Panu C. Bo jest.
Iskra świadomości obudziła się w nim, kiedy jeszcze na wpół
bezkształtny, powoli wypełzał z magmy. Nie wiedział zbyt wiele, bo też nie
do tego został stworzony. Instynktownie chciał być posłuszny, czuł także trudny
do opisania głód. Na razie to go określało. Niewidzialna siła pchała go do
przodu, więc czołgał się, a potem stawiał jeszcze niepewne kroki, starając się
nie potykać o własne cztery kończyny.
Splątany z wyjątkowo mrocznej magii, ze smoczej krwi, z kipiącej
lawy, która stygnąc, oblepiała uproszczony szkielet z norytu, zaskamlał, gdy
niepewne łapki ugięły się pod jego własnym ciężarem. Zarył nosem w rdzawy piach
tuż obok potęgi, która wezwała go z krańców niebytu.
– Wyjątkowo udany – mruknął pod nosem Raum, zwany także
Księciem Piekieł. – Obiecujący diabelski pomiot – dodał z uśmiechem, patrząc w
kierunku stworzenia.
Czarne szczenię, z wirującymi wokół łap liźnięciami ognia,
obdarzyło swojego stwórcę spojrzeniem pełnym lojalności. W złotych oczach
zwierzęcia zamigotała chęć wiecznej gonitwy.
Demon kiwnął dłonią zachęcająco.
– Na imię sam sobie zapracujesz – powiedział. – Gdy
zdobędziesz dość dusz, o ile oczywiście nie zdechniesz w trakcie – dodał
obojętnie. – Nie będę życzyć ci powodzenia, twój miot jest bardzo rokujący,
może więc wrócisz… albo i nie – mówił niby do szczenięcia.
Bezimienny spostrzegł siebie jako narzędzie. Gdzieś wewnątrz
niego pękła pustka.
***
Jeszcze tej samej nocy płomienne łapy bestii po raz pierwszy nacisnęły
na klatkę piersiową człowieka. Brudne myśli, fantazje i decyzje ofiary z daleka
przyciągały zło jak magnes.
Ogień, intensywny zwłaszcza wokół szponów stwora i poduszek
zapewniających upiornie cichy chód, wypalał oddech istoty ludzkiej. Ciężar
szczenięcia, zwielokrotniony przez pradawną magię, uniemożliwiał wdech.
Tak było najłatwiej: zwęszyć trop, zakraść się pod osłoną nocy,
poczekać na odpowiedni moment. Potem tylko przycupnąć na szyi lub piersi człowieka
pogrążonego w głębokim śnie i wyrywać duszę strzępami, zdobywać na
chwałę najważniejszego. Ochłap za ochłapem, smakować gorycz wspomnień,
zmarnowanych okazji i nieodpuszczonych grzechów.
Każda śmierć, przerażenie czy przebudzenie w poczuciu ohydnej
niemocy, niemożności choćby kiwnięcia palcem, były w istocie diabelskim
psim przedszkolem. Treningiem dla ogarów, które – gdy dojrzały – mogły zabijać,
ścigać dusze, odszukiwać artefakty albo nawet walczyć z Jasnością.
Dlatego Anioły nie znały litości dla piekielnych szczeniąt.
Skowyt unicestwianych potworów niósł się przez warstwy rzeczywistości, sięgał
do samego dna Piekła, jednak nie wzbudzał ani litości, ani żalu, co najwyżej
znużenie, czasem złość. Z każdego lęgu i tak mógł przeżyć tylko jeden, góra dwa
szczeniaki – najlepsze i żadne inne.
***
Wciąż bezimienny i nienasycony, stąpał po miękkim dywanie
wewnątrz pogrążonego we śnie domu. Właśnie rozszarpał kolejną duszę, nie umiał
policzyć, czy było ich wszystkich kilkadziesiąt, a może już kilkaset?
Nim jednak wydostał się z ziemskiej warstwy postrzegania,
skusił go zapach dotąd nieznany, a jednocześnie nieobcy. Dochodził, tak jak
dźwięk rytmicznego oddechu, z pomieszczenia na parterze budynku.
Skoro ciekawość była pierwszym stopniem, szczeniak nie mógł
się jej oprzeć. Zajrzał do pokoju, choć trop nie wskazywał niczego naprawdę
obiecującego.
Na małym łóżku spał spokojnie mały człowiek. Tylko tyle. Żadnej
nienawiści ani krzywd. Zamiast nich coś znajomego, ale nie z polowań, z wnętrza
– z siebie.
Ogar przyjrzał się chłopcu z ukrycia. Rozbłysły złote oczy,
rozjarzyły się płomienie, nie paląc jednak ani podłogi, ani niczego innego, z
czym się zetknęły. Poza duszami oczywiście.
Instynkt podpowiadał, by zrobić to, co zawsze, najlepiej
szybko, bez zawahania, choć nic nie pasowało do wyuczonego schematu. Mimo to,
magia przycisnęła szczenię do działania. Z cichym szczeknięciem stwór
wycelował, skoczył i wylądował na piersi dziecka.
Płomienie wybuchły jaśniej, kradnąc człowiekowi oddech. Serce
dudniło zbyt prędko, dusza szarpała się w bezsensownej walce. Naraz, gdy miało się
skończyć, chłopiec otworzył oczy. Nie zamigotał w nich strach, nie pojawiło się
błagalne spojrzenie ciągnące za sobą smród tchórzliwej modlitwy. Nie, to było
zrozumienie i… radość.
– Piesek – wykrztusiło dziecko. – Marzyłem o tobie właśnie –
szepnęło słabo. – Będziesz moim przyjacielem? – pytało na granicy zgaśnięcia na
zawsze.
Następnie, choć nie powinno móc tego zrobić, uniosło rączkę i
pogłaskało czarną, smukłą szyję piekielnego psa. Tak po prostu.
Wypełniła się pustka. Zapełniła się po brzegi i rozlała,
ponad rozkazem czy głodem. Czystość tej duszy, wzajemna tęsknota za akceptacją
stały się sensem.
Szczenię powoli zeszło na pościel, ułożyło się obok dziecka. Nie
zasnęło – zło nie zasypia. Warknęło cicho, obnażając długie, białe jak śnieg
kły. Czekał, aż przyjdą jego bracia i siostry, by odebrać mu to, co
odszukał przez przypadek.
Będę cię pilnować,
przyjacielu,
obiecywał. Jestem przyjacielem,
zrozumiał.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.