Castiel, przechylając
głowę, skupił wzrok na zdegustowanej twarzy Deana. Ostrożnie cofnął dłoń od
czoła łowcy. Opuścił ręce wzdłuż boków, rozluźniając palce, które wcześniej
niemal musnęły usianą piegami skórę.
– Nie znoszę tej całej
anielskiej teleportacji – sarknął
Winchester. – Wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić te palce? – dodał hardo na
wyrost. Kogoś, kto w ogóle rozumie, czym jest wstyd, takie pytanie z pewnością
wyprowadziłoby z równowagi.
Cas tylko nieznacznie
zmrużył oczy w reakcji na jawną prowokację. Nie skrzywił się, nie okrył
szczelniej połami płaszcza. Jakby dwuznaczna sugestia zupełnie po nim spłynęła.
Nie byłby to zresztą pierwszy raz. Niespodziewanie jednak kącik jego dotąd
zaciśniętych ust drgnął do góry w czymś na kształt psotnego uśmiechu.
– Skoro proponujesz –
wymruczał niskim, sugestywnym tonem.
Taksujące, intensywne
spojrzenie omiotło całe ciało Deana, gdy ten zbyt zaskoczony i zarumieniony po
czubek głowy, zwyczajnie milczał.
– Sukinsyn – wysyczał
mężczyzna, kiedy charakterystyczny szelest piór uświadomił mu, że znów został w
motelowym pokoju sam.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.