19.09.2013

Granica

Gdzieś między dobrem a złem leży linia, której jedni się boją, a inni wiecznie do niej dążą. Zapraszam na spacer po granicy. 


Z niedowierzaniem patrzył na krew, której krople rozmazał między kciukiem a palcem wskazującym.
– Przepraszam – wyszeptał odruchowo do dziewczyny, której skroń wciąż krwawiła.
– Potrzebuję… lekarza – odparła słabo.
Uśmiechnął się do niej, a coś w jego ciemnych oczach zamigotało niebezpiecznie. Kucał tak blisko tej ślicznej, teraz naznaczonej bólem, twarzyczki. Mógł zrobić o wiele więcej, ale jedynie oblizał umazane palce, po czym stwierdził:
– To wypadek, moja droga. – Wyprostował się gwałtownie. – Ale ktoś na pewno wezwie karetkę – dodał, po czym znów zaczął biec przed siebie. Każdy metr, każda sekunda była cenniejsza od zdrowia czy życia przypadkowej kobiety, która nie zdążyła usunąć się z drogi.

Na podłogę spadły odłamki szkła. Kiedy wychodził z pomieszczenia – jej świętej, nienaruszalnej pracowni, w której była niepodzielną władczynią – drobinki chrzęściły pod grubymi podeszwami butów mężczyzny. Na pożegnanie nie omieszkał trzasnąć drzwiami. Huk, jaki wywołało ich zderzenie z futryną, zlał się w jeden dźwięk z przeraźliwym wrzaskiem.
– Nie wypuszczę cię, SŁYSZYSZ?! – zdzierała sobie gardło na darmo.
Adam jedynie uśmiechnął się półgębkiem, po czym powoli zaczął schodzić po schodach. Słyszał jej wrzaski, ciężki krok, gdy dogoniła go na wysokości spocznika. Poczuł ostre paznokcie wbijające się w kark, ale nie próbował walczyć. Jedynie przyspieszył kroku. Zacisnęła więc palce na długich pasmach ciemnych włosów i wysyczała:
– Nie wypuszczę cię, już powiedziałam.
Może kiedyś faktycznie zatrzymałby się, przepraszał i błagał, sparaliżowany strachem przed konsekwencjami swojej decyzji – pustką samotności oraz bólem. Tym razem tylko zacisnął zęby – poczuł na języku smak kwaśnej śliny – następnie szarpnął się gwałtownie do przodu.
– Na pamiątkę, suko – wyszeptał.
Zanim otrząsnęła się z szoku, taka pewna swego, przekonana o jego poddaństwie, zbiegł do przedpokoju i chwytając z wieszaka skórzaną kurtkę, wyszedł na zewnątrz. Skrzywił się, gdy w twarz uderzył go ostry, marznący deszcz. Ale w końcu był wolny. Znów. Pierwszy raz od niemal dwóch lat. Pobiegł, nim gorycz zdrady wypełniła jego myśli.
Zaintrygowała go już przy pierwszym spotkaniu. To ciekawość, przed którą przestrzegali go starsi, uśpiła czujność Adama. Pozwolił się podejść i omotać. Głupiutki, naiwny chłopczyk zwabionymi pustymi obietnicami wprost do pułapki. Niejednokrotnie prychał swojemu lustrzanemu odbiciu prosto w twarz. Dał się oswoić – wciąż przekonany o prostocie motywacji Anny. Gdy poskromienie bruneta okazało się dla niej niewystarczające, dał się złamać. Potem już tylko kiwał głową. Posłuszna tresowana małpka. Salonowy piesek nauczony zabawnych sztuczek.
Ania wygięła wargi w pogardliwym uśmiechu.
– Chyba raczysz sobie ze mnie kpić – oznajmiła z wyraźną pretensją.
– Nie nadaję się do tego – próbował się bronić. – Musisz zrozumieć… – zająknął się, chowając twarz w dłoniach. – Przecież to nie takie trudne – wykrztusił cicho.
Usłyszała jednak każde słowo. Wciągnęła powietrze do płuc przez nos. Zwęziła powieki, marszcząc blade, gładkie dotąd czoło.
– Adasiu, kotku, to chyba ty nie rozumiesz istoty problemu – stwierdziła na pozór spokojnie. – Mam swoje zlecenia, terminy, badania. Te twoje banialuki oznaczają dla mnie opóźnienia, na które nie mogę sobie pozwolić.
– Ale… – urwał, wzruszywszy ramionami.
Przełknął formującą się w gardle gorzką gulę poniżenia. Widział wyraźnie blask triumfu w brązowych oczach świdrujących go teraz na wylot. Wyobrażał sobie, jak z radości ta wredna, zimna suka niemal się ślini, jak dusi w sobie chęć podskakiwania na fotelu, a robi to tylko z powodu tego, że nie przystoi to komuś na jej stanowisku.
– Możesz się na mnie boczyć, myszko. Możesz się nawet obrazić, ale znasz zasady, prawda? – spytała, choć nie oczekiwała odpowiedzi. – Musisz być grzecznym, potulnym stworzonkiem.
Tylko Anna umiała uśmiechać się w sposób, który potrafił sprawić, że rozmówca czuł się obrzygany i brudny. Choć Adam miał ochotę udusić kobietę, skinął głową. Nie znalazł w sobie siły na kolejną, bezcelową walkę.
Biegł najszybciej jak potrafił. Gdy poczuł szarpnięcie w okolicy brzucha, zaklął, by chwilę później opaść na kolana targany kolejnymi falami bólu. Czarne auto Anny wyjechało z bocznej uliczki – zatrzymała samochód, po czym powoli otworzyła drzwi od strony pasażera.
– Wsiadaj – warknęła.
Ból osłabł odrobinę, umożliwiając mu niezdarne poruszanie się w kierunku pojazdu kobiety. Nie chciał wracać do jej domu, jednak nie miał wyboru. Wczołgał się na miękką tapicerkę. Słaby, blady i zrezygnowany. Żaden z przechodniów nie zdecydował się zareagować. W zasadzie rozumiał ich obojętność. Zatrzasnął za sobą drzwi, Anna łagodnie ruszyła do przodu. Milczała. Tym razem.
Adam niechętnie rozchylił ciężkie od zmęczenia powieki. Znów leżał na łóżku ustawionym w bocznym pomieszczeniu laboratorium. Jak przez mgłę przypominał sobie, że został przyciągnięty z garażu za włosy – śliska posadzka i jego szczupła, wręcz rachityczna budowa ułatwiły sprawę. Bezmyślnie gapił się w sufit, udając, że jest gdziekolwiek indziej. W półmroku zamajaczył lekki, irytujący blask.
– Ewo? – szepnął.
– Bracie – odpowiedział cichy, łagodny głos.
– Ukarała cię? – zapytał.
– Tym razem nie – odpowiedź zabrzmiała zbyt szybko, ale Adam nie chciał prawdy.
– To dobrze – mruknął od niechcenia. Nie obejrzał się w stronę, skąd dochodziło teraz dziwne szuranie.
– Chciałabym cię przytulić. – Wychyliła się z cienia. Jasnowłosa, drobna i blada. Była wszystkim tym, czym on zapomniał być.
– I skończyć ze sobą? – prychnął pogardliwie. – Nie poznaję cię, Ewo – dodał po chwili.

Zwabiony zapachem duszy oferowanej piekłu na srebrnej tacy, zjawił się w domu młodej pani doktor nauk magicznych. Zanim się spostrzegł, spętała go wewnątrz rytuału, który odebrał mu prawdziwe imię. A potem, gdy nie zostało mu już nic, ośmieliła się wezwać jego siostrę ze Światła. Wykorzystując ich szczególną więź, Anna zaczęła swój taniec na granicy dobra i zła. Nie mogli się dotykać, nie byli w stanie sobie pomóc. Magia zanieczyszczona nauką pozbawiła ich większości mocy. Ewa przyjmowała to z pełną akceptacji pokorą, Adam nie umiał się poddać.

Ewa popatrzyła na swojego brata z Mroku, który, leżąc na łóżku, udawał, że śpi. Wyglądał spokojnie, choć wyczuwała, że znów wypełnia go złość. Gdyby tylko mogła coś zrobić, coś, co naprawdę mogłoby pomóc im obojgu...
Anna weszła do laboratorium, po czym zapaliła światło, którego brzydki, sztuczny blask kłuł w oczy.
– Do roboty, myszki – zawołała kobieta. Otworzyła drzwi szklanych klatek podwieszonych pod sufitem.
Blondynka nie znosiła siedzieć w zimnym, ciasnym pudełku. Mimo to, skuliła się wewnątrz szklanej kostki. Nie czekając na polecenia, oparła dłonie na jednej ścianie swojego więzienia.
– Adasiu, słoneczko, podejdziesz tu sam czy wolisz, żebym ci pomogła? – spytała rozbawionym tonem Anna.
Mężczyzna nie odpowiedział, powoli wstał z posłania, po czym podszedł do drugiej, bliźniaczo podobnej kostki. Skulił się w jej wnętrzu, tylko nieznacznie wykrzywiając usta, gdy kobieta zamknęła drzwi obu klatek.
– Rączki – upomniała go szeptem.
Westchnąwszy, wyciągnął ręce przed siebie. Na tafli, która dzieliła go od Ewy, zaczęła się zbierać energia. Wszystkie czujniki w laboratorium zawyły nagle, Anna wybuchnęła śmiechem. 



0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.