Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z nutą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z nutą. Pokaż wszystkie posty

10.11.2017

Dopóki



Kiedy usiadła, starannie wygładziła spódnicę, po czym – ze skwaszoną miną – spojrzała na adwokata.
– Czego pan jeszcze ode mnie chce? – spytała.
Dłonie trzymała płasko na udach, jakby powstrzymując się od zrobienia głupstwa.
– Pani musi w końcu zrozumieć, że to nie są wymysły moje ani mojego klienta. – Mężczyzna wyraźnie stracił cierpliwość i irytacja pobrzmiewała w każdym jego słowie.
Kobieta skwitowała to wymownym prychnięciem. Za nic miała reguły, literę prawa czy zakazy.
Gdy delikatnie przechyliła złączone nogi bardziej na bok, zaszeleścił materiał czarnej, obszernej halki.
– Pan mnie ma za idiotkę – wysyczała. – A ja to naprawdę zrozumiałam już na samym początku – przyznała. – Zwyczajnie się na to nie zgadzam i mam zamiar utrudniać sprawę tak długo jak zdołam – oznajmiła lekko.
Adwokat jedynie westchnął ciężko, na moment chowając zmęczoną twarz w dłoniach.
– Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby pani jednak ustąpiła – wyszeptał.
– Dla mnie by nie było, więc nie zamierzam – odpowiedziała cichym, jadowitym tonem.
– To śmieszne! – wykrzyknął, zanim pomyślał, że w ten sposób tylko pozwolił wygrać tej upartej, zdeterminowanej istocie.
Jej jedyną reakcją na niewłaściwe zachowanie prawnika było lekkie uniesienie brwi i grymas, który można było pomylić z szyderczym uśmiechem połową ust.
– Śmieszny jest pana bezcelowy upór, panie Jaworski. Ja mogę być co najwyżej zabawna albo urocza, ale to raczej nie w tych okolicznościach – dodała po chwili.
– To pani próbuje podważyć zasadność realizacji postanowień i wytycznych, zawartych w dokumencie poświadczonym notarialnie – stwierdził.
– Robię to tylko dlatego, że zostałam w tym dokumencie wymieniona jako odbiorca o nadrzędnych prawach – przypomniała.
Następnie przechyliła głowę, naprężając ramiona. Spięta, gotowa do bitwy, niezachwiana w tej upartej pewności, że wygra i postawi na swoim. Jaworski jeszcze raz przyjrzał się dłoniom kobiety, jej odsłoniętej szyi, spiętym wysoko włosom. Odważył się też spojrzeć w te przenikliwe, ciemnoszare oczy. Tak jak się spodziewał, nie odwróciła wzroku, odpowiedziała świdrująco i wyzywająco.
– Więc na dziś to raczej tyle, prawda? – spytał słabo, bez przekonania.
Skinęła tylko głową, wstała z gracją i wyszła, nie odezwawszy się ani słowem. Stąpała lekko, niemal bezgłośnie. A jednak, kiedy zamknęła za sobą drzwi, słyszał jej miarowe kroki na korytarzu. Jakby z nim igrała, co zapewne istotnie robiła.
Ubrana cała na czarno, z woalką niewielkiego fascynatora opadającą bokiem na oko, ściśnięta w talii przez fiszbiny mocno zasznurowanego gorsetu, w uniesionej halką spódnicy za kolano, cała przypominała mroczną, smutną lalkę.
Prawda była taka, że przepełniał ją nieukojony smutek straty. Żal i gniew buzowały pod bladą skórą, napędzały codzienną egzystencję kobiety. Sprawiały, że wciąż miała siłę walczyć, choć jednocześnie nie miała siły, by jeść, spać lub myśleć o czymkolwiek innym niż kolejne wyznaczone spotkanie w budynku sądu, następne mediacje czy rozprawy. Pragnęła czuć.
Mijając obcych ludzi, marzyła już tylko o powrocie do domu, gdzie mogłaby pozwolić sobie na chwilę słabości. Ze zrzuconą z twarzy maską, śladami łez na policzkach, zbiegałaby do piwnicy. Tam, za trzema parami solidnych drzwi, w objęciach zimna i wiecznego snu, spoczywało ciało jej ukochanego.
Przecież w swej ostatniej woli napisał wyraźnie, że nie życzy sobie pogrzebu. Że ma z jego zwłokami zrobić to, co uzna za stosowne. Wykorzystać je do woli, a później – w rozsądnym odstępie czasu – przekazać najbliższej jednostce badawczej.
Mogła z nim zrobić co tylko chciała, nie powstrzymywała się więc, bo i po co? To, że postanowiła nie słuchać głosu rozsądku, było w jakimś sensie wyłącznie wymówką. Fakt, że usprawiedliwiała się okolicznościami, że zwyczajnie nie czuła się gotowa, niczego nie zmieniał.
Odnajdywała ekstatyczną ulgę w zadręczaniu się złudzeniami, że z tego snu jej martwy kochanek jednak się obudzi. Kiedyś. A ona, ona jak zawsze, będzie obok. Może zaledwie o krok, góra dwa, od niego. Z ramionami już wyciągniętymi do przytulenia, z ustami rozchylonymi do pocałunku. Gotowa, oddana, lojalna, choć nieposłuszna.
By nie zapomnieć, aby nie wyjść z wprawy, wtulała się w to, co z niego zostało. Muskała ustami gładkie, lodowate czoło. Odsuwała z zastygniętej w nieodgadnionym grymasie twarzy matowe, szorstkie kosmyki włosów. Chwytała palce.
Bo póki pamiętała, istniał. 

30.04.2015

Każdy płomień



Daj komuś ogień, a będzie mu ciepło przez jeden dzień, ale wrzuć go do ognia, a będzie mu ciepło do końca życia.
Terry Pratchett – Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Kobieta wymierzyła córce cios otwartą dłonią. Na bladej skórze pojawiło się zaczerwienie.
– Jesteś okropnym bachorem – warknęła przez zaciśnięte zęby.
Dziecko zmrużyło powieki, uniosło głowę. Wokół rudych, splątanych kosmyków zaczęły pełgać niewielkie płomyki. Na ich widok matka cofnęła się gwałtownie, jej twarz wykrzywiał strach zmieszany z obrzydzeniem.
– Nawet nie waż się tego robić w domu – syknęła.
– Myślisz, że możesz mi rozkazywać? – Chandra spytała tonem, jakiego nikt nie spodziewałby się usłyszeć, patrząc na chudą, bladą kilkulatkę.
Kiedy uniosła drobną dłoń, płomienie okalały już palce i nadgarstek. Przez chwilę napawała się przerażeniem rysującym się na twarzy matki, po czym bez słowa wybiegła z domu. Pozostawiła za sobą charakterystyczny zapach, kojarzący się z rozpalaniem ognia w piecu. Gdy trzasnęły drzwi, kobieta osunęła się na podłogę. Codziennie zadawała sobie to samo pytanie, czemu ta przeklęta krew skaziła akurat ich rodzinę, czym sobie na to zasłużyli.

Chandra uważała, że świat nie zasługiwał na nią, jej potęgę i potencjał. Nawet jako dziecko, rozumiała, jak wiele może zdziałać płonący w niej ogień. Nie igrała ze swoim darem, nie traktowała go lekko. Odrobiła lekcję.
Kiedyś włożyła dłoń w dogasające ognisko, żar i ciepło zdawały się przyciągać dziewczynkę. Och, jakże poczuła się zdradzona, gdy ból sparaliżował niespodziewające się tego ciało. Ułamek sekundy później odskoczyła do tyłu, przykładając zranioną rękę do ust. Na szczęście oparzenie nie było poważne i nawet nie zostawiło blizn, ale Chandra raz na zawsze zapamiętała, jak wielką siłą był ogień. Jaki bywał po ludzku zdradliwy.
Dorastała w poczuciu wyobcowania, spędzając najwięcej czasu w lesie. Starała się wsłuchać w siebie, zrozumieć i opanować złość, która ją napędzała. Nienawidziła swoich sióstr, za ich przeciętność, nudną zwykłość, urok naznaczający te okrągłe buzie. Nienawidziła innych za ich słabości, tę przezroczystość ich spojrzeń.
Spiczasty podbródek Chandry, osadzenie jej oczu o nieokreślonej barwie, wściekle rudy kolor włosów – wszystko podkreślało to, kim była.
Płomieniem, żarem, zniszczeniem!

Żeby obronić własną wolność, postanowiła – w odwecie za wyznaczoną datę aranżowanego ślubu – zniszczyć kilka domów. Wywołać chaos oraz strach. Zbudować wokół swojej osoby legendę, która dałaby Chandrze swobodę podejmowania decyzji na temat własnego życia. Pomysł wydania jej za mąż od początku, kiedy tylko powstał, gdy jeszcze była dziewczynką, budził jej wściekłość. Próbowała przemówić ojcu do rozsądku, błagała starszego brata o wstawiennictwo i ratunek, bezskutecznie. Opóźniła jedynie wykonanie wyroku.
Domem rządziła matka, która miała jej dość. Matka, która przez te dwadzieścia lat zdążyła znienawidzić własne dziecko, niezliczoną ilość razy powiedzieć głośno, że żałuje chwili jej narodzin.
Odrzucona, niechciana, skostniała wewnątrz. Dziewczyna poczuła się zdeterminowana jak nigdy wcześniej.
Ogień owinął pieszczotliwie palce Chandry, otulił nadgarstki i przedramiona. Stopił się w jedno z jej ciałem, ubraniem, nie robiąc krzywdy. Wypchnęła go delikatnie do przodu, aż zajęła się ściana i dach najbliższego budynku. Potem powtórzyła to wszystko kilka razy. Wybrała opuszczone chaty na obrzeżach wioski, nie chciała nikogo skrzywdzić, jedynie obronić siebie. Nie mogła zdawać sobie sprawy z konsekwencji… Nie mogła!

Była bezradna wobec armii, która przybyła zmieść jej wioskę z powierzchni ziemi. Choć piromantka walczyła wściekle, nie mogła uratować nikogo. Ani swojej rodziny, ani sąsiadów. Zapłacili wysoką cenę za pożar, który wywołała. Przysłani przez pobliską świątynie żołnierze byli świetnie wyszkolonymi zawodowcami. A ich zadanie brzmiało: zabić ludzi skalanych magią ognia. Kapłani uznali, że tak rozległych zniszczeń nie mógł dokonać jeden mag.
Chandra, ukryta w cieniu budynków, słyszała, jak odczytują wyrok.
Tych, których nie dosięgły miecze lub włócznie, strawił dziki, nienasycony ogień, którym otoczyła się w odpowiedzi na próbę schwytania. Jednak ich było wielu, a ona jedna, przepełniona żalem i bólem. W końcu udało się im ją złapać, przycisnąć do jej szyi ostrze miecza. Na skórze zawisła kropelka krwi, Chandra dyszała ciężko, brudna i obolała, a kiedy już miała umrzeć, żar jej duszy wybuchł iskrą.

Tak, podobnie jak wielu innych przed nią i po niej, Chandra odkryła w sobie iskrę Wędrowca, pozwalającą jej na przenoszenie się między równoległymi światami. Nie była odmieńcem, wyrzutkiem albo potworem, ale utalentowaną czarownicą ognia.
Rzeź naznaczyła Chandrę. Spopieliła jej zdolność odczuwania współczucia, naruszyła tę delikatną równowagę emocji. Zmieniła dziewczynę w żywioł. Ogień na stałe wypełnił jej żyły, otaczał aureolą jej włosy, stopy i dłonie. Był przy niej, a ona była tym żarem i gorącem.

Kiedy Jace Beleren przyłożył chłodną dłoń do czoła Chandry, przypieczętowując jej przegraną, poczuł gorąco, które jednak nie mogło zrobić mu krzywdy. Zmęczył dziewczynę magią iluzji, które – choć rozpadały się pod wpływem wściekłych ataków – odradzały się z jego magii bez końca. Teraz plótł wokół niej paraliżujący czar, odbierający możliwość ruchu, hamujący wolę. Jednocześnie to samo zaklęcie, na wskroś przesiąknięte magią powietrza i wody, otworzyło przed Jacem drogę do umysłu Chandry. Klęczała przed nim, łzy płynęły po jej bladych policzkach, płonące dotąd rude włosy, zgasły. Zwisały wokół jej twarzy, wiły się na ramionach i karku, nieczesane od dawna. W umyśle czarodziejki także panował bałagan. Tak wielki, że Beleren zastanawiał się, jakim cudem w ogóle funkcjonowała. Wyglądało to tak, jakby ktoś schwytał żywy ogień, a następnie wtłoczył go między ludzkie myśli. Chandra była jak pożar, jak żądza.
W końcu cofnął palce, wiedząc, że gdyby dotykał jej i tych myśli sekundę dłużej, spłonąłby, a ona razem z nim.

25.07.2014

Zabawa



Szarpnął ją za warkocz. Wykrzywiła się i pisnęła, więc pociągnął mocniej.
– Nie lubię się z tobą bawić – stwierdził.
Popatrzyła na niego ufnie, jednocześnie z oddaniem i współczuciem. Nie próbowała się uwolnić, nie narzekała. Nawet podniosła rękę, próbując dosięgnąć bladego policzka chłopca. Chociaż byli rówieśnikami, sięgała mu zaledwie do ramienia. Górował nad nią nie tylko wzrostem, ale także siłą, co zresztą często podkreślał.
– Oni nie chcą się z tobą bawić, a ja tak – szepnęła.
Prawda sprowokowała go do kolejnego szarpnięcia za włosy. W zielonych oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Za to jego – szare – pozostały zimne i obce. Zacisnął wąskie wargi, napiął plecy.

Złościł się, kiedy przypominała mu, że wszystkich przeraża. Nie skomentował tego, co powiedziała. Prychnął lekceważąco, po czym odepchnął ją tak, że zachwiała się i upadła. Nie próbował jej podnosić, nie przeprosił. Tylko obserwował, jak wstała z trudem, otrzepując prostą beżową sukienkę z piachu i brudu.
– Jesteś beznadziejna – burknął.
Podniosła głowę i splotła dłonie przed sobą, zanim odpowiedziała:
– Ale cię kocham – przyznała.
Uśmiechnęła się delikatnym uśmiechem kogoś, kto wie więcej.
– Chociaż ty siebie nienawidzisz, bracie – przypomniała cichym, łagodnym tonem.

Wykrzywił się w tak dobrze znanym jej grymasie, prawie drżał z wściekłości. Ruszył do przodu, nim zdążyła zareagować. Uderzył ją z całej siły w klatkę piersiową, a nim ponownie upadła, zacisnął pięści na przodzie sukienki. Jego blade, długie palce wpijały się w materiał, który – ściągnięty pod szyją – utrudniał dziewczynie oddychanie.
– Skończ! – rozkazał. – Nie chcę tego słuchać – wrzeszczał, a kropelki śliny spadały na jej twarz.

Znów nie próbowała mu oddać. Gdyby go uderzyła, byłoby tylko gorzej. Obserwowała, jak ciężko oddycha, szukając możliwości wybrnięcia z sytuacji. Jego twarz stężała, aż w końcu powoli rozluźnił chwyt. Żeby nie upaść kolejny raz, przytrzymała się ramienia brata. Nie strząsnął jej ręki z siebie, nic nie powiedział. Z zamkniętymi oczami, z opuszczoną głową, próbował zaakceptować fakt, że nikt poza nią nigdy nie będzie chciał się z nim bawić. Nigdy – jak wyrok bez możliwości odwołania.

Kiedy zyskała pewność, że jego wściekłość wyparowała, podeszła bliżej. Opuściwszy ręce wzdłuż boków, wspięła się na palce.
– Kiedyś znajdę właściwą osobę, bracie – wyraźnie akcentowała każdy wyraz. – I wtedy już nigdy nie będziesz musiał się ze mną bawić – obiecała.
Coś w jej głosie kazało mu wierzyć, że dotrzyma słowa. Może właśnie pod wpływem tej pewności, ledwie muskając, drżącymi palcami pogłaskał ją po włosach.

– Okaże się, siostro. – W szarych oczach na ułamek sekundy zamigotała nadzieja.

23.05.2014

Głodna



Pora na... 


Nad Krainą Ooo zapadał zmierzch, kiedy Finn, zapatrzony na zachodzące za horyzontem słońce, powoli przymknął powieki. Dzień pełen wrażeń, kolejnych przygód i walk, wyczerpał nawet chłopca. Jake chrapał już smacznie w swoim łóżku. Finn też powinien udać się na spoczynek, ale z jakiegoś powodu siedział na trawie za domem i –na wpół drzemiąc, pogrążony w marzeniach, do których nigdy by się nie przyznał – pozwalał mijać kolejnym sekundom.

Nagle zimny dreszcz przebiegł Finnowi po plecach, a chwilę później poczuł lodowate dłonie zaciskające mu się na karku. Tuż przy jego uchu rozległ się warkliwy, złowrogi szept:

– Zgadnij kto, człowieku.

– Ma… Marcelina – wyjąkał.

Jakby towarzystwo wampirzycy nagle rozbudziło go i odebrało spokój. Dziewczyna, w charakterystycznym dla siebie stylu – unosząc się w powietrzu – z palcami owiniętymi wciąż wokół jego szyi, pojawiła się przed nim, obrócona do góry nogami. Długie, ciemne jak mrok włosy tym razem splotła w piękny warkocz, którego koniec kołysał się hipnotyzująco tuż nad ziemią.

Finn zadrżał, choć przecież nie bał się niczego ani nikogo, a już na pewno nie Królowej Wampirów.

W odpowiedzi na to badawczo zmrużyła powieki, skupiając spojrzenie czarnych oczu na twarzy przyjaciela. On odruchowo zagapił się na ślady ugryzień na jej wątłej, wygiętej szyi. Blizny kontrastowały z tym, jak była blada, a to z kolei podkreślały ostatnie promienie słońca, na szczęście zbyt słabe, by zrobić wampirzycy krzywdę.

– Jestem taka głodna, Finn – szepnęła.

Delikatnie przesunęła opuszkami palców po jego policzkach, psotnie zahaczając o krawędź czapki. Zanim chłopiec zdołał zaprotestować, szarpnęła, ściągając materiał z jego głowy. Jasne włosy rozsypały się na czoło chłopca w burzy niesfornych, zaniedbanych kosmyków.

– Jestem głodna – powtórzyła. – A ty mnie nakarmisz, prawda? – spytała, przysuwając się bliżej.

Ich usta prawie się stykały, więc policzki Finna pokrył rumieniec zawstydzenia. Czuł, jak ceglaste plamy wykwitają na jego policzkach i zdradziecko wpełzają aż na uszy. Marcelina zachichotała, na wpół diabolicznie, na wpół rozbawiona.

– To… – Finn próbował powiedzieć cokolwiek, ale nie zdążył.

Wampirzyca już łapczywie wsysała czerwień wprost z jego skóry.

Gdy skończyła, a trwało to zaledwie mgnienie, mlasnęła zadowolona i rozpłynęła się w powietrzu, nie słysząc, jak chłopiec dokończył zdanie.


– … byłby dla mnie zaszczyt – wyznał cicho. 

... deser!


22.03.2014

Cztery smaki uczuć



Wiosna
Oh, kiss me beneath the milky twilight
Lead me out on the moonlit floor
Lift your open hand
Strike up the band and make the fireflies dance,
Silver moon's sparkling
So kiss me1

Las wydawał się pogrążony we śnie, tylko wiatr szumiał lekko w koronach drzew. Wszystko ucichło jednak, gdy kobieta dotknęła policzka swojego męża. Jej blada dłoń była lodowato zimna, ale on nie cofnął się, przeciwnie – wtulił twarz w idealne palce, lekko się o nie ocierając. Jakby go zaczarowała. Patrzył na piękną twarz żony i czuł się szczęśliwy. Choć ich serca nie biły, wypełniała je miłość. Uczucie, które pokonało śmierć i przetrwało dramatyczne rozstanie. Emocja zdawała się wypełniać ich ciała i rozpalać w złotych tęczówkach radosne iskierki. Bella zagryzła dolną wargę. Walczyła z samą sobą, z barierą kreowaną przez jej umysł. Kiedy udało się ją zburzyć, Edward mógł zobaczyć wszystkie myśli ukochanej. Sny krążące wokół niego, kiedy jeszcze była człowiekiem. Wspomnienie pierwszego, przyprawiającego o utratę tchu, pocałunku. Strach i smutek, gdy ją opuścił, choć teraz wiedziała już, że zrobił to dla jej dobra. Dla niej mógł umrzeć i nie wyobrażał sobie życia bez Belli u swojego boku. Dziś, gdy od ślubu minęło dziesięć lat, powoli docierała do niego świadomość, że mają dla siebie wieczność. Nic nie mogło ich rozdzielić. Właśnie to widział w myślach żony. Pewność, oparcie, szacunek i przywiązanie. Sympatię, oddanie i przyjaźń. Niteczki więzi zaciskały się z każdą sekundą mocniej, choć nikt nie wierzył, że można kochać bardziej. Uczucia wisiały niemal namacalne w powietrzu wokół pary. Edward odetchnął i położył swoją dłoń na dłoni żony, dając jej tym samym znak, że może znów zamknąć swój umysł. Przez chwilę na jej twarzy widoczne było rozczarowanie i frustracja. Mimo upływu czasu i ćwiczeń, opuszczenie mentalnej tarczy wciąż było trudne i wymagało od kobiety skupienia i wysiłku. Uśmiechnął się do niej lekko. W odpowiedzi zachichotała jak wtedy, gdy miała siedemnaście lat. Zamknęła oczy, czując wargi męża na swoich ustach. Smakował słodko. Jak pierwsza wata cukrowa, którą się je niedowierzając, że rodzice zgodzili się ją kupić. Jak pierwsze lody waniliowe, orzeźwiające w słoneczny dzień. Jak pierwsze udane, własnoręcznie upieczone ciasteczka. Zawsze wydawało się im, że przeżywają to pierwszy raz – odkrywając siebie i swoje dusze.



Lato

Gladly now
Please suck me dry
And still you'll cry
To be back in her bosom
To do it again
Pray 'til I go blind
Pray 'cause nobody ever survives
Praying to stay in her arms
Just until I can die a little longer
Saviors and saints
Devils and heathens alike
She'll eat you alive2

Jęknęła, gdy poczuła jego zęby na swojej szyi. Musnął ustami obojczyk, a potem ułożył się tak, by móc szeptać wprost do jej ucha.
– Pragnę cię całej. – Pogłaskał blade, szczupłe przedramię. – Chcę słyszeć, jak prosisz mnie o spełnienie – kontynuował, pieszcząc drobne piersi.
Wygięła się lekko pod wpływem dotyku, łkając cicho.
– Chcę widzieć twoją rozkosz. – Igrał z pożądaniem, czubkami palców sunąc w dół brzucha ukochanej.
Warknęła gardłowo, chwyciła nadgarstki męża i podnosząc mu ręce nad głowę, usiadła na jego biodrach.
– Teraz ja dyktuję warunki – szepnęła, a coś w jej oczach świadczyło o tym, że nie ma szans na ratunek.
Pasja i pożądanie, których nie mogli nasycić, wciąż buzowało w ich krwi. Mimo pięćdziesięciu lat wspólnego życia, zachowywali się jak para nastolatków. Zresztą tak właśnie wyglądali – uwięzieni w ciałach zbyt młodych na dorosłość. Spragnieni siebie, wciąż głodni bliskości. Nie tylko psychicznej, ale też fizycznej. Niekiedy egoistycznie narzucający drugiej stronie gry o zawiłych zasadach, których nie pojąłby nikt inny. Edward bezpowrotnie utracił swoją niewinność – rozsmakował się w braniu i dawaniu. Bella od dawna nie pamiętała o wstydzie – prosiła, żądała i nauczyła się błagać o rozkosz. Czasami czuła pod powiekami pieczenie i wiedziała, że gdyby mogła się rozpłakać, płakałaby setki razy. Z powodu upokorzenia, z przyjemności, ze wzruszenia. Z milionów powodów, które przytłaczały osobowość kobiety i kształtowały ją od nowa. Zmieniała się nieubłaganie. Zapominając o tym, jak proste i naiwne było jej ludzkie życie. Jak krótkie i nic nie znaczące. Mignęło. Kiedy wtedy skoczyła z klifu, zobaczyła je całe – od początku. Nieruchome obrazki, przesuwające się w jej umyśle, jak osobliwy pokaz slajdów. Słona, zimna woda. Gdy spotkała Cullena, wszystko się zmieniło. Również dla niego. Stał się bardziej drapieżny, niebezpieczny – rozchwiany emocjonalnie. Szukał wraz z nią czegoś, co nieosiągalne majaczyło na linii horyzontu. Odsunął się od rodziny, podporządkowany umykającemu celowi – zlany z Bellą w jedno ciało, jeden gardłowy okrzyk orgazmu.



Jesień

I can fly
But I want his wings
I can shine even in the darkness
But I crave the light that he brings
Revel in the songs that he sings
My angel Gabriel
I can love
But I need his heart
I am strong even on my own
But from him I never want to part
He's been there since the very start3

– O co ci chodzi, do cholery?! – krzyczał na całe gardło, zaciskając dłonie w pięści. Spojrzała na niego z wyrzutem, a w jej czarnych oczach pojawiło się rozczarowanie.
– O nic – warknęła. – O pierdolone nic – dodała.
– To czemu się tak zachowujesz? – Starał się opanować drżenie głosu i mówić ciszej, ale wyglądało na to, że tylko jemu zależy, żeby zakończyć tę bezsensowną kłótnię. Kolejną w ostatnim czasie. Martwił się, ale nie potrafił znaleźć przyczyny pretensji Belli. Miał dość starania się trafiającego w próżnię. Poirytowany pozwolił wciągnąć się w sprzeczkę o nic, a teraz stali naprzeciw siebie i wydzierali się na całe gardła. Jak dwa walczące o ochłap padliny kundle.
– Bo mam taką ochotę – syknęła.
– To nie jest odpowiedź! – Miał ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami, ale jeszcze tliła się nadzieja, że jeśli będzie dość cierpliwy, Bella uspokoi się i ustąpi.
– Dla mnie jest – burknęła pod nosem i wyszczerzyła zęby, gotowa rzucić się na niego, gdy zrobił krok w kierunku żony. Opuścił ręce w całkowitej rezygnacji. Pokręcił przecząco głowo i szepnął:
– W ten sposób nie dojdziemy do niczego dobrego. Porozmawiamy spokojnie rano, kiedy wrócę... – I zanim mogłaby go powstrzymać, wypadł przez kuchenne drzwi wprost do lasu. Wiedział, że nie będzie go szukała. Nie robiła tego od przeszło dwudziestu lat. Ponad wiek razem nauczył Edwarda, że kobiety są skomplikowane i nic, co działało wczoraj, nie skutkuje jutro. Tymczasem ona usiadła na podłodze w ich małym salonie i łkała wściekła, że nie może płakać. Wściekła, że musi pić krew. Wściekła na niemożność normalnego spaceru ulicą w ciągu dnia – ciekawe, co powiedzieliby ludzie, gdyby zaczęła się iskrzyć w słońcu jak pieprzony brylant. Wściekła na siebie, na niego, na wszystko. Samotna, stęskniona i sfrustrowana. Miała wrażenie, że na języku czuje kwaśny smak zepsutego mleka, ale to tylko jad spływał do jej ust pod wpływem emocji. Potrzebowała kogoś, komu mogłaby powiedzieć o wszystkim, a Edward tylko uciekał. Nie przytulał jej, nie głaskał po głowie, nie towarzyszył w tych prostych czynnościach, których wspólne wykonywanie kiedyś tak ich cieszyło. Był obok, a ona pozwalała mu na to. Nie wnikała w jego ból, rozdzierający wrażliwy umysł, gdy zostawiał zrozpaczoną żonę, nie potrafiąc przeczytać w jej myślach, o co tak naprawdę chodzi. Przeczuwał prawdę i nie miał sił, by się z nią zderzyć. Tkwił w swoim najgorszym koszmarze.



Zima

Why the fuck why the fuck are you looking at me
There's a time for us all and I think yours has been
Can you please hurry up cos I find you obscene
We can't wait for the day that you're never around
When that face isn't here and you rot underground
Can't believe your were once just like anyone else
Then you grew and became like the devil himself
Pray to god I can think of a nice thing to say
But I don't think I can so fuck you anyway
So fuck you anyway4

Patrzyła w płomienie, odczuwając ulgę. Gorzkie ukojenie. Znów wolna, choć bez szans na odzyskanie tego, co straciła. Zaśmiała się, krzywiąc twarz. Smrodliwy dym wdarł się do jej gardła, przypominając o tym, co właśnie zniszczyła. Dwieście lat razem. Sto lat męki. Pogrążała się w smutku i żalu powodowanymi utratą kogoś ważnego. Opłakiwała samą siebie – siedemnastoletnią, nawiną zakochaną dziewczynę, którą własne kompleksy i idealizm zapędziły w zaułek bez wyjścia. Zaszczuły ją i podporządkowały. W końcu, gdy dała upust całej nagromadzonej wściekłości, tłumionej nienawiści, pozostała jedynie ucieczka. Nie planowała tego, choć czasami zdarzało się, że myślała o tym, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy nie spotkała wampira o miedzianych włosach i złotych oczach. Oczach, które zgasły bez walki. Dawno temu. Wszystko mija. Czas nie zna litości. Nie zatrzymuje się i nie zastanawia. Jest boleśnie obiektywny i ślepo sprawiedliwy. Bella wyciągnęła rękę w stronę płomieni, przez chwilę pragnąc poczuć ich ciepło, ale niemal natychmiast cofnęła dłoń. Nic nie mogło skruszyć lodu, który skuł jej jestestwo. Płonęły książki, ślubna podwiązka, wstążka zdobiąca pierwszy gwiazdkowy prezent, wszystko. Zapatrzona w przestrzeń, starając się zamknąć skończony rozdział, szepnęła:
– Na swój sposób będę cię zawsze kochać, Edwardzie. Teraz jednak muszę odejść i nie chcę brać cię ze sobą. Żegnaj.
Odwróciła się i pobiegła w stronę nowego życia, które miała nadzieję odnaleźć na jednej z licznych ścieżek. Wiedziała, że nie zasługuje, ale tak bardzo pragnęła kolejnej szansy. Łudziła się, że czeka na nią coś dobrego. Gdzieś tam, przed nią. Kluczyła między drzewami, niczym zwierzę gonione przez watahę wilków – pewne, że gdy tylko się zatrzyma, nastąpi koniec. Bella bała się końca. Przerażał wizją nicości, czekającą wszystkich jej podobnych. Biegła. Czuła wiatr na twarzy – ożywczy, kojący, pieszczotliwy. Nie oceniający ani jej, ani Edwarda.

---------

1 – Sixpence None the Richer – Kiss Me
2 – Puscifer – Rev 22:20
3 – Lamb – Gabriel
4 – Archive – Fuck You


1.12.2013

Kiedyś, wcześniej, później, zaraz, już



Kiedy Dean patrzył ukradkiem na swojego przyjaciela (byłego anioła!) zawsze łudził się, że nikt nie widzi tych spojrzeń.
Zielone oczy łowcy wyrażały więcej od słów, na które nigdy nie znajdował sposobności ani ostatecznej formy.
Dziękuję, że wyciągnąłeś mnie z Piekła. Żałuję, że nie pamiętam twoich skrzydeł, brzmiało cholernie źle. Kropka.

Castiel nie radził sobie z człowieczeństwem. Spadło na niego gwałtownie, podobnie jak innych dotykały choroby. Zniewalało jego umysł.
Nie rozumiał natłoku emocji, przerażała go kruchość ciała i to, że był bezradny. Stworzono go do czegoś większego. Do walki.
Teraz wiedział tylko jedno, że przyjdzie mu umrzeć. Kiedyś. Zapewne wcześniej niż później. Nie miał już skrzydeł, które mogły go uchronić przed niechybnym losem.
Zamiast ich potężnej ochrony, swoim bliskim oferował jedynie dwie słabe dłonie i serce. Serce sprawiające zbyt wiele kłopotów. Bijące za szybko na samą myśl o tym, by podejść do Deana, a następnie cichym głosem wyznać:
– Chciałbym jeszcze latać.

Intensywność snu sprawiła, że Dean wybudził się gwałtownie, zdezorientowany i zagubiony. Moc Casa już nie koiła umysłu łowcy, ale może to i lepiej, że koleś w znoszonym płaszczu nie mógł grzebać mu w głowie?
Dean podniósł się powoli, w ciszy przeszedł do łazienki. Tam, za zamkniętymi drzwiami, ochlapał twarz zimną wodą, po czym zagapił się na własne odbicie w lustrze. Byle nie zerkać w dół, nie myśleć zbyt wiele o tym, jak bardzo pragnął tego, czego nie mógł mieć.
Naprawdę niewiele brakowało, by obudziło go zupełnie coś innego od ukłucia strachu. Nie byłby to pierwszy raz. Chciał zapomnieć, nie umiał.
Koszmar przypominał Piekło, jednak w ogóle nie przywoływał tamtych (zalanych alkoholem) uczuć. Wszędzie unosił się przytłaczający zapach krwi, która płynęła z płytkich nacięć na bladej skórze. Dean wiedział, że to jego dzieło – upajało go to.
Nie było żadnych innych detali, tylko rany precyzyjnie wycięte w kształt skrzydeł na plecach Castiela.

Motelowe drzwi odbiły się z hukiem od ściany. Dean poderwał się od stołu i już sięgał po broń, gdy zarejestrował, że na progu pokoju stoi Cas.
– Przepraszam, Dean – wyszeptał mężczyzna.
Łowca nie wiedział, czy przyjaciel przeprasza go za swoje zniknięcie bez słowa tydzień temu czy za obecne wtargnięcie. Ostatecznie uznał, że chodzi o obie sprawy. Wyprostował się, opuścił ręce i wykrzywił kpiąco.
– Co ty odwalasz, Cas? – zapytał.
Były anioł wszedł do pomieszczenia, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Następnie odwrócił się przodem do Deana i popatrzył na niego tak, że Winchester mógł tylko podziękować Samowi w myślach za przesiadywanie w pobliskiej bibliotece.
– Musiałem coś załatwić – wyjaśnił mężczyzna, uniknąwszy odpowiedzi na pytanie.
Jednak zanim Dean zdołał to skomentować w jakiś wulgarny sposób, Cas zdjął kurtkę i koszulę, którą miał pod spodem.
Podszedł kilka kroków bliżej.
– Co ty… – jęknął Dean.
Próbował sobie wmówić, że jego dłonie nie drżą. To tak bardzo przypominało sen.
– Musiałem – powtórzył Cas, następnie ściągnął cienką koszulkę przez głowę.
Odrzucił ją niedbale na podłogę, obok innych ubrań. Dean udawał przed sobą, że nie czuje, jak ślina napływa mu do ust. Nim sięgnął do warg Castiela (TAK!), ten odwrócił się plecami, na których widniały ogromne, wytatuowane skrzydła.
– Musiałem – powtarzał bez końca.

Zatrzymali się w zaroślach nieopodal jeziora. Silnik Impali mruczał jeszcze przez moment, zanim Dean przekręcił kluczyk i wyciągnął go ze stacyjki. Cas popatrzył na niego niepewnym, zaciekawionym wzrokiem.
– I co teraz? – spytał tym swoim niskim, chropowatym głosem.
– Teraz wyskakuj z ciuchów, koleżko – rzucił Dean.
Prychnął z rozbawieniem, widząc unoszące się w zdziwieniu brwi mężczyzny oraz jego wypełniającą się strachem twarz.
– Idziemy się wykąpać w jeziorze, zanim podjedziemy po wielkoluda – wytłumaczył Winchester, siląc się na lekki ton.
Przecież nie chodziło o nic więcej, prawda? Wcale nie o to, by móc jeszcze raz zlustrować wzrokiem wygojone już od jakiegoś czasu skrzydła. Nigdy nie zapytał, jak Cas zniósł proces powstawania tak rozległego tatuażu ani tym bardziej o to, skąd wziął pieniądze, by zapłacić za coś tak… misternego. Całość tworzyły przeplatające się linie od głęboko czarnych do jaśniejszych, niemal szarych. Skrzydła wydawały się tak rzeczywiste, jakby Castiel miał je zaraz rozłożyć, błysnąwszy oczami pełnymi Łaski.
Dean wiedział, że w torbie na tylnym siedzeniu auta znajduje się anielski sztylet. Owinięte w cielęcą skórę ostrze od dawna była jedyną pamiątką po tym, kim niegdyś był ich trzeci do pary. Sam rozważnie niczego nie komentował. Przynajmniej nie na poważnie. Czasami z nich żartował, ale na jego miejscu, Dean robiłby dokładnie to samo. Niemal prosili się o głupie komentarze.
Ciągle krążący wokół siebie, ale nigdy razem.
Cas pierwszy wysiadł z samochodu, rozbierał się bez zbędnych ruchów czy wahania. Kiedy został w samych majtkach – krótkich, czarnych bokserkach – spojrzał na również rozebranego łowcę i w niebieskich oczach zabłysło wyzwanie.
– Kto ostatni w wodzie, ten idzie po żarcie – krzyknął.
Puścił się biegiem. Dean patrzył na harmonijne ruchy jego ciała, które w końcu przywykło do człowieczeństwa. Skrzydła w ruchu tańczyły mężczyźnie przed oczami. Zapragnął ich dotknąć, zwinąć się pod nimi, otrzeć o ich powierzchnię. Pobiegł w ślad za upadłym aniołem, który teraz wydawał się niedościgniony, ale tylko pozornie.
Nim Castiel zdołał dotrzeć do wody, Dean złapał go rękami w pół, po czym siłą rozpędu okręcił prosto w lodowatą wodę. Wpadli do niej obaj, krztusząc się i kaszląc.
– Dean! – oburzył się Cas.
Jednak nie zdołał powiedzieć już nic więcej. Spojrzenie zielonych oczu przewiercało go, rozbijało na kawałki. Półleżeli w płytkiej, zimnej wodzie. Umazani przybrzeżnym szlamem, zmarznięci i potłuczeni, bo przecież Dean wszystko musiał zrobić po swojemu.
Castiel przymknął powieki, westchnął z rezygnacją i sięgnął po usta, które kusiły go od tak dawna.
Zlizał każde przekleństwo, wszystkie zwątpienia, bluźnierstwa i pochopne słowa.
Dean warknął i wgryzł się w dolną wargę Casa, zjechał zębami niżej, badając jego pokrytą dwudniowym zarostem brodę, potem szyję. Następnie wrócił wyżej, by wyszeptać wprost do jego ucha:
– Jeśli natychmiast mnie nie powstrzymasz, zerżnę cię tu i teraz.
Castiel jedynie wygiął się do tych słów, wypychając swoje biodra w kierunku ciała, które kiedyś sam odtworzył – komórka po komórce – na którym zostawił czerwony odcisk dłoni. Pragnął, by Dean zostawił na nim równie jednoznaczne ślady oraz zwyczajnie pragnął.
Jęknął, gdy poczuł palce łowcy badawczo przesuwające się po jego mokrej, pokrytej gęsią skórką i wilgotnym piaskiem skórze pleców.
Tak dobrze było móc znów latać.


20.03.2013

Z piętnem



Zanim

Dean oparł dłonie o brzeg umywalki. Spojrzał zmęczonym wzrokiem na swoje odbicie w lustrze. Wyglądał tak jak się czuł – wymięty, bez motywacji. Westchnął, przekręcając kurek. Palce mrowiły, kiedy zanurzył je w lodowatym strumieniu. Po chwili ochlapał wodą twarz oraz kark. Nie pomogło, więc zakręcił kurek, powstrzymując się od stłuczenia lustra pięścią.
Zostawił rok względnie normalnego życia, by znów ruszyć na polowania. Problem polegał na tym, że nie poznawał własnego brata. Naprawdę chwilami sądził, że w ciele Sama wciąż znajduje się Lucyfer. Może uśpiony lub osłabiony? A może to blizna po byciu naczyniem archanioła, rozważał w kolejnej zatęchłej łazience podrzędnego motelu.

– Pieprzyć to – burknął do siebie. 

Wytarł wilgotne dłonie o nogawki spodni.
Skoro jego brat i tak nie zamierzał niczego wyjaśnić, a Castiel był zajęty swoją wojną i najwyraźniej, choć przegrywał, nie planował poprosić o pomoc, to Dean mógł wyjść do baru. By tam upić się w przyjemnym wizualnie towarzystwie. Patrzenie nie bolało, nie wymagało podejmowania decyzji. Było bezpieczne… i uczciwe. Łowca zdusił w sobie niepokój dotyczący faktu, że Lisa też miała prawo przyglądać się innym mężczyznom. Nie chodziło nawet o zazdrość. Raczej o to gorzkie uczucie, kiedy ktoś sięgał po twoje marzenie i spełniał je bez wysiłku, podczas gdy ty próbowałeś bez skutku uzyskać chociaż namiastkę takiego efektu.

– Kurwa – mruknął cicho, wychodząc z łazienki. 

Trzasnął drzwiami mocniej, niż wymagała tego sytuacja. Zignorował drżenie rąk, ściągnąwszy brudną koszulkę. Wiedział, że na ramieniu wciąż ma wyraźny ślad ręki Casa. Castiela, upomniał się zgryźliwie w myślach. Czasem pragnął zapomnieć o okolicznościach, w jakich powstała szczególna blizna. Poudawać kilka dni dłużej, że jest zwykłym człowiekiem.
Kilkakrotnie rozważał modlitwę – szczerą i prostą. Chciał nawet zaproponować przyjacielowi męski wieczór. W odrobinę normalniejszym świecie wciąż mogliby iść na piwo razem. Anioł nie rozumiałby połowy żartów, a pozostałe traktował jak oburzające bluźnierstwa. Dean za to wypiłby za dużo i powiedział jakieś ckliwe słowa bez znaczenia. Sam następnego dnia byłby skończoną suką, nabijając się z jego kaca i sińca pod okiem.
Ale ta rzeczywistość nie była normalna. Mimo że planeta jakoś przetrwała apokalipsę, efekt wydawał się nieprzyjazny, wręcz opaczny.
Dean wyciągnął z torby czystą, czarną koszulę. Wciąż ściskał ją w palcach, kiedy za jego plecami rozległ się charakterystyczny szum skrzydeł. Mężczyzna miał ochotę sarknąć coś na temat prywatności, gdy w pomieszczeniu rozległ się charkot, a potem huk. Z wyuczoną sprawnością, konieczną w prowadzeniu rodzinnego biznesu, Winchester odwrócił się, odrzucił koszulę, jednocześnie wyciągając spomiędzy pozostałych ubrań zapasowy pistolet.
Odbezpieczył go i wycelował w… zakrwawionego Castiela, który klęczał na brudnej wykładzinie. Zdezorientowany Dean, nie odkładając broni, przykucnął obok anioła. Oparł go o siebie, po czym odwrócił tak, by widzieć jego twarz.

– Cas, co się stało? – zapytał cicho. 

Wyglądało to źle, wręcz makabrycznie.
Niebieskie oczy przysłaniała dziwnie obca mgła cierpienia. Płaszcz był brudny od krwi, podarty w kilku miejscach, koszula już nawet nie przypominała białej, a krawata zwyczajnie nie było.

– Co się stało, Cas?! – powtórzył głośniej. 

Telefon leżał na stoliku (Gdzie jesteś, Sam?!), ale łowca bał się zostawić anioła, nie zmierzał też odkładać pistoletu. Cokolwiek zmasakrowało Castiela, mogło przyjść jego śladem i choć zapewne zwykłe kule się tego nie imały, to tak było łatwiej.

– Dean, przepraszam – zdołał wykrztusić anioł. – Usłyszałem cię – wycharczał.

Z kącika jego ust wypłynęła przy tym strużka krwi.

– Próbowałem nie – jęknął. – Tak bardzo mi przykro – dodał, a kolejny rdzawy strumyczek wyciekł z jego nosa. 

Kurwa, czy jego ciało nie powinno się już uzdrowić, panikował wewnątrz swojego umysłu Dean.
Zanim to uczucie zadomowiło się w nim, zanim rozpoznał jego wszystkie warstwy, czy oswoił to, że przeraża go utrata Casa, w pomieszczeniu ponownie rozległ się szelest skrzydeł. Obcy i groźny, wypełnił ciasną przestrzeń obskurnego pokoju. Winchester bez zawahania skierował pistolet w stronę, skąd dobiegł dźwięk, ale w tej samej chwili został po prostu unieruchomiony potęgą zimnej, wrogiej Łaski.
Obserwował, jak anioł – wtłoczony w ciało szczupłego, wysokiego nastolatka – materializuje w swojej dłoni ostrze. Nieprzerwanie walczył, by nacisnąć spust. Słyszał nieregularny i zbyt ciężki oddech Castiela, który właśnie zamknął oczy. Czuł ciężar przyjaciela wciąż przyciśniętego do jego klatki piersiowej. Nie mógł nic zrobić.
Cas, jesteś nam potrzebny, wrzeszczał w swojej głowie. Zrób coś, cokolwiek, szeptał w myślach. Znamię na ramieniu pulsowało wściekle po raz pierwszy, odkąd dusza Deana została uratowana z piekielnych czeluści. Bezsilność niemal dusiła Winchestera. Kiedy drobna dłoń (łowca mimowolnie zapamiętywał każdy szczegół) uniosła sztylet do ciosu, mężczyzna chciał już tylko, by było po wszystkim. Gdy nadeszło uderzenie – ostateczne, pewne – pokój wypełnił wybuch jasnego, parzącego światła oraz znajomy świdrujący dźwięk prawdziwego anielskiego głosu.
W momencie śmierci Castiel krzyczał z bólu.
Zadrżały szyby w oknach, zamigotała, po czym zgasła jedna z żarówek, na parkingu zawyły alarmy w kilku samochodach. Właśnie to uświadomiło Deanowi, że Cas i tak konał, a dźgnięcie w pierś jedynie zakończyło mękę.
Cisza przyniosła ze sobą pustkę oraz zmiany.

Sam otworzył drzwi motelowego pokoju i kilka razy zamrugał. Jego półnagi brat siedział na podłodze, obściskując się ze swoim aniołem.
Ale coś w tej układance nie grało. Może ilość zaschniętej krwi na ubraniu Castiela? Może odbezpieczony pistolet leżący na wykładzinie? Może to, że na boku Deana było widać cień czegoś, co niebezpiecznie przypominało koniec dużego, ptasiego skrzydła. Sam kaszlnął, wsunął się do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
– Zbieraj się, chłopie – oznajmił chłodno. – Musimy uciekać – dodał, autentycznie niewzruszony faktem, że Dean ma zapłakaną twarz, nieobecny wzrok i nadal szlocha. Priorytetem było oddalić się stąd jak najszybciej.
Jeśli nie zdążą wyjechać, nigdy się z tego nie wyplączą, a Sam nie miał ochoty znów ukrywać się przed policją. Machinalnie zgarnął obie torby, broń oraz kluczyki. Dean na pewno nie powinien prowadzić w takim stanie.

Długo po

Skrzydlaty bratobójca zniknął od razu, jak tylko przebrzmiał rozdzierający powietrze wizg. Nie zaszczycił człowieka choćby spojrzeniem. Poza czasem apokalipsy Winchesterowie byli po prostu kolejnymi bezwłosymi małpami, nie było sensu brudzić sobie rąk (Łaski?) ich krwią.

Kto przypuszczał, jaki wpływ może wywrzeć na ludzkim umyśle zew konającego anioła? Anioła, którego tym razem nikt nie wskrzesił. Naczynie Castiela zostało spalone, a prochy rozsypane. Dean zachował jedynie pasek tego przeklętego płaszcza. Woził go w bagażniku auta jak przerażającą maskotkę albo talizman.
Bobby wysnuł logiczną teorię, według której to więź łącząca Deana z Casem spowodowała to, co stało się ze starszym z braci. Wciąż był świetnym łowcą, być może nawet lepszym niż dotychczas, jedynie… przestał się wahać. W duecie z Samem stanowili coś tak potężnego, a jednocześnie odrażająco nieludzkiego, że ich przybrany ojciec uznał za stosowne, by się od chłopców odciąć.
Bał się tego, czym się stali. Bał się, że przebywając zbyt blisko, pozwoli się tej sile skorumpować, a wiedział, że nigdy nie znajdzie w sobie dość odwagi, żeby ich zabić. Co jakiś czas docierały do niego sygnały. O kolejnych spalonych do fundamentów siedzibach wampirów lub o wilkołakach powieszonych wzdłuż głównej ulicy małego miasteczka (inicjatywa Deana, Samowi nie starczało cierpliwości na taką niepotrzebną finezję). W końcu usłyszał nawet o zupełnie niewinnym dzieciaku z Teksasu, którego znaleziono przybitego do drzewa za nadgarstki i stopy – to był zwyczajny nastolatek pochodzący z dobrej, wierzącej rodziny. Bobby nie dociekał, co sprowokowało braci. Wiedział, kiedy to były potwory, a kiedy Winchesterowie, choć granica między pierwszymi a drugimi dawno się zatarła.

Gdyby Sam zaprzątał sobie głowę takimi rzeczami jak wdzięczność, musiałby podziękować tamtemu aniołowi, który zamordował Castiela. Dzięki temu drobnemu wydarzeniu Dean stał się bardziej kompatybilny. Jedyna niedogodność polegała na tym, że czasem – o ironio – odlatywał i wtedy należało go pilnować. Ale Sammy wciąż nie potrzebował snu (jego starszy brat zdawał się nie mieć z tym problemu), więc w większości przypadków skutecznie powstrzymywał przykre konsekwencje takich załamań. Jeśli nawet mu się nie udawało, i tak byli najlepszym duetem łowców od stuleci. Bilans uratowanych niewinnych duszyczek wciąż mieli dodatni, nieważne jak bardzo Dean starał się to zmienić.
– Taki bym był – mamrotał czasem starszy z mężczyzn. – Dokładnie taki bym był – powtarzał bez końca. Chociaż jego oczy wciąż były zielone, to zdawało się, że pożera je czerń. Samowi to nie przeszkadzało. Dean nie był demonem. Jeśli cokolwiek go opętało, to tylko strata oraz wynikające z niej szaleństwo.
Znamienne, że od tamtego dnia nie zadzwonił do Lisy, nie napisał do kobiety, nie odpowiadał też na jej próby kontaktu. Po prostu podjął decyzję, po czym żył z konsekwencjami tego czynu.
Sam przyjmował brata bez wyjątku, w całości.

Czasem po prostu uważnie patrzył. Ukryty w cieniu drzew obserwował lekko zaparowane wnętrze Impali. Na tylnym siedzeniu samochodu Dean szamotał się, pospiesznie zdejmując kolejną warstwę ubrań. Pod nim chichotała jedna z tych jednorazowych panienek, które używasz, porzucasz i zapominasz. Sam uśmiechnął się półgębkiem. Wiedział, co usłyszy ta aż nazbyt chętna suczka, jeśli tylko spróbuje dotknąć czegoś poza penisem Deana. Nie, żeby Sama to jakkolwiek podniecało, po prostu kilkakrotnie słyszał przez cienkie ściany motelowych pokoi identyczne rozmowy.

– Czy to tatuaż? – padało pytanie doprawione zachwytem.
– Nie dotykaj! – warczał Dean.
– Ale… – Zachwyt znikał zastąpiony obawą.
– Dotknij to, a połamię ci palce.

Sądząc po tym, jak huśtał i trząsł się samochód, finał mógł być już blisko. Sam przeciągnął się leniwie. Chrupnęły zastałe łokcie oraz ramiona.
Nagle z auta dobiegł prawie zwierzęcy, gwałtowny skowyt i młodszy z braci cmoknął zniesmaczony, wywracając oczami. Tak trudno było pojąć jedno proste polecenie?
Dean, zanurzony w wilgotnej ciasnocie obcego ciała, patrzył na zniekształconą cierpieniem twarz dziewczyny. Gdyby była grzeczna, po prostu by ją zerżnął i może nawet odwiózł z powrotem do miasta? Ale ona musiała dotknąć jego klatki piersiowej, na której wciąż widniał odbity ślad anielskich skrzydeł. Zbezcześciła piętno swoimi plugawymi palcami, więc wyłamał je ze stawów, tak samo jak nadgarstek. Lekcje życia muszą boleć.
Krzyk, ten świdrujący, rozpaczliwy krzyk, tak bardzo przypominał łowcy śpiew anioła.