Gdzieś między dobrem a złem leży linia, której jedni się boją, a inni wiecznie do niej dążą. Zapraszam na spacer po granicy.
Z niedowierzaniem patrzył na krew,
której krople rozmazał między kciukiem a palcem wskazującym.
– Przepraszam – wyszeptał odruchowo
do dziewczyny, której skroń wciąż krwawiła.
– Potrzebuję… lekarza – odparła
słabo.
Uśmiechnął się do niej, a coś w
jego ciemnych oczach zamigotało niebezpiecznie. Kucał tak blisko tej ślicznej,
teraz naznaczonej bólem, twarzyczki. Mógł zrobić o wiele więcej, ale jedynie
oblizał umazane palce, po czym stwierdził:
– To wypadek, moja droga. –
Wyprostował się gwałtownie. – Ale ktoś na pewno wezwie karetkę – dodał, po czym
znów zaczął biec przed siebie. Każdy metr, każda sekunda była cenniejsza od
zdrowia czy życia przypadkowej kobiety, która nie zdążyła usunąć się
z drogi.
Na
podłogę spadły odłamki szkła. Kiedy wychodził z pomieszczenia – jej świętej,
nienaruszalnej pracowni, w której była niepodzielną władczynią – drobinki
chrzęściły pod grubymi podeszwami butów mężczyzny. Na pożegnanie nie omieszkał
trzasnąć drzwiami. Huk, jaki wywołało ich zderzenie z futryną, zlał się w jeden
dźwięk z przeraźliwym wrzaskiem.
–
Nie wypuszczę cię, SŁYSZYSZ?! – zdzierała sobie gardło na darmo.
Adam
jedynie uśmiechnął się półgębkiem, po czym powoli zaczął schodzić po schodach.
Słyszał jej wrzaski, ciężki krok, gdy dogoniła go na wysokości spocznika.
Poczuł ostre paznokcie wbijające się w kark, ale nie próbował walczyć. Jedynie
przyspieszył kroku. Zacisnęła więc palce na długich pasmach ciemnych włosów i
wysyczała:
–
Nie wypuszczę cię, już powiedziałam.
Może
kiedyś faktycznie zatrzymałby się, przepraszał i błagał, sparaliżowany strachem
przed konsekwencjami swojej decyzji – pustką samotności oraz bólem. Tym razem
tylko zacisnął zęby – poczuł na języku smak kwaśnej śliny – następnie szarpnął
się gwałtownie do przodu.
–
Na pamiątkę, suko – wyszeptał.
Zanim
otrząsnęła się z szoku, taka pewna swego, przekonana o jego poddaństwie, zbiegł
do przedpokoju i chwytając z wieszaka skórzaną kurtkę, wyszedł na zewnątrz.
Skrzywił się, gdy w twarz uderzył go ostry, marznący deszcz. Ale w końcu
był wolny. Znów. Pierwszy raz od niemal dwóch lat. Pobiegł, nim gorycz zdrady
wypełniła jego myśli.
Zaintrygowała
go już przy pierwszym spotkaniu. To ciekawość, przed którą przestrzegali go
starsi, uśpiła czujność Adama. Pozwolił się podejść i omotać. Głupiutki, naiwny
chłopczyk zwabionymi pustymi obietnicami wprost do pułapki. Niejednokrotnie
prychał swojemu lustrzanemu odbiciu prosto w twarz. Dał się oswoić – wciąż
przekonany o prostocie motywacji Anny. Gdy poskromienie bruneta okazało
się dla niej niewystarczające, dał się złamać. Potem już tylko kiwał głową.
Posłuszna tresowana małpka. Salonowy piesek nauczony zabawnych sztuczek.
Ania
wygięła wargi w pogardliwym uśmiechu.
–
Chyba raczysz sobie ze mnie kpić – oznajmiła z wyraźną pretensją.
–
Nie nadaję się do tego – próbował się bronić. – Musisz zrozumieć… – zająknął
się, chowając twarz w dłoniach. – Przecież to nie takie trudne – wykrztusił
cicho.
Usłyszała
jednak każde słowo. Wciągnęła powietrze do płuc przez nos. Zwęziła powieki,
marszcząc blade, gładkie dotąd czoło.
–
Adasiu, kotku, to chyba ty nie rozumiesz istoty problemu – stwierdziła na pozór
spokojnie. – Mam swoje zlecenia, terminy, badania. Te twoje banialuki oznaczają
dla mnie opóźnienia, na które nie mogę sobie pozwolić.
–
Ale… – urwał, wzruszywszy ramionami.
Przełknął
formującą się w gardle gorzką gulę poniżenia. Widział wyraźnie blask triumfu
w brązowych oczach świdrujących go teraz na wylot. Wyobrażał sobie, jak z
radości ta wredna, zimna suka niemal się ślini, jak dusi w sobie chęć
podskakiwania na fotelu, a robi to tylko z powodu tego, że nie przystoi to
komuś na jej stanowisku.
–
Możesz się na mnie boczyć, myszko. Możesz się nawet obrazić, ale znasz zasady,
prawda? – spytała, choć nie oczekiwała odpowiedzi. – Musisz być grzecznym, potulnym
stworzonkiem.
Tylko
Anna umiała uśmiechać się w sposób, który potrafił sprawić, że rozmówca czuł
się obrzygany i brudny. Choć Adam miał ochotę udusić kobietę, skinął głową. Nie
znalazł w sobie siły na kolejną, bezcelową walkę.
Biegł
najszybciej jak potrafił. Gdy poczuł szarpnięcie w okolicy brzucha, zaklął, by
chwilę później opaść na kolana targany kolejnymi falami bólu. Czarne auto Anny
wyjechało z bocznej uliczki – zatrzymała samochód, po czym powoli
otworzyła drzwi od strony pasażera.
–
Wsiadaj – warknęła.
Ból
osłabł odrobinę, umożliwiając mu niezdarne poruszanie się w kierunku pojazdu
kobiety. Nie chciał wracać do jej domu, jednak nie miał wyboru. Wczołgał się na
miękką tapicerkę. Słaby, blady i zrezygnowany. Żaden z przechodniów nie
zdecydował się zareagować. W zasadzie rozumiał ich obojętność. Zatrzasnął
za sobą drzwi, Anna łagodnie ruszyła do przodu. Milczała. Tym razem.
Adam
niechętnie rozchylił ciężkie od zmęczenia powieki. Znów leżał na łóżku
ustawionym w bocznym pomieszczeniu laboratorium. Jak przez mgłę przypominał
sobie, że został przyciągnięty z garażu za włosy – śliska posadzka i jego
szczupła, wręcz rachityczna budowa ułatwiły sprawę. Bezmyślnie gapił się w
sufit, udając, że jest gdziekolwiek indziej. W półmroku zamajaczył lekki,
irytujący blask.
–
Ewo? – szepnął.
–
Bracie – odpowiedział cichy, łagodny głos.
–
Ukarała cię? – zapytał.
–
Tym razem nie – odpowiedź zabrzmiała zbyt szybko, ale Adam nie chciał prawdy.
–
To dobrze – mruknął od niechcenia. Nie obejrzał się w stronę, skąd dochodziło
teraz dziwne szuranie.
–
Chciałabym cię przytulić. – Wychyliła się z cienia. Jasnowłosa, drobna i blada.
Była wszystkim tym, czym on zapomniał być.
–
I skończyć ze sobą? – prychnął pogardliwie. – Nie poznaję cię, Ewo – dodał po
chwili.
Zwabiony zapachem duszy oferowanej
piekłu na srebrnej tacy, zjawił się w domu młodej pani doktor nauk magicznych.
Zanim się spostrzegł, spętała go wewnątrz rytuału, który odebrał mu prawdziwe
imię. A potem, gdy nie zostało mu już nic, ośmieliła się wezwać jego siostrę ze
Światła. Wykorzystując ich szczególną więź, Anna zaczęła swój taniec na granicy
dobra i zła. Nie mogli się dotykać, nie byli w stanie sobie pomóc. Magia
zanieczyszczona nauką pozbawiła ich większości mocy. Ewa przyjmowała to z pełną
akceptacji pokorą, Adam nie umiał się poddać.
Ewa
popatrzyła na swojego brata z Mroku, który, leżąc na łóżku, udawał, że śpi.
Wyglądał spokojnie, choć wyczuwała, że znów wypełnia go złość. Gdyby tylko
mogła coś zrobić, coś, co naprawdę mogłoby pomóc im obojgu...
Anna
weszła do laboratorium, po czym zapaliła światło, którego brzydki, sztuczny
blask kłuł w oczy.
–
Do roboty, myszki – zawołała kobieta. Otworzyła drzwi szklanych klatek
podwieszonych pod sufitem.
Blondynka
nie znosiła siedzieć w zimnym, ciasnym pudełku. Mimo to, skuliła się wewnątrz
szklanej kostki. Nie czekając na polecenia, oparła dłonie na jednej ścianie
swojego więzienia.
–
Adasiu, słoneczko, podejdziesz tu sam czy wolisz, żebym ci pomogła? – spytała
rozbawionym tonem Anna.
Mężczyzna
nie odpowiedział, powoli wstał z posłania, po czym podszedł do drugiej,
bliźniaczo podobnej kostki. Skulił się w jej wnętrzu, tylko nieznacznie
wykrzywiając usta, gdy kobieta zamknęła drzwi obu klatek.
–
Rączki – upomniała go szeptem.
Westchnąwszy,
wyciągnął ręce przed siebie. Na tafli, która dzieliła go od Ewy, zaczęła się
zbierać energia. Wszystkie czujniki w laboratorium zawyły nagle, Anna
wybuchnęła śmiechem.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.