Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proza. Pokaż wszystkie posty

8.05.2015

Najlepszy


Panu C. Bo jest.

Iskra świadomości obudziła się w nim, kiedy jeszcze na wpół bezkształtny, powoli wypełzał z magmy. Nie wiedział zbyt wiele, bo też nie do tego został stworzony. Instynktownie chciał być posłuszny, czuł także trudny do opisania głód. Na razie to go określało. Niewidzialna siła pchała go do przodu, więc czołgał się, a potem stawiał jeszcze niepewne kroki, starając się nie potykać o własne cztery kończyny.
Splątany z wyjątkowo mrocznej magii, ze smoczej krwi, z kipiącej lawy, która stygnąc, oblepiała uproszczony szkielet z norytu, zaskamlał, gdy niepewne łapki ugięły się pod jego własnym ciężarem. Zarył nosem w rdzawy piach tuż obok potęgi, która wezwała go z krańców niebytu.
– Wyjątkowo udany – mruknął pod nosem Raum, zwany także Księciem Piekieł. – Obiecujący diabelski pomiot – dodał z uśmiechem, patrząc w kierunku stworzenia.
Czarne szczenię, z wirującymi wokół łap liźnięciami ognia, obdarzyło swojego stwórcę spojrzeniem pełnym lojalności. W złotych oczach zwierzęcia zamigotała chęć wiecznej gonitwy.
Demon kiwnął dłonią zachęcająco.
– Na imię sam sobie zapracujesz – powiedział. – Gdy zdobędziesz dość dusz, o ile oczywiście nie zdechniesz w trakcie – dodał obojętnie. – Nie będę życzyć ci powodzenia, twój miot jest bardzo rokujący, może więc wrócisz… albo i nie – mówił niby do szczenięcia.
Bezimienny spostrzegł siebie jako narzędzie. Gdzieś wewnątrz niego pękła pustka.
***
Jeszcze tej samej nocy płomienne łapy bestii po raz pierwszy nacisnęły na klatkę piersiową człowieka. Brudne myśli, fantazje i decyzje ofiary z daleka przyciągały zło jak magnes.
Ogień, intensywny zwłaszcza wokół szponów stwora i poduszek zapewniających upiornie cichy chód, wypalał oddech istoty ludzkiej. Ciężar szczenięcia, zwielokrotniony przez pradawną magię, uniemożliwiał wdech.
Tak było najłatwiej: zwęszyć trop, zakraść się pod osłoną nocy, poczekać na odpowiedni moment. Potem tylko przycupnąć na szyi lub piersi człowieka pogrążonego w głębokim śnie i wyrywać duszę strzępami, zdobywać na chwałę najważniejszego. Ochłap za ochłapem, smakować gorycz wspomnień, zmarnowanych okazji i nieodpuszczonych grzechów.
Każda śmierć, przerażenie czy przebudzenie w poczuciu ohydnej niemocy, niemożności choćby kiwnięcia palcem, były w istocie diabelskim psim przedszkolem. Treningiem dla ogarów, które – gdy dojrzały – mogły zabijać, ścigać dusze, odszukiwać artefakty albo nawet walczyć z Jasnością.
Dlatego Anioły nie znały litości dla piekielnych szczeniąt. Skowyt unicestwianych potworów niósł się przez warstwy rzeczywistości, sięgał do samego dna Piekła, jednak nie wzbudzał ani litości, ani żalu, co najwyżej znużenie, czasem złość. Z każdego lęgu i tak mógł przeżyć tylko jeden, góra dwa szczeniaki – najlepsze i żadne inne.
***
Wciąż bezimienny i nienasycony, stąpał po miękkim dywanie wewnątrz pogrążonego we śnie domu. Właśnie rozszarpał kolejną duszę, nie umiał policzyć, czy było ich wszystkich kilkadziesiąt, a może już kilkaset?
Nim jednak wydostał się z ziemskiej warstwy postrzegania, skusił go zapach dotąd nieznany, a jednocześnie nieobcy. Dochodził, tak jak dźwięk rytmicznego oddechu, z pomieszczenia na parterze budynku.
Skoro ciekawość była pierwszym stopniem, szczeniak nie mógł się jej oprzeć. Zajrzał do pokoju, choć trop nie wskazywał niczego naprawdę obiecującego.
Na małym łóżku spał spokojnie mały człowiek. Tylko tyle. Żadnej nienawiści ani krzywd. Zamiast nich coś znajomego, ale nie z polowań, z wnętrza – z siebie.
Ogar przyjrzał się chłopcu z ukrycia. Rozbłysły złote oczy, rozjarzyły się płomienie, nie paląc jednak ani podłogi, ani niczego innego, z czym się zetknęły. Poza duszami oczywiście.
Instynkt podpowiadał, by zrobić to, co zawsze, najlepiej szybko, bez zawahania, choć nic nie pasowało do wyuczonego schematu. Mimo to, magia przycisnęła szczenię do działania. Z cichym szczeknięciem stwór wycelował, skoczył i wylądował na piersi dziecka.
Płomienie wybuchły jaśniej, kradnąc człowiekowi oddech. Serce dudniło zbyt prędko, dusza szarpała się w bezsensownej walce. Naraz, gdy miało się skończyć, chłopiec otworzył oczy. Nie zamigotał w nich strach, nie pojawiło się błagalne spojrzenie ciągnące za sobą smród tchórzliwej modlitwy. Nie, to było zrozumienie i… radość.
– Piesek – wykrztusiło dziecko. – Marzyłem o tobie właśnie – szepnęło słabo. – Będziesz moim przyjacielem? – pytało na granicy zgaśnięcia na zawsze.
Następnie, choć nie powinno móc tego zrobić, uniosło rączkę i pogłaskało czarną, smukłą szyję piekielnego psa. Tak po prostu.
Wypełniła się pustka. Zapełniła się po brzegi i rozlała, ponad rozkazem czy głodem. Czystość tej duszy, wzajemna tęsknota za akceptacją stały się sensem.
Szczenię powoli zeszło na pościel, ułożyło się obok dziecka. Nie zasnęło – zło nie zasypia. Warknęło cicho, obnażając długie, białe jak śnieg kły. Czekał, aż przyjdą jego bracia i siostry, by odebrać mu to, co odszukał przez przypadek.
Będę cię pilnować, przyjacielu, obiecywał. Jestem przyjacielem, zrozumiał. 

7.05.2015

Magiczne słowa


nieProszę, niePrzepraszam, (nie)Dziękuję

Gdyby nam jakiś anioł opowiedział coś ze swej filozofii, sądzę, że 
niektóre zdania brzmiałyby tak, jak 2 x 2 = 13.
— Georg Christoph Lichtenberg

Popatrzyła na niego kpiarsko, wyzywająco. Uniosła dumnie podbródek, zmrużyła oczy. Drobną dłoń oparła o rękojeść miecza. Przypominała bez słów, jak szybko potrafiła wyciągnąć go z pochwy, jak niewiele było trzeba, żeby ostrze cięło powietrze harmonijnie z ruchami jej ciała. Spływało krwią zgodnie z życzeniem właścicielki.
Oczywiście, że nie groziła, zaledwie ostrzegała. Jak zawsze.
– Nie rób takich niewinnych oczu, chłopcze, na mnie to nie zadziała – mruknęła.
– Nie rozumiem – szepnął niepewnie.
Nie odpowiedziała od razu. Poświęciła kilka sekund na doprowadzenie do porządku swoich skrzydeł, poprawiła rękawy wyciętej na plecach tuniki. Pozwoliła mu obserwować każdy swój ruch, może nawet igrała z nim, dlaczego miałaby tego nie robić? Niemal pieszczotliwie przesunęła palcem po skórzanym pancerzu okrywającym brzuch i część klatki piersiowej anielicy.
– Widzisz, kruszynko, w moim świecie rycerskość się wspiera, a nie próbuje ją zniszczyć – stwierdziła. – Problem polega na tym, że ty będziesz chciał przestrzegać zasad, świat niekoniecznie, w takich przypadkach przyda ci się ktoś, kto nie boi się ubrudzić, prawda? – zapytała tonem niewinnym i prawie słodkim, jakby rozmowa dotyczyła błahych rzeczy.
– Ale… – zająknął się – ja nie proszę…
– Nie prosisz i nie musisz – wtrąciła. – Niech każdy robi to, co umie najlepiej – skwitowała.
Następnie odbiła się delikatnie od ziemi, opłynęła w strugi światła, po czym rozproszyła się tak, że nie dało się jej dostrzec, choć wciąż pozostała obecna. Zawsze czujna i gotowa.

Gdy tylko zaczynamy widzieć wszystko we wszystkim, wyrażamy to zwykle w sposób niejasny.
Zaczynamy mówić językiem aniołów.
— Georg Christoph Lichtenberg

Skoro egzystencja anielicy opierała się na walce, na zasadach związanych z rozróżnianiem dobra od zła, była przygotowana, że jej podopieczny się pomyli. Inaczej nigdy sam nie nauczyłby się, co to znaczy „wiedzieć”. Błędy były wpisane w proces poznania.
Szedł trudną, wąską ścieżką, pnącą się pod górę. Nagle zawahał się, zwątpił i tyle wystarczyło, by powietrze wokół chłopaka zgęstniało od mocy. Jak wspomniała, nie musiał prosić. Nim potknięcie okazałoby się dla niego śmiertelne, wkroczyła. Zmaterializowana w ułamku oddechu, przepełniona bitewnym szałem, zacisnęła rękę na jego włosach. Szarpnęła za nie mocno, następnie odepchnęła człowieka za siebie.
– Z drogi – warknęła.
W drugiej dłoni już dzierżyła miecz, ustawiała się do ciosu, dzięki skrzydłom wciąż utrzymując równowagę. Światło, białe i okrutne, wypełniło jej oczy. Głos brzmiał potężnie, upleciony przecież do hymnów, do wielkich słów. Ustąp albo giń, nie przewidywała półśrodków.
A gdy było po wszystkim schyliła się ku chłopakowi. Z delikatnością, o jaką nikt by anielicy nie podejrzewał, dotknęła otarcia na jego policzku, potem kolejnego – na przedramieniu. Zrobiła mu krzywdę. Interweniując, sprawiła mu ból. Wcześniej ślepa, upojona jasnym, ostrym blaskiem nie spojrzała szerzej, skupiona tylko na własnej racji. Na skórze, ogorzałej od wiatru i słońca, pozostawiła brudny i krwawy odcisk palców.
– Zabolało – oznajmił, wzrok wbijał w ziemię.
– Nie chciałam, żeby bolało, ale… – urwała.
Jak miała mu to wytłumaczyć, że rozdzierana przez skrajności, wybrała to, co znała najlepiej, co chroniło ją samą, ale jego także. W końcu, zdecydowanym, ale nie brutalnym ruchem chwyciła chłopaka za podbródek, uniosła jego głowę w taki sposób, by musiał na nią spojrzeć.
– Nie mam zamiaru cię przepraszać, rozumiesz? – zapytała. – Nie przeproszę za to, nad czym nie zapanuję ani dziś, ani jutro, to byłoby wobec ciebie nieuczciwe – zauważyła.
Nim zdołał się odezwać, ukojona spokojną barwą jego oczu, zniknęła, żeby mógł odpocząć.

Anioły naprawdę istnieją.
 Jeśli pozwolisz im być i nie zabijesz ich.
— Jonathan Carroll

Po którejś z kolejnych walk, kiedy – z właściwym dla siebie – brawurowym poświęceniem dla sprawy zaryzykował zbyt wiele, tym samym odsłaniając się na cios przeciwnika, anielica przyłożyła mu sztylet do gardła.
– Rób tak dalej, a sama cię zabije – syczała przez zaciśnięte zęby.
Był blady, ranny i zdezorientowany.
– Nie widziałem innego wyjścia – szeptał.
– Jeśli nic nie zmienisz, żadne inne, poza tym ze światłem na końcu, nie będzie ci potrzebne, głupcze – sarknęła.
Bezwolnie opadł na kolana, wtulając twarz w jej uda. Ostrze, którym dotąd mu groziła, zadrżało w jej śliskiej od potu dłoni, nim wypuściła je i pozwoliła sztyletowi upaść. Co on z nią robił? Jak, dlaczego?
– Przykro mi – wyznał słabym, łamiącym się głosem.
Coś w uległości chłopaka, okazywanej przez niego lojalności oraz przywiązaniu, sprawiało, że anielica także stawała się łagodniejsza, bardziej miękka i czuła. Mimowolnie owinęła skrzydła wokół ich dwójki, pozwoliła swoim piórom musnąć jego fizyczność.
– Nie boję się śmierci – oznajmił. – Ani bólu, póki ty jesteś obok.
Słowami, pięknymi słowami przebijał się przez jej warstwy, trafiając w samo sedno, aż miała ochotę wymazać go z siebie. Bezczelny, pozbawiony instynktu gówniarz. Pyłek wobec jej potęgi, a jednak nie umiała go zignorować.
– Nienawidzę cię – skłamała.
Nie odpowiedział, zaprzeczył delikatnym ruchem głowy. W cieniu rzucanym przez jej skrzydła wydawał się nierzeczywisty. A może sama go stworzyła? Na własny obraz i podobieństwo znalazła odpowiedź w przekornym chłopcu o duszy rycerza.
– Będziesz pełzał u mych stóp, płakał i błagał, stanę się twoim koszmarem i najgorszą chwilą, jakiej nawet nie masz możliwości sobie wyobrazić – snuła słowa. – Pozwalam twojej ranie krwawić, a twojej krwi wsiąkać w piach – mówiła coraz głośniej, na granicy krzyku. – I teraz, właśnie w tym momencie, gdy jesteś słaby i bezwolny, ciekawi mnie tylko jedno, chłopcze. – Przymknęła oczy. – Mianowicie, co masz mi do powiedzenia?!
Nie zawahał się ani nie uciekł, odpowiedział od razu:
– Dziękuję.

30.04.2015

Każdy płomień



Daj komuś ogień, a będzie mu ciepło przez jeden dzień, ale wrzuć go do ognia, a będzie mu ciepło do końca życia.
Terry Pratchett – Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Kobieta wymierzyła córce cios otwartą dłonią. Na bladej skórze pojawiło się zaczerwienie.
– Jesteś okropnym bachorem – warknęła przez zaciśnięte zęby.
Dziecko zmrużyło powieki, uniosło głowę. Wokół rudych, splątanych kosmyków zaczęły pełgać niewielkie płomyki. Na ich widok matka cofnęła się gwałtownie, jej twarz wykrzywiał strach zmieszany z obrzydzeniem.
– Nawet nie waż się tego robić w domu – syknęła.
– Myślisz, że możesz mi rozkazywać? – Chandra spytała tonem, jakiego nikt nie spodziewałby się usłyszeć, patrząc na chudą, bladą kilkulatkę.
Kiedy uniosła drobną dłoń, płomienie okalały już palce i nadgarstek. Przez chwilę napawała się przerażeniem rysującym się na twarzy matki, po czym bez słowa wybiegła z domu. Pozostawiła za sobą charakterystyczny zapach, kojarzący się z rozpalaniem ognia w piecu. Gdy trzasnęły drzwi, kobieta osunęła się na podłogę. Codziennie zadawała sobie to samo pytanie, czemu ta przeklęta krew skaziła akurat ich rodzinę, czym sobie na to zasłużyli.

Chandra uważała, że świat nie zasługiwał na nią, jej potęgę i potencjał. Nawet jako dziecko, rozumiała, jak wiele może zdziałać płonący w niej ogień. Nie igrała ze swoim darem, nie traktowała go lekko. Odrobiła lekcję.
Kiedyś włożyła dłoń w dogasające ognisko, żar i ciepło zdawały się przyciągać dziewczynkę. Och, jakże poczuła się zdradzona, gdy ból sparaliżował niespodziewające się tego ciało. Ułamek sekundy później odskoczyła do tyłu, przykładając zranioną rękę do ust. Na szczęście oparzenie nie było poważne i nawet nie zostawiło blizn, ale Chandra raz na zawsze zapamiętała, jak wielką siłą był ogień. Jaki bywał po ludzku zdradliwy.
Dorastała w poczuciu wyobcowania, spędzając najwięcej czasu w lesie. Starała się wsłuchać w siebie, zrozumieć i opanować złość, która ją napędzała. Nienawidziła swoich sióstr, za ich przeciętność, nudną zwykłość, urok naznaczający te okrągłe buzie. Nienawidziła innych za ich słabości, tę przezroczystość ich spojrzeń.
Spiczasty podbródek Chandry, osadzenie jej oczu o nieokreślonej barwie, wściekle rudy kolor włosów – wszystko podkreślało to, kim była.
Płomieniem, żarem, zniszczeniem!

Żeby obronić własną wolność, postanowiła – w odwecie za wyznaczoną datę aranżowanego ślubu – zniszczyć kilka domów. Wywołać chaos oraz strach. Zbudować wokół swojej osoby legendę, która dałaby Chandrze swobodę podejmowania decyzji na temat własnego życia. Pomysł wydania jej za mąż od początku, kiedy tylko powstał, gdy jeszcze była dziewczynką, budził jej wściekłość. Próbowała przemówić ojcu do rozsądku, błagała starszego brata o wstawiennictwo i ratunek, bezskutecznie. Opóźniła jedynie wykonanie wyroku.
Domem rządziła matka, która miała jej dość. Matka, która przez te dwadzieścia lat zdążyła znienawidzić własne dziecko, niezliczoną ilość razy powiedzieć głośno, że żałuje chwili jej narodzin.
Odrzucona, niechciana, skostniała wewnątrz. Dziewczyna poczuła się zdeterminowana jak nigdy wcześniej.
Ogień owinął pieszczotliwie palce Chandry, otulił nadgarstki i przedramiona. Stopił się w jedno z jej ciałem, ubraniem, nie robiąc krzywdy. Wypchnęła go delikatnie do przodu, aż zajęła się ściana i dach najbliższego budynku. Potem powtórzyła to wszystko kilka razy. Wybrała opuszczone chaty na obrzeżach wioski, nie chciała nikogo skrzywdzić, jedynie obronić siebie. Nie mogła zdawać sobie sprawy z konsekwencji… Nie mogła!

Była bezradna wobec armii, która przybyła zmieść jej wioskę z powierzchni ziemi. Choć piromantka walczyła wściekle, nie mogła uratować nikogo. Ani swojej rodziny, ani sąsiadów. Zapłacili wysoką cenę za pożar, który wywołała. Przysłani przez pobliską świątynie żołnierze byli świetnie wyszkolonymi zawodowcami. A ich zadanie brzmiało: zabić ludzi skalanych magią ognia. Kapłani uznali, że tak rozległych zniszczeń nie mógł dokonać jeden mag.
Chandra, ukryta w cieniu budynków, słyszała, jak odczytują wyrok.
Tych, których nie dosięgły miecze lub włócznie, strawił dziki, nienasycony ogień, którym otoczyła się w odpowiedzi na próbę schwytania. Jednak ich było wielu, a ona jedna, przepełniona żalem i bólem. W końcu udało się im ją złapać, przycisnąć do jej szyi ostrze miecza. Na skórze zawisła kropelka krwi, Chandra dyszała ciężko, brudna i obolała, a kiedy już miała umrzeć, żar jej duszy wybuchł iskrą.

Tak, podobnie jak wielu innych przed nią i po niej, Chandra odkryła w sobie iskrę Wędrowca, pozwalającą jej na przenoszenie się między równoległymi światami. Nie była odmieńcem, wyrzutkiem albo potworem, ale utalentowaną czarownicą ognia.
Rzeź naznaczyła Chandrę. Spopieliła jej zdolność odczuwania współczucia, naruszyła tę delikatną równowagę emocji. Zmieniła dziewczynę w żywioł. Ogień na stałe wypełnił jej żyły, otaczał aureolą jej włosy, stopy i dłonie. Był przy niej, a ona była tym żarem i gorącem.

Kiedy Jace Beleren przyłożył chłodną dłoń do czoła Chandry, przypieczętowując jej przegraną, poczuł gorąco, które jednak nie mogło zrobić mu krzywdy. Zmęczył dziewczynę magią iluzji, które – choć rozpadały się pod wpływem wściekłych ataków – odradzały się z jego magii bez końca. Teraz plótł wokół niej paraliżujący czar, odbierający możliwość ruchu, hamujący wolę. Jednocześnie to samo zaklęcie, na wskroś przesiąknięte magią powietrza i wody, otworzyło przed Jacem drogę do umysłu Chandry. Klęczała przed nim, łzy płynęły po jej bladych policzkach, płonące dotąd rude włosy, zgasły. Zwisały wokół jej twarzy, wiły się na ramionach i karku, nieczesane od dawna. W umyśle czarodziejki także panował bałagan. Tak wielki, że Beleren zastanawiał się, jakim cudem w ogóle funkcjonowała. Wyglądało to tak, jakby ktoś schwytał żywy ogień, a następnie wtłoczył go między ludzkie myśli. Chandra była jak pożar, jak żądza.
W końcu cofnął palce, wiedząc, że gdyby dotykał jej i tych myśli sekundę dłużej, spłonąłby, a ona razem z nim.

2.12.2014

Ogonem: Za mało, za dużo



Jestem ostatnim z miotu. Gdyby ktoś zapytał, jakie to uczucie, odpowiedziałbym, że jak kiedyś, gdy pierwszy pchałem się do miski, tylko nie ma za mną sióstr i braci.
Mam swoje stado, mam je, choć starość niczego mi nie ułatwia. Odbiera mi sprawność, wygodę jedzenia, samodzielność. Odziera mnie z godności, ale nie z dumy. Głowę noszę wysoko i prosto, na ile pozwala mi ten nieproszony gość w mojej czaszce, który czasem przypomina o sobie falą bólu. Nie wspominam o sercu, o wątrobie, o skrzywionych zębach. Wciąż dryfuję na wyżynach dawnego majestatu, choć obecnie to już tylko wspomnienie władzy. Jej swojski zapach, gdy szczurom wystarczała moja cicha obecność, by wszystko było na swoim miejscu.
Nie chcę, aby ktokolwiek pomagał mi przy zachowaniu higieny. Udaję, że zapominam, kiedy to robią.
Nie chcę, aby ktokolwiek traktował mnie specjalnie. Nie pamiętam, że tak się dzieje.
Nie chcę utkwić w niesprawnej skorupie, uwiązany do cielesności, która jest brzydka, nieposkładana, taka niepasująca. Ale jestem. Wciąż jestem, choć teraz przedziwnie samotny, a szepty słyszę czasami aż nazbyt wyraźnie.
Nikt nie obiecywał, że będzie tylko pięknie. Nikt nie obiecywał, że będzie wiecznie, że będę wiecznie w taki sposób. Nawet bogowie mają swój czas i miejsce. Moja, najważniejsza, mówi czasem, iż wierzy we mnie i dlatego nie mogę odejść. Chciałaby. Ja też czasem bym sobie tego życzył. Kiedy rozlega się to znajome, świdrujące „dobry szczur” szukam jej, jej palców i pestki dyni. To przypomina o dawnych dniach, gdy za moimi plecami obracał się najdroższy z braci, a ja pokonywałem wciąż i wciąż przepastną ciemność tunelu.
Teraz ta starość – taka nieładna, śmierdząca i posklejana – jest moim tunelem. Człapię przez niego – przez swój czas – łapa za łapą. Nie wiem, kiedy nastąpi ostatni krok. Niczego już nie planuję. Może się pożegnam, a może odbiegnę gdzieś daleko, zbyt zaangażowany w sen o wielkiej łące. Gdyby to było takie proste. Mapa życia prowadzi mnie do Zasłony Szeptów, a ja jestem Tym, który zaczął i… na swój sposób, dla tych, którzy będą chcieli to zrozumieć, nigdy się nie skończę.
                            
Ludziom, którzy utknęli w gorzkiej znajomości praw oraz zasad.

Pan Perkun Kaukai

Ogonem: Szepty siły


Zwijam się w ciasny kłębek snu. Ciszej, błagam. Albo lepiej już nic nie mów, nie wymyślaj, nie zastanawiaj się dłużej. Bo po co? Uznajmy, że taka była cena za moją siłę oraz za to, kim byłem. Wiedziałaś, że duszę też można iskać? Pozwól mi, tylko już nie rycz. Głowa do góry. Plecy prosto. Idź już, byle do przodu. No, idź, głupia, zanim zmuszę cię do biegu. Zawsze mogłem to zrobić, nigdy w to nie wątp.
Gąsko naiwna, przecież nie odszedłem. To, że mnie nie widać, nie oznacza, że mnie nie czuć. Doskonale wiesz, jak to działa. Jestem Tym, który zaczął. Tacy nie rozpływają się w niebycie. Dostrzeż to, że wciąż bywam i czuwam nad nimi, nad wami. Jeśli tęsknisz, poszukaj mnie w moim rodzeństwie. Przesuń wzrokiem po maluchach z linii, płomyk nie gaśnie, o ile się o niego dba. Istnienie nie ogranicza się do wskazówek zegara.
Kiedy dusisz żal, obserwuj uważnie tego, którego przygotowałem. Widziałaś przecież, że go uczę. Łudziłaś się, że to oznacza coś innego. Jeszcze nie dziś, powtarzałem. Do momentu. Nie było pretensji, kiedy odsłoniłem przed nim gardło i brzuch. Zapracował na to. Tyle mnie w tych jego niuansach, drobnych ruchach, chęciach. Magia nie mija, zostawia ślady.
Cieniem przemykam pod znajomymi dłońmi, przyczajam się w kątach klatki, chowam pod ulubioną poduszką. Licz do ośmiu, a potem nawet  do ilu chcesz. Na pajęczynie emocji wiszą – niczym krople rosy – wspomnienia pełne życzliwych ludzi. Ich uśmiechów, zachwytów, pieszczot. Piękne jest to, że nie muszę nikogo określać, sami wiecie, że wzywam was przed szereg. Przypominam o sobie, nieobecny wśród obecnych. Nienazwany wśród nazwanych. Bezimienny z wyboru, taka była moja wola. Obserwowaliście to, jak grałem ze śmiercią w grę bez zasad. Oszukiwałem ją dość długo, by w końcu ona oszukała mnie. Albo po prostu na moment przygarnęła mnie zbyt blisko. To nieistotne, już nie. Ból waży się tylko w tu – namacalnym, nie tam – moim teraz.
Proszę, nie licz już dni. Oddychaj, a ja zabiorę tęsknotę do siebie. Zagarnę smutek, zliżę z policzków sól wybrakowania.
To stado – na zawsze moje stado, bo to nie mija, jeśli serce bije do końca w rytmie – udowadnia, że było warto.  Jest warto.
Zawsze z wami, choć bez was.
Siła spojrzenia, piękno, duma.

Nie budź, to rozkaz. 

Ogonem: Wyznania wojownika



Po pierwsze – walka zawsze trwa tyle, ile musi. Nigdy dłużej ani krócej. Nie rozmawia się o niej i jej nie rozpamiętuje.
Jeśli zadzierasz z moim stadem, zadzierasz ze mną. Nie myśl, że się ugnę. Nigdy nie sądź, że się poddam, bo to już nie leży w mojej naturze. Może kiedyś, zanim wielki nieobecny złamał mnie, by mnie wzmocnić. Wyszkolił mnie, pokazując, że ten moment to mój czas, by zadecydować. Wykorzystałem szansę.
Rdza spływa po moim futrze. Rdza, którą stworzyła ona. Ważna ona. Taka była idea imienia. W oczach czai się siła księcia piekieł. Tego, który mieszał w relacjach wrogów i przyjaciół. Oto ja – RAUM R’DZ SunRat’s, możesz już uciekać. Policzę do trzech, potem i tak pobiegnę przodem, przeskoczę, przejdę. Nie ma dla mnie miejsc nie do zdobycia. Po trupach do celu? Niekoniecznie, ale gdy czegoś chcę, umiem to okazać. Tędy, tędy! Wyciągnij rękę, bym mógł iść dalej!
Po drugie – starcie powinno rozwiązywać problem, nie go tworzyć.
Dźwigam na barkach legendę mojego ojca. Jeśli się mnie boisz, trudno, ja mogę się z tym pogodzić. Naprawdę. Nie przejmuję się już tym, co myślą o mnie inni. Przestałem unikać tego, kim się stałem. W walce się nie poddaję, nigdy też nie odwracam się plecami do przeciwnika. Przez swój upór stanowię fundament stada. To ja delikatnie napinam nitki relacji wewnątrz grupy. Nikt nie może być za blisko piedestału ani za bardzo się od niego oddalić. Kiedy to konieczne, i tylko wtedy, wykorzystuję strach innych szczurów, manipuluję nim, by osiągnąć posłuszeństwo lub lojalność. Nie musisz tego rozumieć, po prostu to uszanuj. Myślisz, że nie mam serca? Mam, może jest z kamienia, ale bije równo i lojalnie. Oddałem je swoim ludziom oraz swojemu stadu.
Po trzecie – mądry wojownik wie, że czasem trzeba zasnąć, a śpi się najlepiej wśród wiernych przyjaciół.
Na pewne rzeczy po prostu trzeba sobie zapracować.

Raum, być może ostrzący sobie zęby… na coś lub kogoś. 

Ogonem: Monologi majestatu



Już, kiedy się urodziłem, wiedziałem, że moje istnienie będzie naznaczone czymś wielkim. Nie dostaje się imion po bogach – nie jest się ich manifestacją – jeśli ma się po prostu przeżyć swój czas. Na czele gromadki maluchów, na czele swojego stada. Nic mnie nie powstrzymało, a otarcie się o śmierć tylko jeszcze mocniej naznaczyło mój los. Nazywam się PERKUN KAUKAI Happy Feet.
Czy władam piorunami? A czy nimi nie władam? Kto z Was mierzył się z Wilczakiem (ponad trzydzieści kilogramów włochatego bydlęcia z problemami w obrębie uznawania autorytetów) na spojrzenia i wygrał? Kto z Was potrafi powiedzieć NIE, nawet nie otwierając ust. Jestem siłą i magią.
Niektórzy sądzą, że moją opiekę można sobie kupić. Zdradzę Wam sekret. Na nią po prostu trzeba sobie zasłużyć. Na nic nawet litry piwa czy miodu, jeśli kogoś nie uznam za godnego mojej uwagi. Nauczyłem moich ludzi jednej ważnej rzeczy: w stadzie albo jesteś, albo nie. Jeśli z niego odejdziesz, nie ma już dla Ciebie miejsca. Jeśli do niego przyjdziesz, musisz udowodnić, że to jest miejsce dla Ciebie. Twoje tu i teraz.
Łykam czas jak na szczura przystało. Moje rok i niespełna dziesięć miesięcy to ogrom chwil pełnych dumy z tego, co udało się osiągnąć mi lub mojemu stadu. Oni to ja. Ja to oni. To się nie zmieniło, nawet kiedy odszedł najważniejszy. W chwili, w której pożegnałem brata, on poszedł ścieżką prowadzącą do Zasłony Szeptów, ja zostałem tutaj. Spotkamy się, bez obaw. Był bogiem jak ja, był majestatem – jak ja.
Wiem więcej, niż niektórym wydaje się, że wiem. Widziałem dużo, patrzyłem poza czas, poza proste mechanizmy codzienności. Jeśli masz wątpliwości, spójrz mi w oczy, o ile znajdziesz odwagę. Może nawet poliżę Twoje dłonie. Może przeczeszę Twoje włosy, może ukradnę Ci kawałek serca. Nie żałuj go, choć licz się z tym, że kiedyś odbędzie ze mną tę najdłuższą podróż z możliwych. Dla wielu będę tylko szczurem. Może ładnym szczurem, może dużym. Może obrzydliwym, przez swój ogon.
Dla jednostek będę Tym szczurem, który zaczął.
Tym, który będzie, nawet kiedy opadnie pył złudzeń.
Wyciągnij do mnie rękę, chętnie zapamiętam Twój zapach, człowieku.
Tak, bo tak. Bo mogę i chcę.
Perkun z wyżyn majestatu.



NITECZKI: 
Wyznania wojownika 
Szepty siły
Za mało, za dużo

25.07.2014

Zabawa



Szarpnął ją za warkocz. Wykrzywiła się i pisnęła, więc pociągnął mocniej.
– Nie lubię się z tobą bawić – stwierdził.
Popatrzyła na niego ufnie, jednocześnie z oddaniem i współczuciem. Nie próbowała się uwolnić, nie narzekała. Nawet podniosła rękę, próbując dosięgnąć bladego policzka chłopca. Chociaż byli rówieśnikami, sięgała mu zaledwie do ramienia. Górował nad nią nie tylko wzrostem, ale także siłą, co zresztą często podkreślał.
– Oni nie chcą się z tobą bawić, a ja tak – szepnęła.
Prawda sprowokowała go do kolejnego szarpnięcia za włosy. W zielonych oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Za to jego – szare – pozostały zimne i obce. Zacisnął wąskie wargi, napiął plecy.

Złościł się, kiedy przypominała mu, że wszystkich przeraża. Nie skomentował tego, co powiedziała. Prychnął lekceważąco, po czym odepchnął ją tak, że zachwiała się i upadła. Nie próbował jej podnosić, nie przeprosił. Tylko obserwował, jak wstała z trudem, otrzepując prostą beżową sukienkę z piachu i brudu.
– Jesteś beznadziejna – burknął.
Podniosła głowę i splotła dłonie przed sobą, zanim odpowiedziała:
– Ale cię kocham – przyznała.
Uśmiechnęła się delikatnym uśmiechem kogoś, kto wie więcej.
– Chociaż ty siebie nienawidzisz, bracie – przypomniała cichym, łagodnym tonem.

Wykrzywił się w tak dobrze znanym jej grymasie, prawie drżał z wściekłości. Ruszył do przodu, nim zdążyła zareagować. Uderzył ją z całej siły w klatkę piersiową, a nim ponownie upadła, zacisnął pięści na przodzie sukienki. Jego blade, długie palce wpijały się w materiał, który – ściągnięty pod szyją – utrudniał dziewczynie oddychanie.
– Skończ! – rozkazał. – Nie chcę tego słuchać – wrzeszczał, a kropelki śliny spadały na jej twarz.

Znów nie próbowała mu oddać. Gdyby go uderzyła, byłoby tylko gorzej. Obserwowała, jak ciężko oddycha, szukając możliwości wybrnięcia z sytuacji. Jego twarz stężała, aż w końcu powoli rozluźnił chwyt. Żeby nie upaść kolejny raz, przytrzymała się ramienia brata. Nie strząsnął jej ręki z siebie, nic nie powiedział. Z zamkniętymi oczami, z opuszczoną głową, próbował zaakceptować fakt, że nikt poza nią nigdy nie będzie chciał się z nim bawić. Nigdy – jak wyrok bez możliwości odwołania.

Kiedy zyskała pewność, że jego wściekłość wyparowała, podeszła bliżej. Opuściwszy ręce wzdłuż boków, wspięła się na palce.
– Kiedyś znajdę właściwą osobę, bracie – wyraźnie akcentowała każdy wyraz. – I wtedy już nigdy nie będziesz musiał się ze mną bawić – obiecała.
Coś w jej głosie kazało mu wierzyć, że dotrzyma słowa. Może właśnie pod wpływem tej pewności, ledwie muskając, drżącymi palcami pogłaskał ją po włosach.

– Okaże się, siostro. – W szarych oczach na ułamek sekundy zamigotała nadzieja.

21.03.2014

Jak to sobie wyobrażasz


Chwilę po

W jednej z ulic podmiejskiej dzielnicy willowej rozległ się głośny krzyk dziecka, który urwany nagle, przyprawił przypadkowego przechodnia o gęsią skórkę. Dorosły, zazwyczaj nieulegający emocjom, mężczyzna pomyślał, że może to tylko jednorazowa sprawa, więc coś, w co nie warto się wtrącać, jeśli nie chce się mieć kłopotów.
Ten urzędnik – z nudnym, poukładanym życiem – mógłby się srodze zdziwić, gdyby wiedział, jak wielkich problemów udało mu się uniknąć tylko dzięki temu, że rodzice wychowali go na parszywego tchórza. Minął budynek, z którego dobiegł go niespodziewany hałas, po czym przyspieszył kroku, sam nie wiedząc, czemu właściwie zareagował tak panicznie. Podmuch wiatru, który załopotał połami znoszonej marynarki, wycisnął z jego zmęczonych oczu łzy i zmusił do przygięcia karku.
Przez moment mężczyzna sądził, że usłyszał w górze szelest liści, ale nigdzie blisko nie rosły tak wysokie drzewa, więc zganił sam siebie za irracjonalne wymysły. Czym prędzej potruchtał na przystanek autobusowy. Coś, czego nie chciał określać, pchało go do przodu, byle dalej od na pozór zwykłego domu.
Domu otynkowanego na biało, zwieńczonego klasycznym dachem i szczycącego się naprawdę dużymi oknami na parterze oraz piętrze. Otoczonego równo skoszonym trawnikiem, a także eleganckim ogrodzeniem z żeliwnych, ozdobnych prętów osadzonych w niskiej podmurówce.
Jedynym, co burzyło ten aż nazbyt uporządkowany układ, był usytuowany nieco w głębi, plastikowy, niebywale krzykliwy kolorystycznie fort z huśtawką, zjeżdżalnią, jak również niedużą piaskownicą. To, i oczywiście wcześniejszy krzyk wskazywało, że w rzeczonym domu mieszkało przynajmniej jedno dziecko.

Chwilę przed

To dziecko (śliczny niczym cherubinek pięciolatek o jasnych włosach i niebieskich oczach) moment temu wyginało się w spazmach, zakneblowane, zaplątane w pościeli, niemal sine na twarzy. Unieruchamiające jego ręce i nogi więzy wpijały się w delikatną skórę, zostawiając na niej brzydkie, czerwone ślady otarć. Ktoś zadał sobie wiele trudu, by uniemożliwić chłopcu ucieczkę lub nadmierne hałasowanie, które na pewno zwróciłoby uwagę najbliższych sąsiadów. Dzielnica nie należała do biednych i powszechnie akceptowana była tutaj wyłącznie szablonowa normalność. O tę właśnie walczyli rodzice ofiary.
Przed drzwiami prowadzącymi do dziecięcej sypialni cztery dorosłe osoby rozmawiały szeptem. Wyglądało to niemal jak narada przed bitwą. Skupieni, z twarzami ściągniętymi od powstrzymywanych emocji i dłońmi zaciskającymi się w pięści.
– Błagamy o pomoc – jęknęła słabo i niepewnie kobieta. – Wykorzystaliśmy już wszelkie konwencjonalne metody – szeptała coraz ciszej – i nic mu nie pomogło. – Załamała ręce, a po jej policzkach potoczyły się łzy. – Jest coraz gorzej – wyznała.
Na te słowa stojący tuż przy niej mężczyzna skinął zgodnie głową. Jego zmęczona, poszarzała twarz bezsprzecznie wyrażała desperację. Być może czuł się bezużyteczny, odkąd okazało się, że nijak nie potrafi ochronić własnej rodziny przed cierpieniem czy złem. Rodzicom towarzyszyli dwaj przedstawiciele kleru; obaj, choć zupełnie różni w kwestii motywacji, przypominali kruki żerujące na padlinie.
Młodszy popatrzył na rodziców ze współczuciem, starszy zlustrował małżeństwo z wyraźną wyższością. Księża, ubrani w skromne, czarne sutanny, sprawiali wrażenie duszpasterzy z lokalnej parafii. Nikt, niezainteresowany tematem, nie domyśliłby się, że siwiejący mężczyzna z lekko obwisłymi policzkami jest znakomitym specjalistą od spraw opętań. Jedynym takim w obrębie kilku sąsiadujących ze sobą województw. 
– Z kościelnych akt wynika, że nie wzięliście państwo ślubu kościelnego, dziecko nie jest ochrzczone, pan nie ma nawet bierzmowania – sucho podsumował egzorcysta.
Jego młodszy kolega po fachu głośno nabrał powietrze do płuc.
– Ojcze Jerzy – zaczął, ale przerwał mu zdecydowany gest zwierzchnika.
– Nie – warknął ze złością tamten. – Grzesznicy powinni zaakceptować swoje winy, a później je odpokutować! – upominał bezlitośnie, napawając się wstydem wypisanym na twarzach zrozpaczonych rodziców.  – Narazili siebie, czystość swoich nieśmiertelnych dusz, i najprawdopodobniej sami przywołali to, co teraz próbuje się wydostać, wykorzystując cielesną powłokę ich syna.
Zakasłał wymownie.
– O ile faktycznie mamy do czynienia z opętaniem, a nie chorobą psychiczną czy upośledzeniem – dodał, a jad czający się w jego słowach nie pozostawiał złudzeń co do intencji.
Im dłużej mówił, tym mocniej płakała kobieta i tym bardziej bladł ojciec poszkodowanego chłopca.
– Nawet jeśli biskup wyda zgodę na udzielenie sakramentów w takich okolicznościach, bez wiary, która wypełniałaby dom, bez pokory i szczerego żalu za wszystkie popełnione złe uczynki, diabeł wciąż będzie mógł was dręczyć – wyjaśnił na koniec chłodno i wprost.
Młodszy ksiądz coraz bardziej kulił ramiona, czerwony na twarzy, starał się nie patrzeć na rozżalonych rodziców. Odczuwał wstyd, sądził, że tego typu postawa i okrucieństwo nie przystoi sutannie ani święceniom. Bez względu na doświadczenie, nie tego oczekiwało się od Kościoła nawołującego do miłowania bliźniego. Kleryk uciszał wewnętrzny głos w swojej głowie, zauważający nieprzerwanie, że cała ta sprawa jest fascynująca. Zobaczyć zło, znaczyło spotkanie z zaprzeczeniem dobra. Stanowiło dowód, jakiego nikt nie miałby odwagi podważyć. Z zamyślenia wyrwał go drżący od złości, męski głos.
– Jeśli Bóg odmówi nam pomocy, to… – zaczął odważnie ojciec chłopca, ignorując przerażony jęk swojej małżonki oraz znamienne sapnięcie egzorcysty.
– Bóg nigdy nie odmawia, nawet tym najbardziej zbłąkanym owieczkom – uciął ksiądz Jerzy. – Proszę nas wpuścić do dziecka – wydał polecenie tonem na pozór obojętnym, choć zmarszczone kąciki oczu oraz wydęta do przodu warga świadczyły o hamowanej pogardzie i złości.
W tamtym momencie inicjatywę przejęła matka. Strząsnęła ramiona, wyszła do przodu, po czym nacisnąwszy na klamkę, oznajmiła niemal bez emocji:
– Andrzej nie dostał dziś leków, które zwykle mu podajemy, jest unieruchomiony i na wszelki wypadek także zakneblowany. Inaczej sąsiedzi nie daliby nam żyć – usprawiedliwiła się z wyraźnym zażenowaniem.
– Kurwa – szepnął mąż kobiety, a następnie szybkim krokiem wycofał się z wąskiego korytarzyka.
Zwyczajnie uciekł, zbyt przejęty wszystkim, co spadło na jego rodzinę. Oglądanie własnego dziecka w takim stanie przerastało możliwości człowieka nowoczesnego, powierzającego swoje życie oraz zdrowie nauce, technice i faktom. Żona namówiła go na sprowadzenie do domu przedstawicieli kościoła, więc w końcu jej uległ. Teraz gorąco tej zgody żałował. Nie panując nad nerwami, roztrzęsiony i sfrustrowany bezradnością, usiadł w ulubionym fotelu. Ze wzrokiem utkwionym na rozrzuconych wokół zabawkach Andrzejka, trwał w bezruchu. Czuł, jak rozpada się od środka. Ze wszystkich sił próbował nie wybiec z domu, gdy w dziecięcej sypialni rozległ się rozdzierający, zwierzęcy wrzask (ten krzyk, dokładnie ten), jakiś huk, po którym nastąpił stukot kroków, a następnie cisza.
Cisza była błogosławieństwem.

Wciąż zanim

Ojciec Jerzy wszedł do pokoju powoli, uważnie obserwując wszystkie znajdujące się w nim przedmioty. Asystujący mu dziś ojciec Szymon szurał powoli. Pozostawał w odległości pół kroku za jego plecami. Dobrze, rozumiał powagę sytuacji, znał swoje miejsce.  
Obaj spojrzeli na pokrzywdzone dziecko w tej samej chwili, starszy ksiądz skinął na matkę, by wyjęła knebel. Uczyniła to z wyraźnym wahaniem, niepewna i spięta. Materiałowy zwitek uniemożliwiał chłopcu wydawanie innych dźwięków niż przytłumione jęki. Egzorcysta dążył, co zrozumiałe i naturalne, do ewentualnej konfrontacji. Do takich sytuacji został wyszkolony, po to przygotowywał się latami, niejednokrotnie do upadłego walcząc o poranione przez zło dusze.
Oczy Andrzejka – tak ogromne na tle bladej twarzyczki –  wydawały się na przemian zamglone oraz przenikliwe i uważne. Gdyby nie więzy czy knebel, można by uznać, że klerycy przybyli, by zwyczajnie pomodlić się za chore dziecko. To jednak nie była prosta duszpasterska wizyta. Ojciec Jerzy niemal od razu rozpoznał czyhające zagrożenie.
W całym pomieszczeniu dawało się wyczuć tę dziwną, niezdrową aurę. Jej apogeum zostało osiągnięte, gdy kilkulatek zaczął wrzeszczeć. Krzyk przypominał warkot zwierzęcia tak przerażonego i złamanego bólem, że na chwilę wszyscy zamarli, a potem wszystko potoczyło się jak na przyspieszonym filmie.
Matka z powrotem wepchnęła w usta chłopca knebel, szamocząc się z nim i płacząc jednocześnie. Nagły podmuch wiatru uchylił okno w pokoju, jednocześnie zatrzasnąwszy drzwi, ojciec Szymon odruchowo przeżegnał się i zaczął cichą modlitwę, natomiast ksiądz Jerzy stał jak skamieniały. Wpatrywał się w cień rosnący na ścianie. Cień, który nie miał prawa pojawić się na czystej, beżowej powierzchni. Cień, który rozczapierzał – nad nagle zbyt spokojnym – dzieckiem chciwe palce i zdawał się rozkładać skrzydła. Jedną parę, potem drugą i kolejną.

Już, teraz

To z pewnością nie były minuty, a najwyżej sekundy.
Ułamki momentów.
Fragmenty pourywanej rzeczywistości, zupełnie niewyobrażalnej.
Matka, blada i zdesperowana, drżącą dłonią kneblująca własnego syna, ojciec tego samego dziecka, czekający piętro niżej, pozbawiony nadziei. Obok młody ksiądz niecierpliwy oraz ciekawy i oczywiście wykwalifikowany egzorcysta – przepełniony pychą – tępo zapatrzony w przejaw czegoś, co można było uznać za manifestację zła.
Oto obrazek, oto początek.
Kiedy cień wypłynął ze ściany, przyjął postać uskrzydlonej wojowniczki, ubranej w ubrudzoną krwią kolczugę, skórzane spodnie z długim sztyletem kołyszącym się na szerokim pasie i wysokie buty. Dziecko nagle wykręciło głowę pod przerażającym kątem. W pełni skupiło się na intruzie, z którego pojawieniem się, pokój utonął w nienaturalnej ciszy. Ten brak dźwięków zdawał się odbierać wszystkim wolę do działania, wirował wokół nieproszonego gościa. Przełamywał liniowość czasu.
Delikatne skinięcie głową, bez wątpienia przywitanie ze skrępowanym chłopcem, spowodowało, że brązowe włosy odsłoniły delikatną twarz młodej dziewczyny, która wylądowała z wdziękiem na błękitnej wykładzinie, bezgłośnie składając pierzaste skrzydła. Była w tych tanecznych ruchach podobna do Piotrusia Pana. Gdyby w tamtej chwili wspięła się na komodę, stojącą obok łóżka, i zapiała jak kogut, po czym osypała wszystkich pyłkiem, sytuacja nie byłaby ani trochę bardziej groteskowa.
Andrzejek szarpnął się w swoich więzach, wlepiwszy bystre spojrzenie niebieskich oczu wprost w postać, o której mógł dotąd słyszeć w bajkach lub telewizji. Ta ułożyła palec na ustach. Uniesiony w półuśmiechu lewy kącik ust, nadał jej lekko figlarnego wyrazu. Jakby nie słyszała nierównych z przejęcia oddechów ludzi, nie interesowała się ich lękami czy obawami.
Anielica, bo czymże innym mogła być, choć poruszyła się energicznie, nie wydała żadnego dźwięku. Wyciągnęła dłoń, dwoma palcami wskazując na zdezorientowaną matkę chłopca. Delikatnym ruchem nadgarstka, wprawiwszy powietrze w ruch, popchnęła kobietę w kierunku młodszego księdza, by następnie cichym, stanowczym głosem (przełamała ciszę słowami) wydać polecenie:
– Usiądź z nią pod ścianą, trzymaj mocno i nie pozwól jej mi przeszkadzać. – Szymon z wahaniem skinął głową, bezwstydnie gapiąc się na skrzydlatą dziewczynę, która odwzajemniła ciekawskie spojrzenie.
Przechyliła głowę na bok, w charakterystyczny, nieco ptasi sposób.
– Jeśli masz dość sił, możesz się modlić – dodała, a następnie wymownie popatrzyła pod ścianę. – Idź z nim, kochana, no już – ponagliła.
Odwróciła się do nich plecami. Gdyby znaleźli w sobie dość odwagi, mogli podziwiać misterne ułożenie piór na skrzydłach, silne mięśnie pleców oraz ostre kąty łopatek. Metalowa sieć, okrywająca szczupłe ciało od ramion do połowy ud, spleciona była z drobnych oczek koloru miedzi. Kunsztem imponowały ozdobne sploty krawędzi krótkiego kołnierza spinanego na karku czy delikatne wykończenia otworu wokół nasady ogromnych skrzydeł. Sama anielica wydawała się natomiast jednocześnie zupełnie krucha oraz niezłomna. Jakiekolwiek niosła słowa, cokolwiek miała tu wykonać, emanowała niezwykłą energią. Nadludzką lub raczej nieludzką mocą. Kiedy odezwała się ponownie, tym razem jej głos zabrzmiał chrypliwie, z wyraźną agresją:
– A ty, faryzeuszu, nawet nie sądź, że zdołasz mnie dotknąć swoim ohydnym palcem.
Ojciec Jerzy uniósł dłonie w obronnym, pełnym fałszywej skruchy, geście, ale ona tylko splunęła w jego stronę, po czym pstryknęła palcami, a stary ksiądz upadł nieprzytomny na dywan.
Pozostała dwójka nie śmiała się ruszyć z wyznaczonego miejsca, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Oddychał, więc przypuszczali, że wciąż żył.
– Ego zostaw tym, którzy się na nim znają – prychnęła anielica pod nosem, a następnie całą swoją uwagę skupiła już tylko na dziecku.
– Przykro mi, że tak musi być – szepnęła. – Czasami nie ma innej możliwości. – Jej głos załamał się, gdy dumnie uniosła podbródek. Powietrze zapachniało jaśminem.
Szymon modlił się żarliwie, mocno tuląc do siebie obcą kobietę, która w jego uścisku przypominała raczej szmacianą lalkę niż człowieka. Beznamiętnie patrzyła przed siebie. Ksiądz przypuszczał, że mimowolnie obserwuje działania niebiańskiej wysłanniczki. On sam z ledwością był w stanie oderwać od niej wzrok.
Rozkładając skrzydła na tyle, na ile pozwalała na to wolna przestrzeń w niewielkiej sypialni, przysiadła na brzegu łóżka. Kolczuga zostawiła na jasnej pościeli brzydkie plamy, ale anielica zupełnie to zignorowała. Pochyliła się nad klatką piersiową Andrzeja, dmuchnęła delikatnie na jego odsłonięte gardło. Nie próbowała go w żaden sposób uwolnić, tylko metodycznie odprawiała rytuał. Wydychała na dziecko ciepłe powietrze, przesuwając palcami po bladej buzi. Po chwili zmusiła chłopca, by zamknął oczy. Może przeszkadzało jej to, jak bardzo się w nią wpatrywał?
W tle słychać było mamrotane modlitwy, powtarzane z pamięci, wzmacniające już nawiązane połączenie. Myśli młodego kapłana krążyły natrętnie wciąż wokół jednego. Jeśli anioł przybył tej biednej duszy na pomoc, musiało to być coś, co wykraczało poza ramy wszelkich reguł. Gdyby tylko wiedział… Jego słaby, ludzki umysł nie był w stanie uciec od prawdy, że wiara poparta dowodem, przewartościowuje się, bezpowrotnie tracąc pierwotny sens.
– Wychodź – burknęła nagle anielica. – Po raz pierwszy, gdy się poruszyła, metal brzęknął. – Rozkazuję ci, wychodź! – warknęła.
Umęczone, szczupłe ciało pięciolatka szarpnęło się i wygięło w jej stronę. Na bladej skroni pulsowała cienka żyłka, po policzkach zaczęły spływać łzy zmieszane z potem. Błękitne oczy rozszerzyły się, rozpulchnione źrenice prawie przykryły tęczówki. Cokolwiek zamieszkało w tym młodym człowieku, było wyraźnie bliżej rzeczywistości niż parę minut temu.
Z dołu dobiegł ich krzyk, poprzedzający huk upadku na podłogę. Najwyraźniej ojciec chłopca, zaniepokojony wydarzeniami na piętrze, podjął próbę interwencji. Mimo to, ksiądz nie spodziewał się, by ktokolwiek był w stanie przekroczyć próg pokoju bez pozwolenia ich niespodziewanego gościa, a całkowicie skupiona na Andrzeju anielica, nawet nie odwróciła głowy. Ułożyła dłonie płasko na obojczykach chłopca. Koniuszkami palców dotykała spoconej, rozpalonej skóry, która była doskonale widoczna nad kołnierzykiem flanelowej piżamy. Jej twarz o dziecinnych, łagodnych rysach, wykrzywiła się z wysiłku oraz frustracji.
– No, już – wymamrotała, a w pomieszczeniu rozszedł się obrzydliwy smród moczu. Pojedyncze krople już przesiąkały przez pościel i materac, kapiąc na podłogę. Andrzej wyginał się coraz bardziej, aż trzeszczały jego obojczyki oraz kręgosłup. Musiał być na granicy wytrzymałości, skoro zsikał się pod siebie. Egzorcyzmy czasem bolały lub wyczerpywały ofiarę, ale w przypadku opętań dzieci, zalecało się wyczucie. Tak nie mogło to dalej wyglądać.
– Może… – zaczął niepewnie ksiądz Szymon, nie wiedząc, co powiedzieć.
Chciał zaprotestować, wyjaśnić, że organizm kilkulatka nie wytrzyma takiego obciążenia i tempa. Zanim kleryk zebrał myśli, by dokończyć zdanie, jego gardło zacisnęło się tak mocno, że z ledwością oddychał. Natychmiast przyswoił lekcję. Nie życzyła sobie jego interwencji. To, że śmiał jej przeszkadzać, bardzo zirytowało anielicę i dawała mu do zrozumienia, że jeśli spróbuje tego jeszcze raz, pożałuje. Nie odezwała się do niego, nie odwróciła, ale wszystko to do niego dotarło i tak. Rozepchnęło się w umyśle mężczyzny, sprawiło, że poczuł się śmiesznie mały wobec potęgi skrzydlatej dziewczyny. Był upierdliwym ziarenkiem piasku, grudką brudnej ziemi w porównaniu do potęgi Światła, które w sobie niosła.  
Jej głos przypominał wiatr w czasie burzy:
– Nie mam czasu, ty piekielny pomiocie! – Potrząsnęła wątłym ramieniem chłopca. – Nie każ mi używać imienia, pożałujesz tego, dobrze wiesz – groziła nie wiadomo komu.
Dziecko wydawało się zupełnie nieświadome tego, że wisi nad nim rozwścieczony, zniecierpliwiony anioł. Blondwłosa główka opadła do tyłu jak u pozbawionej sznurków teatralnej kukiełki.
Z chwili na chwilę sytuacja stawała się coraz bardziej dziwaczna i straszna, w powietrzu unosił się odór uryny zmieszany ze słodkawym zapachem jaśminu, wszystkiemu towarzyszyły ciche trzaski przypominające wyładowania elektryczne.
– Pierdolony sukinsynu, wyłaź, ale już! – Grzmotnęła pięścią obok głowy Andrzeja, a dźwięk, jaki temu towarzyszył, nie pozostawiał wątpliwości co do tego, czy łóżko wytrzymało ten cios.
Ojciec Szymon jęknął pod nosem, a dotąd nieobecna duchem matka niepewnie szarpnęła się w kierunku syna. Jednak wciąż wydawała się wyzuta z jakichkolwiek naturalnych odruchów. Jakby nie tyle nie chciała działać, co nie była w stanie tego zrobić. Jeśli tak miało wyglądać wstawiennictwo Pana, to…
– KEF!!! –  w końcu wrzasnęła anielica.
Skoro padło imię, demon był stracony.
W jakimś sensie stwarzała go na nowo, rozszarpując duszę Andrzeja na strzępy. Nie zważała jednak na koszty, liczył się cel. Tylko to i nic więcej. Kolczuga pobrzękiwała miarowo od energii, która falami pulsowała wzdłuż ścian pokoju, wybrzuszała jasną farbę, powodowała gęsią skórkę, a nawet strąciła z półek zakurzone zabawki. Chłopiec, dotąd wygięty w paskudnej, nienaturalnej pozycji, opadł miękko w pościel.
 Anielica rozczapierzyła szeroko palce, przymknąwszy błyszczące nienaturalnym, zielonkawym światłem oczy, po czym rozłożyła skrzydła. Jasne pióra sterczały w różne strony jak sierść wilka szykującego się do walki na śmierć i życie.  
Ksiądz z przerażeniem zauważył, że cokolwiek znaczyło wykrzyczane słowo, dotąd osnuwający sypialnię dziecka bąbel ciszy pękł ostatecznie. Ze złowrogiego, ale niejednoznacznego milczenia, narodził się wrzask, szum, krzyk. Jakby zło tylko czekało na sygnał. Na pozwolenie, by zacząć ten horror na ziemi, skoncentrowane piekło. Mężczyzna wątpił, by kiedykolwiek zdołał zapomnieć to, co zobaczył. Poszczególne obrazy wwiercały się z zaskakującą precyzją w jego mózg. Już nie chciał tej wiary, Boga, łaknął normalnego życia, bez wirujących mu tuż nad głową piór.
Ze szczupłego tułowia chłopca wylewał się brudny, żółty szlam, który kapał na wykładzinę. Jasnoniebieskie, nagle szeroko otwarte oczy, wypełniła krew; posoka płynęła z nosa i uszu pięciolatka, a ten, bezwładny i nieświadomy, wisiał na krępujących mu ręce opaskach. Knebel nasiąkł brunatną wydzieliną.
Anielica wciąż pochylała się nad nim, prześcieradło oplątało jedną ze szczupłych łydek, gdy ułożyła się w taki sposób, by osłaniać dziecko… albo je dobić. Szymon – już za nic miał swoje święcenia – widział na tej obcej, niemal dziewczęcej twarzy taką determinację i rozpacz, że zaczął wątpić w to, iż cokolwiek rozumie. Gdyby spytano go przedtem o wyobrażenia dotyczące anielskiego zstąpienia na ziemię czy anioły w ogóle, na pewno nie pomyślałby ani o śmierdzącym trupem błocie, ani o znęcaniu się nad dzieckiem. Chciał już tylko przetrwać to lub może – jeśli Bóg jednak istniał oraz był miłosierny – obudzić się we własnym łóżku i stwierdzić, że przyśnił mu się najstraszliwszy, najohydniejszy koszmar. Potrząsał głową w niemym zaprzeczeniu.
Nagle wszystko zamarło i znów – jak tuż po pojawieniu się dziewczyny –  nienaturalnie ucichło.
W pościeli, pod skrzydłami anielicy, tuż obok zmaltretowanego Andrzeja – klatka piersiowa dziecka nie poruszała się, nie unosiła, nie opadała! – pojawił się ktoś jeszcze. Bez wątpienia mężczyzna; był blady, brudny i zdezorientowany. Na jego plecach nie było widać skrzydeł – ani pierzastych, ani żadnych innych. Kiedy jednak podniósł się powoli i otworzył oczy, ksiądz nie miał najmniejszych wątpliwości, z kim ma do czynienia.
– Diabeł – jęknął, rozluźniając dotąd pewny uchwyt rąk.
Sam nie wiedział, czemu dotąd tak sumiennie wykonywał wcześniejsze polecenie.
Kobieta natychmiast skorzystała z okazji, zerwała się na równe nogi, rzucając na boki rozbiegane, oszalałe od rozpaczy spojrzenie. Zanim jednak choćby zbliżyła się do łóżka, bez świadomości upadła na podłogę. Anielica nawet nie mrugnęła, powiedziała jedynie w przestrzeń:
– Miała nie przeszkadzać. – Przeczesała palcami swoje splątane włosy. – To tylko i aż demon – dodała, ale zszokowanego człowieka nie obchodziły już wyjaśnienia. Runęła nadzieja, rozprysła się wiara, zostały ogromna gorycz i paraliżujący strach.
Szymon patrzył więc tylko, jak potępiona istota powoli wraca do siebie, jak ściera z przeraźliwie sinej twarzy krew i szlam, oraz rozgląda się badawczo, z wyraźnym zaskoczeniem.
– Zeni, coś ty najlepszego narobiła? – wychrypiał pytanie.
Wciąż sztywnymi palcami musnął czoło dziecka, jakby upewniając się, że jest martwe. Zmarszczył brwi lustrując dziecięcą sypialnię. Mierzył wzrokiem dwoje nieprzytomnych dorosłych oraz przerażonego, kompletnie złamanego kleryka, który swoje dotychczasowe życie poświęcił głoszeniu Słowa Ojca ich wszystkich.
Dopiero odpowiedź anielicy o obco brzmiącym imieniu sprawiła, że Szymon zapragnął zniknąć.
– To, w czym Niebo jest najlepsze. – Dumnie uniosła brodę, wydęła spękane wargi. – To, co należało.

I w jakimś później

Kef w milczeniu obserwował pierzastą przyjaciółkę snującą ostatnie ochronne zaklęcia nad warstwą rzeczywistości, w jakiej przyszło im się tymczasowo ukryć. Demon musiał dojść do siebie po gwałtownym i dość niespodziewanym Przejściu.
Zeni sprawnie posprzątała bałagan zostawiony za nimi, zbyt sprawnie, jeśli brać pod uwagę stereotypy. Jakby wszystkie te decyzje nic nie ważyły, nie świadczyły o niczym istotnym. Przez cały ten czas po przebudzeniu przypominała Kefowi dziewczynkę, która sprzątnęła do pudełka popsute zabawki, po czym wróciła do przerwanych wcześniej zajęć. Uroczo. Tylko w jej uśmiechu, nie sięgającym oczu, błyszczała ta niepokojąca, podszyta okrucieństwem satysfakcja. Zeni była do cna przerażająca, ale także piękna i groźna. Wirtuozka emocji, posłaniec złudzeń. Szczypta amnezji, odrobina zaburzeń psychicznych, kilka kropli mocnego alkoholu i ciąg zdarzeń nabrał sensu.
Kef nie skomentował tego, że sam odwiązał chłopca i spalił jego ciało, ponieważ tracąc duszę, człowiek zwyczajnie przestawał istnieć. Żadne rytuały nie były już konieczne.
Anielica w ogóle nie zwracała uwagi na dziecko, strząsnęła z siebie tę śmierć. Nie pochyliła się nad zagubionymi w swoich nowych, ohydnie fałszywych wspomnieniach, rodzicami Andrzeja. Zignorowała spustoszenie wywołane w umyśle młodego kleryka, którego – jak się demonowi wydawało – wykorzystała jako dodatkowy łącznik z Piekłem i Niebem naraz.
– Wiesz, ile ryzykowałaś? – zapytał w końcu, kiedy już naprawdę mógł spokojnie odetchnąć.
Zabrała go do jakiegoś domu, na uboczu całego Stworzenia. W nieokreślonym bliżej czasie.
– Tylko mnie nie pouczaj – burknęła. – Wydaje wam się, że skoro upadliście i taplacie się w mroku, wiecie o życiu i decyzjach więcej od nas – wypomniała.
Siedziała w kucki na wygodnym fotelu. Jej kolczuga wisiała na podłokietniku mebla, buty leżały nieopodal. Zeni miała na sobie tylko spodnie i luźną, jasną tunikę. Wszystko było nieskazitelnie czyste i staranne, nawet jej włosy ułożone w prostym splocie.
– Jesteście tak przekonani o tym, że brodzenie w ciemności czyni was w jakimś sensie lepszymi, że upoważnia was do użalania się nad sobą, aż zapominacie, iż światło potrafi być tak jasne, że wypala oczy i serca – kontynuowała.
Demon zamrugał zaskoczony. Jego przyjaciółka nigdy nie poruszała tych kwestii. Nigdy nie stawiała między nimi tak wyraźnej linii.
– Gołąbeczko, do czego ty właściwie teraz zmierzasz? – zapytał.
Zacisnął dłoń w pięść. Gdyby jakikolwiek demon pozwolił sobie na takie uwagi, skończyłby ze sztyletem w gardle. Ale to była Zeni. Ta Zeni, która kiedyś podeszła za blisko, uśmiechnęła się i zawojowała go bez trudu.
– Po pierwsze, zanim byś mnie dźgnął, wyegzorcyzmowałabym twoją dupę do Watykanu, a po drugie – wzruszyła ramionami, lekko strosząc najdłuższe z piór – w Niebie akurat mieliśmy drobny bunt i trochę bratobójczych walk, kiedy nagle poczułam, że ktoś wyrywa mi sens istnienia z pomiędzy palców – mówiła coraz ciszej.
Sapnął w reakcji na takie wyznanie. Nie sądził, że związała się z nim tak bardzo, tak mocno. Nie wiedział nawet, że tego rodzaju więź anioła z demonem w ogóle jest możliwa. Takie przeczucia właściwe były dla aniołów wyśpiewanych jedną nutą Metatrona i dla tych pierzastych, którzy parali się ochroną cennych dusz. Potępieńcy i upadli nie posiadali ich. Jeśli nawet Zeni zajmowała się właśnie kwestiami esencji, co – biorąc pod uwagę jej dziwny sentyment do zwierząt – miało sens, Kef nie rozumiał, jak potrafiła sięgnąć tak głęboko, żeby go uratować.
Zacisnął wargi, nie chcąc przerwać tego, co i tak musiała powiedzieć, a co on sam dobrze wiedział.
– Domyśliłam się, o kogo chodzi i tego, że u was także nie jest zbyt kolorowo. – Skuliła się, przez co wydawała się zupełnie bezbronna.
Błąd. Gołębie, były zdradliwe i groźne.
Skupiła na nim spojrzenie, ściągnęła całą uwagę, a potem podjęła wątek:
– Przedarłam się na Ziemię, między ludzi. Dla nas to były góra trzy oddechy, dla nich pewnie miesiące lub lata. Znalazłam odpowiednią bramę i zaczęłam wołać cię do siebie, póki jeszcze miałam kogo.
– Zeni – westchnął.
– Jak to sobie wyobrażałeś, że rozpłyniesz się w tym swoim niebycie czy innej kloace, a ja nic nie zrobię, bo przecież nie wypada mi brudzić sobie rączek? – spytała z wyraźnym wyrzutem.
– Jestem… Do tej pory byłem – poprawił się od razu – najemnikiem w Piekle.
Wzruszył ramionami, po czym wytłumaczył:
– Po prostu misja okazała się trochę za trudna, wokół śmigały zaklęcia, o jakich Azazelowi się nie śniło. Zdążyłem tylko pożegnać się z tobą w myślach, potem wszystko się rozprysło – przyznał. – Następne, co pamiętam, to smród wypalonej duszy tego dziecka i szlam, który mnie oblepiał.
– Najwyraźniej nie nadaję się na położną, daruj – mruknęła bez przekonania.
Kef tymczasem ostrożnie rozłożył zgniecione, skórzaste skrzydła. Raz już przywróciła im sprawność. Odbyło się to dawno temu, na jednej z wielu ich ławek, w kątach Przedsionków. I tak jak wtedy dała z siebie wszystko, tak i teraz odtworzyła je z właściwą dla siebie dbałością o detale. Nie podziękował jej i nie zamierzał tego zrobić później. Zawdzięczał przyjaciółce życie i ten fakt niezbyt go zachwycał.
– W takim razie, co teraz? – zadał pytanie wiszące między nimi od początku.
– Ty aktualnie zostajesz tutaj, ja lecę na obchód i wracam do siebie – stwierdziła lekko. – Ale najpierw muszę zmyć z siebie grzechy, więc przyda mi się odpoczynek. – Ziewnęła ostentacyjnie, nie kłopocząc się zasłanianiem ust.
– Chcesz powiedzieć, że tak po prostu wrócisz do swojego śpiewania w chórku po tym, jak zniszczyłaś duszę niewinnego dziecka, a góra na wszystko spojrzy przez palce, gdyż… – urwał.
– Wyrósłby na mordercę i gwałciciela, za kogo ty mnie masz – prychnęła obrażona. – I nie oceniaj pierzaków tak powierzchownie – sarknęła. – Gdybyś wiedział, jak wyglądają nasze wojny domowe, to zacząłbyś się mnie bać nie na żarty – prowokowała, tak inna od tej Zeni, z którą widywał się na ławkach na samym początku ich znajomości.
– Nigdy nie przestałem – wyznał, piorunując przyjaciółkę spojrzeniem jasnych oczu.
Z satysfakcją zauważył, że zadrżała, a jej skrzydła mimowolnie otuliły ramiona. Wstał powoli, wciąż studiując twarz anielicy. Nad dekoltem wygodnej, beżowej tuniki pyszniła się stara blizna. Pamiętał swoją złość, gdy pierwszy raz dostrzegł ślad po niemal śmiertelnej ranie. Skrzydlaka mógł zabić tylko skrzydlak, ale pierzaści gustowali w magii, ewentualnie w obwarowanych zasadami starciach na opływające gracją ciosy. To, że jakikolwiek anioł, poważył się na użycie broni białej i dźgnięcie własnej siostry, wykraczało poza ramy porządku. Niedługo po tym, jak rana się wygoiła, a blizna zbladła, Zeni zaczęła nosić przy sobie sztylet i czasem, ale tylko czasem, zakładała kolczugę. Kef żartował, że jej logika militarna kuleje, ale w duchu pochwalał tę decyzję. Niebo nie było Rajem. Od dawna. Lucyfer mógł mieć na ten temat co nieco do dodania.
Teraz zbliżał się powoli, a Zeni unosiła głowę, ciągle utrzymując jego spojrzenie w ryzach własnego. Gdy stał tuż przy niej, pochylił się, wyszeptał wprost w usta przyjaciółki:
– Uczysz się, ptaszynko.
Następnie na gładkim, bledszym niż zwykle czole, złożył czuły pocałunek. Już nie musiał się powstrzymywać. Zawołała go po imieniu z samego Piekła i wszystko zmieniła. Jeszcze nie wiedział, jak wyobrażała sobie dalszy ciąg tej decyzji.
Demon wyszedł do drugiego pokoju, nim Zeni zdołała jakkolwiek skomentować pieszczotę lub to, co powiedział. Ostatecznie, uratowała mu życie, a cenę stanowił fakt, że Kef nie miał już do czego wracać.