Kiedy usiadła, starannie
wygładziła spódnicę, po czym – ze skwaszoną miną – spojrzała na adwokata.
– Czego pan jeszcze ode mnie
chce? – spytała.
Dłonie trzymała płasko na
udach, jakby powstrzymując się od zrobienia głupstwa.
– Pani musi w końcu zrozumieć,
że to nie są wymysły moje ani mojego klienta. – Mężczyzna wyraźnie stracił
cierpliwość i irytacja pobrzmiewała w każdym jego słowie.
Kobieta skwitowała to wymownym
prychnięciem. Za nic miała reguły, literę prawa czy zakazy.
Gdy delikatnie przechyliła
złączone nogi bardziej na bok, zaszeleścił materiał czarnej, obszernej halki.
– Pan mnie ma za idiotkę –
wysyczała. – A ja to naprawdę zrozumiałam już na samym początku – przyznała. –
Zwyczajnie się na to nie zgadzam i mam zamiar utrudniać sprawę tak długo jak
zdołam – oznajmiła lekko.
Adwokat jedynie westchnął
ciężko, na moment chowając zmęczoną twarz w dłoniach.
– Dla wszystkich byłoby lepiej,
gdyby pani jednak ustąpiła – wyszeptał.
– Dla mnie by nie było, więc
nie zamierzam – odpowiedziała cichym, jadowitym tonem.
– To śmieszne! – wykrzyknął,
zanim pomyślał, że w ten sposób tylko pozwolił wygrać tej upartej,
zdeterminowanej istocie.
Jej jedyną reakcją na
niewłaściwe zachowanie prawnika było lekkie uniesienie brwi i grymas,
który można było pomylić z szyderczym uśmiechem połową ust.
– Śmieszny jest pana bezcelowy
upór, panie Jaworski. Ja mogę być co najwyżej zabawna albo urocza, ale to
raczej nie w tych okolicznościach – dodała po chwili.
– To pani próbuje podważyć
zasadność realizacji postanowień i wytycznych, zawartych w dokumencie
poświadczonym notarialnie – stwierdził.
– Robię to tylko dlatego, że
zostałam w tym dokumencie wymieniona jako odbiorca o nadrzędnych prawach –
przypomniała.
Następnie przechyliła głowę,
naprężając ramiona. Spięta, gotowa do bitwy, niezachwiana w tej upartej
pewności, że wygra i postawi na swoim. Jaworski jeszcze raz przyjrzał się
dłoniom kobiety, jej odsłoniętej szyi, spiętym wysoko włosom. Odważył się też
spojrzeć w te przenikliwe, ciemnoszare oczy. Tak jak się spodziewał, nie
odwróciła wzroku, odpowiedziała świdrująco i wyzywająco.
– Więc na dziś to raczej tyle,
prawda? – spytał słabo, bez przekonania.
Skinęła tylko głową, wstała z
gracją i wyszła, nie odezwawszy się ani słowem. Stąpała lekko, niemal
bezgłośnie. A jednak, kiedy zamknęła za sobą drzwi, słyszał jej miarowe kroki
na korytarzu. Jakby z nim igrała, co zapewne istotnie robiła.
Ubrana cała na czarno, z woalką
niewielkiego fascynatora opadającą bokiem na oko, ściśnięta w talii przez
fiszbiny mocno zasznurowanego gorsetu, w uniesionej halką spódnicy za kolano,
cała przypominała mroczną, smutną lalkę.
Prawda była taka, że przepełniał
ją nieukojony smutek straty. Żal i gniew buzowały pod bladą skórą, napędzały
codzienną egzystencję kobiety. Sprawiały, że wciąż miała siłę walczyć, choć
jednocześnie nie miała siły, by jeść, spać lub myśleć o czymkolwiek innym
niż kolejne wyznaczone spotkanie w budynku sądu, następne mediacje czy
rozprawy. Pragnęła czuć.
Mijając obcych ludzi, marzyła
już tylko o powrocie do domu, gdzie mogłaby pozwolić sobie na chwilę słabości.
Ze zrzuconą z twarzy maską, śladami łez na policzkach, zbiegałaby do piwnicy.
Tam, za trzema parami solidnych drzwi, w objęciach zimna i wiecznego snu,
spoczywało ciało jej ukochanego.
Przecież w swej ostatniej woli napisał
wyraźnie, że nie życzy sobie pogrzebu. Że ma z jego zwłokami zrobić to, co
uzna za stosowne. Wykorzystać je do woli, a później – w rozsądnym odstępie
czasu – przekazać najbliższej jednostce badawczej.
Mogła z nim zrobić co tylko
chciała, nie powstrzymywała się więc, bo i po co? To, że postanowiła nie
słuchać głosu rozsądku, było w jakimś sensie wyłącznie wymówką. Fakt, że
usprawiedliwiała się okolicznościami, że zwyczajnie nie czuła się gotowa,
niczego nie zmieniał.
Odnajdywała ekstatyczną ulgę w
zadręczaniu się złudzeniami, że z tego snu jej martwy kochanek jednak się
obudzi. Kiedyś. A ona, ona jak zawsze, będzie obok. Może zaledwie o krok, góra
dwa, od niego. Z ramionami już wyciągniętymi do przytulenia, z ustami
rozchylonymi do pocałunku. Gotowa, oddana, lojalna, choć nieposłuszna.
By nie zapomnieć, aby nie wyjść
z wprawy, wtulała się w to, co z niego zostało. Muskała ustami gładkie, lodowate
czoło. Odsuwała z zastygniętej w nieodgadnionym grymasie twarzy matowe,
szorstkie kosmyki włosów. Chwytała palce.
Bo póki pamiętała, istniał.
Nowa wersja cudownego opowiadania sprzed kilku lat? Dla mnie wciąż cudowne i bardzo aktualne :*
OdpowiedzUsuń