04.11.2011

A ta podróż taka niezwykła


Pustkowia, wszędzie pustkowia. Gruzowiska nie do przebycia. Trupy dawnych miast. Ślad potęgi, która mijając, zesłała w niebyt całą planetę. Jeśli ktoś przetrwał, a byli tacy, ginął – z głodu, z pragnienia, od kuli penetrującej wnętrze czaszki przez podniebienie pod kątem charakterystycznym dla desperacji.
Nie było nadziei. Nie przetrwała wiara ani żaden wybraniec zdolny udźwignąć na swoich barkach ciężar ratowania czegokolwiek.

Ostre, kwaśne powietrze szczypało w nos, drapało w gardle. Powodowało cięższy oddech, a po dłuższym czasie świdrujący ból głowy oraz kłujący – mniej intensywny, choć równie dokuczliwy – ucisk płuc. Mimo to, Spike maszerował. Szedł przed siebie; pchany zupełnie irracjonalną potrzebą. Tak podpowiadało mu serce. Idź, mówiło. Był posłuszny, bo nie wiedział, czego innego mógłby słuchać. Słuchał więc siebie.

Dawno temu, ona powiedziałaby mu, co powinien uczynić. Jak wtedy, kiedy tłumaczyła spokojnie, że szczurów nie należy się bać. Że można się z nimi zaprzyjaźnić.

W jakiś sposób pojmował, że nie zostało już nic wartego uwagi. Krok za krokiem przemierzał tę czerwono-szarą pustynię śmierdzącą przebrzmiałym strachem. Czuł ten dawny lęk – echo wrzasków, morderstw, oplątywania się wnętrzności wokół drżących dłoni – jednak nie pozwolił mu zwyciężyć. Szedł. I szedł. Bez wytchnienia.

Czasem zasypiał w trakcie marszu, nie pamiętał tego, co robił przed chwilą. Nie poznawał spalonej okolicy, dziur po potężnych wybuchach ani tym bardziej stalowego szkieletu dawnego drapacza chmur. Mimowolnie przypomniał sobie wspinaczkę po schodach do sypialni. Wygodne łóżko, świeżą pościel i drobną rękę, której palce lizał. Uwielbiał to, że smakowały lekko słono. Dziś wszystko trąciło popiołem. A głód… Głód zmuszał do działania. Ściśnięty żołądek niekiedy bolał, a żółć, wymiotowana na bury piach, pieniła się w porannym słońcu. Bo ono wciąż wschodziło i zachodziło. We wspomnieniach migotały niezbyt wyraźne obrazy jej nóg, gdy napinała je biegnąc. Zielonej trawy – pachnącej, bo świeżo skoszonej – na której kładła się, roześmiana obok niego i mówiła:
– Spike, kocham cię. Zawsze będziemy razem.

Nigdy jej nie odpowiedział.

Teraz, otoczony złowrogą ciszą, tęsknił. Za tym, czego nie zdążył przeżyć. Za nią i słodkim bezpieczeństwem, w końcu za uczuciem swobody. Tymi momentami, które tak trudno jest opisać przy użyciu jakichkolwiek dźwięków. Jak bardzo cisza różniła się od milczenia – to też pojął. Za późno, o wiele, wiele, wiele…

Upadł, przymykając powieki. Czyli to tyle? To już? Koniec nastąpi tu, pośród – bez zaskoczenia – pustyni złożonej nie z piasku, a ze spalonych żywcem istnień. Niepewny, a przy tym zrezygnowany, rozluźnił mięśnie. Pozwolił językowi wypaść na zewnątrz, otrzeć się o martwą ziemię.

Kiedyś polizał jej łydkę, tuż po tym, jak upuściła na siebie otwarty słoik miodu. Lepka słodycz powodowała, że ślina spływała Spike’owi po brodzie. Odpychała jego głowę, śmiesznie piszcząc, więc w końcu zrezygnował, ale posłał dziewczynie pełne żalu spojrzenie. Prawie się na nie nabrała.
– Głuptas – szepnęła. Po chwili poszła do łazienki, pod prysznic. Zostawiła jednak uchylone drzwi, więc patrzył uważnie na strumienie wody uderzające w przezroczyste, zaparowane ściany ciasnej kabiny. Napawał się tym wszystkim, czego nie mógł dostrzec. I kochał, choć nigdy nie potrafił tego wyznać.

Jęknął zamroczony nagłym spazmem bólu. Pamiętał, by nie zaciskać zębów. Pamiętał.

Przypomniał sobie, jak któregoś dnia, nieopacznie wgryzł się zbyt mocno w delikatną skórę jej pośladka. Nie była zadowolona. Dąsała się prawie tydzień. Wybaczyła, kiedy w sobotni wieczór przyniósł polne kwiaty. Znalazł je, wracając z jednego ze swoich wypadów w teren. Właściwie, nigdy nie zapytał, co o nich sądziła. Wydawała się nie zwracać na nie uwagi, zbyt pochłonięta własnym życiem.

Życie wyciekało z niego plamą ciemnobrązowego moczu. Leżał w kałuży brudnego płynu i żegnał się z tym, którego zawiódł.
– Przepraszam, przyjacielu – mamrotał. – Chciałem, by nas znalazła – dodał po chwili. Czy zdziwił się, że on nie odpowiedział? Od jak dawna był martwy… Zbyt miękki, zbyt kuszący.

Kilka godzin później na spieczonej, spękanej ziemi leżało ciało psa. Kudłaty, spory mieszaniec przewrócił się i umarł, wykręcony w dziwnej pozycji. Groteskowa, przepełniona cierpieniem śmierć przerwała ostatnie zadanie, którego się podjął.

Wyruszył do domu, gdziekolwiek miał on być. W na wpół otwartych oczach zwierzęcia wciąż tliła się resztka tęsknoty, ona kazała mu iść do przodu bez względu na okoliczności. Obok kundla spoczywały maleńkie, chude zwłoki szczura. Spike niósł go w pysku, odkąd niewielki, biało-czarny gryzoń opadł z sił. Miał na imię Hirameki, w przeszłości przewodził stadu swoich pobratymców. Nie miało to już żadnego znaczenia.  



0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.