Muskała ustami gładkie, lodowate czoło. Odsuwała z zastygniętej w nieodgadnionym grymasie twarzy matowe, szorstkie kosmyki włosów. Chwytała palce.
Bo póki pamiętała, istniał. 

1 komentarz:

  1. Nowa wersja cudownego opowiadania sprzed kilku lat? Dla mnie wciąż cudowne i bardzo aktualne :*

    OdpowiedzUsuń

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.