Krople
śliny spadły młodemu aniołowi na twarz. Starł je, krzywiąc się z wyraźnym
obrzydzeniem.
–
Jesteś jak trucizna – jęknął, szarpiąc się w uścisku silniejszego, o wiele
starszego skrzydlatego.
–
Jestem trucizną – szepnął tamten w odpowiedzi. – Jestem śmiercią – wyznał, po
czym roześmiał się szaleńczo, odepchnąwszy żałosne pisklę Pana od siebie. Jael
ugiął się pod siłą rozpędu. Boleśnie przeszorował po ziemi dłońmi, chroniąc
kolana. Jego, wciąż słabe skrzydła nowicjusza pokryły się brudem z parkowej
ścieżki.
– Nie
masz prawa jej zabrać – warknął, ale bez przekonania. Samael nie był kimś,
z kim można było dyskutować. Kto dałby się przekonać do czegokolwiek czy
tym bardziej zastraszyć. Cała ta sytuacja była śmiesznie oczywista. Od samego
początku. Jednak stróż – zwyczajny, szeregowy pierzasty młokos – nie potrafił
odpuścić. Najwyraźniej musiał się nauczyć.
– A kim
ty jesteś, żeby mi dyktować prawo, ptaszynko? – Samael od niechcenia przeczesał
palcami swoje długie, rude włosy. Wymownie oparł dłoń na rękojeści krótkiego
miecza wiszącego przy skórzanym pasie. – Chcesz się ze mną pojedynkować o tę
duszę, może, co? – prowokował, kpiąc bezlitośnie.
Jael
był tylko opiekunem. Nie miał daru do walki, nie został do niej przeszkolony
i nie znał jej. Wiele rzeczy tylko sobie wyobrażał. Zbuntował się teraz,
bo… Sam nie wiedział czemu. Światłość pod jego żebrami pulsowała szaleńczo. Strach
zostawiał w ustach gorzki smak porażki.
Opiekował
się młodą, uroczą dziewczyną, która miała przed sobą mnóstwo życia, aż okazało
się, że plan uległ zmianie. Ktoś przeredagował zdania Księgi, korekta miała od
razu zostać przekuta w czyn. Ale Jael przywiązał się do swojej podopiecznej. Może
odrobinę za bardzo, skoro właśnie klęczał w piachu przed Aniołem Śmierci
uśmiechającym się w paskudny sposób.
– Tak
sądziłem – sarknął nie bez rozczarowania rudowłosy anioł. Odwrócił się na
pięcie. Sztywno, po żołniersku.
Jael
obserwował, jak przechodzi między ludźmi, niemogącymi go dostrzec,
nieświadomymi, aż nagle trąca skrzydłem tę jedną, najważniejszą dla stróża. Ciemne
pióra Samaela nasiąkały krwią. Młodszemu skrzydlatemu dzwoniło w uszach, ale dopiero
po chwili zrozumiał, że krzyczy. Krzyknął też jakiś przechodzień, gdy
nastolatka upadła nagle, a z jej nosa pociekła niewielka strużka krwi. Wszystko
na moment zastygło w bezruchu i przerażającej ciszy.
Przynajmniej
tyle, Samael nie bawił się tą śmiercią, nie przedłużał nieuchronnego. Zabrał
tylko to, po co przyszedł. Jael znał zasady, mimo to, coś w nim pękło.
Nie
krzyczał ani za drugim razem, ani za dziesiątym. Obiecał sobie, że już nigdy nie krzyknie.
Właściwie
odchodził od nich, od swoich ludzi, zanim następował zgon. Nikogo nie prowadził
do światła, nikomu nie podawał dłoni, nie zadawał pytań o życie na ziemi.
Wykonywał swoje obowiązki sumiennie, ale bez przekonania. Wypalał się, coraz
częściej przepełniony wątpliwościami. Nie mógł ich zrozumieć, ale czuł je, jak
wżerają się w jasność. Zwątpienie, jak czarne, kosmate plamy pleśni, pożerało
sens istnienia Jaela.
Przy
trzynastej śmierci, gdy tylko wyczuł energię Anioła Śmierci, odwrócił się i
chciał odejść. Nie zdołał, potężna, zgrubiała od rękojeści miecza dłoń chwyciła
go za kark i mocno szarpnęła do tyłu. Samael przez zaciśnięte zęby wysyczał
pytanie:
– A ty
dokąd, dwulicowa ćmo? – Potrząsnął Jaelem, po czym rzucił go na ziemię jak
szmacianą lalkę. – Takie ścierwa powinny się czołgać – dodał.
W głowie stróża kłębiły
się różne myśli, nie potrafił ich jednak ubrać w słowa. W końcu, wwiercając
spojrzenie w przybysza, postanowił wstać. Powoli, na wypadek gdyby jego
pobratymcowi niekoniecznie się to spodobało. Samael tę ostrożność w ruchach po
prostu wyśmiał. Zanim młodszy skrzydlaty zdążył choćby mrugnąć, potężnym ciosem
wierzchem otwartej dłoni z powrotem powalił go na trawnik.
Rudowłosy
anioł kucnął obok Jaela, a następnie cichym, niemal łagodnym głosem zaczął
tłumaczyć:
– Widywałem takich jak ty. Patrzyłem, jak miękną po
dwudziestym czy trzydziestym człowieku. Kończyli w Pustce, bo nawet Piekło ich
nie potrzebowało. A ty, młody, masz iskrę w oczach. Miałeś ją wtedy w
parku, przy tej twojej pierwszej… – urwał, marszcząc czoło.
– Joanna – wychrypiał stróż. – Miała na imię Joanna –
powtórzył słabo.
Samael mruknął coś
niezrozumiałego, podniósł się bez wysiłku i wyciągnął rękę w kierunku wciąż
oszołomionego anioła. Ten wpatrywał się w niedawnego napastnika z uzasadnionym
wahaniem.
– Udzielam ci tylko
lekcji, pisklaku – wyjaśnił. – Teraz leżysz, ale zaraz wstaniesz i nie powinno
ci przeszkadzać, że ktoś jeszcze nieraz cię pokona. – Uśmiechnął się półgębkiem
bez śladu złośliwości.
–
Prawdziwi skrzydlaci zawsze wstają, nie da się ich przygnieść na zawsze –
doprecyzował.
Jael uścisnął oferowaną dłoń. Kiedy już stał o własnych siłach, popatrzył Samaelowi prosto w oczy.
– Idź po niego – szepnął stróż. – Ja poczekam tu –
dodał, a światłość zadrżała pod jego żebrami.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.