20.05.2013

Gość



Ze swojego wygodnego miejsca w kącie słyszał miarowe bicie serca. Uśmiechnął się bez przekonania i otulił cieniem. W efekcie latarnia, rzucająca mdłe światło przez zakurzoną szybę, zamigotała, a potem przygasła. Buczała przy tym cicho, jakby w proteście. Dziecko zakwiliło przez sen, zaciskając w piąstkę malutką dłoń.
Jakże miał ochotę wcisnąć się między szczebelki staromodnego łóżeczka, a potem obwinąć wokół ramion noworodka, jego delikatnej szyi, skumulować wszystko na wysokości serca.
Jeden krok, kolejny. Szurał cicho, bo wcale nie próbował się skradać. I tak nikt by go nie usłyszał ani nie zobaczył. Wystarczy, że tego nie chciał.
Prychnął z pogardą w kierunku potwora czającego się pod szafką z dziecięcymi ubrankami. Bestia wystawiła pokryty brodawkami język, błyskając w mroku ostrymi zębami. Och, poczwara będzie miała tu używanie przynajmniej przez kilka lat. Każde mokre prześcieradło, każdy koszmar. Stwórca musiał mieć paskudny ból głowy, kiedy podobne istoty wyszły z jego ust. Słowa, którymi je śpiewał, brzmiały zgrzytliwie, warczały w uszach, mlaskały ostatnią zgłoską. Zostawiały ohydny niesmak i nikt, kto miał do siebie choć gram szacunku, już od dawna nie próbował podobnych pomiotów w ogóle nazywać. Nie zasługiwały na to, a może nawet tego nie potrzebowały.
Dziecko poruszyło się niespokojnie, jęcząc i popłakując.
– Śpij, to tylko ja – szepnął melodyjnym głosem.
Wystarczyło. Jeszcze tak, póki nie pojawi się ciekawość, po niej zwątpienie, a w końcu – w efekcie splątania obu wcześniejszych – bunt.
– Tylko ja, prosty pierzak – dodał gość.
Bo był tu tylko przelotem. Był tylko przydarzającym się bez wyraźnej przyczyny momentem. Postanowił stać się tą chwilą i takimi minutami. Wzywała go ta nieznośna czystość. Wychodzić do niej z cienia rzucanego przez byle jakie światło było prosto. Lekko.
Nagle skrzydlaty intruz, bo był też nieproszony i nieswój, poczuł, jak pęka osnowa rzeczywistości. Coś się kłębi w przestrzeni, a wręcz wynurza z niej, oblepiając ściany. Odbiera mu oddech, wydziera z trudem pozbierane z sytuacji ukojenie. Mrok chwycił go za skrzydła, szarpnął do tyłu tak mocno, że anioł (och, bo przecież tym właśnie był, tak go wyśpiewano) opadł na kolana. Kłujący ból między łopatkami posłał go do reszty na powycieraną wykładzinę. Widział, jak pod podłogę czmycha przerażony potwór, a potem usłyszał znajomy głos w swojej głowie:
– Dokąd, wróbelku światła? Dokąd, kaczuszko jasności? – A każde pytanie było bólem. – Pozwoliłem ci wyjść z twojej ślicznej klateczki, ptaszynko?
Zagryzł zęby, nie dając się sprowokować. Rozmowa nie miała sensu. Bo nigdy nie chodziło o odpowiedzi. Pytania miały tylko przedłużyć grę, by nie stała się nudna przez kolejne stulecia. Gdzieś jeszcze tliła się nadzieja, gdzieś pełgał niepewny płomyk, zielonkawy jak pierwsza wiosenna trawa na podmiejskiej łące. Dlatego, choć słaby, anioł podczołgał się do łóżeczka, ignorując własne cierpienie. Centymetr za centymetrem. A ciężar na jego plecach narastał, bezlitośnie napierał na nasadę skrzydeł.
– Kiedyś ci je wyrwę – obiecywał mrok. – Kiedyś znikniesz we mnie, tak jak tego chciałeś. A teraz czołgaj się na chwałę cienia, ty, który dawno temu niosłeś światło. – Słowa sączyły się jadem, przenikały trucizną, wykańczały.
Drżącymi dłońmi uchwycił w końcu nogę sfatygowanego mebla i podciągnął na niej, wyjąc przy tym z bólu. Bijące serce, jeszcze niezapisane żadną historią, wyznaczało rytm.
Kątem oka Lucyfer zobaczył małego człowieka, jego spokojną buzię, gładkie czoło bez trosk. Mrok zachichotał, wiecznie głodny płomień wylizał rzeczywistość do czysta, po czym ciemność na ułamki sekund całą swoją siłę wtłoczyła między niebiański puch i lotki. Ból, na którego opisanie nawet Pan się nie poważył, zabrał aniołowi świadomość. Ściągnął go do klatki, na samo jej dno. Za pręty wykute z eonów zazdrości oraz krzywdy, z milionów pomyłek, dobrych chęci oraz całkiem złych decyzji.
Dziecko obudziło się gwałtownie, ale nie zapłakało. Wyciągnęło jednak rączkę do wirującego w powietrzu szarego pióra. Palce minęły je o milimetry, jeszcze nie dość wyćwiczone i precyzyjne. Ślad niedawnej wizyty zakołysał się łagodnie, po czym, gdy dotknął pościeli, rozpadł się na pył i niemal natychmiast zniknął. Nieproszeni goście nie mają prawa bytu.


Do znalezienia na Szortalu.
W wersji skromnej: Gość
W wersji oficjalnej: Na wynos - Maj 2013


0 Opinia:

Prześlij komentarz

Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.