Szarpnął ją za warkocz.
Wykrzywiła się i pisnęła, więc pociągnął mocniej.
– Nie lubię się z tobą bawić –
stwierdził.
Popatrzyła na niego ufnie,
jednocześnie z oddaniem i współczuciem. Nie próbowała się uwolnić, nie
narzekała. Nawet podniosła rękę, próbując dosięgnąć bladego policzka chłopca.
Chociaż byli rówieśnikami, sięgała mu zaledwie do ramienia. Górował nad nią nie
tylko wzrostem, ale także siłą, co zresztą często podkreślał.
– Oni nie chcą się z tobą bawić,
a ja tak – szepnęła.
Prawda sprowokowała go do
kolejnego szarpnięcia za włosy. W zielonych oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
Za to jego – szare – pozostały zimne i obce. Zacisnął wąskie wargi, napiął
plecy.
Złościł się, kiedy przypominała
mu, że wszystkich przeraża. Nie skomentował tego, co powiedziała. Prychnął
lekceważąco, po czym odepchnął ją tak, że zachwiała się i upadła. Nie próbował
jej podnosić, nie przeprosił. Tylko obserwował, jak wstała z trudem, otrzepując
prostą beżową sukienkę z piachu i brudu.
– Jesteś beznadziejna – burknął.
Podniosła głowę i splotła dłonie
przed sobą, zanim odpowiedziała:
– Ale cię kocham – przyznała.
Uśmiechnęła się delikatnym
uśmiechem kogoś, kto wie więcej.
– Chociaż ty siebie
nienawidzisz, bracie – przypomniała cichym, łagodnym tonem.
Wykrzywił się w tak dobrze
znanym jej grymasie, prawie drżał z wściekłości. Ruszył do przodu, nim zdążyła
zareagować. Uderzył ją z całej siły w klatkę piersiową, a nim ponownie upadła,
zacisnął pięści na przodzie sukienki. Jego blade, długie palce wpijały się w
materiał, który – ściągnięty pod szyją – utrudniał dziewczynie oddychanie.
– Skończ! – rozkazał. – Nie chcę
tego słuchać – wrzeszczał, a kropelki śliny spadały na jej twarz.
Znów nie próbowała mu oddać.
Gdyby go uderzyła, byłoby tylko gorzej. Obserwowała, jak ciężko oddycha,
szukając możliwości wybrnięcia z sytuacji. Jego twarz stężała, aż w końcu
powoli rozluźnił chwyt. Żeby nie upaść kolejny raz, przytrzymała się ramienia brata.
Nie strząsnął jej ręki z siebie, nic nie powiedział. Z zamkniętymi oczami,
z opuszczoną głową, próbował zaakceptować fakt, że nikt poza nią nigdy nie
będzie chciał się z nim bawić. Nigdy – jak wyrok bez możliwości odwołania.
Kiedy zyskała pewność, że jego
wściekłość wyparowała, podeszła bliżej. Opuściwszy ręce wzdłuż boków, wspięła
się na palce.
– Kiedyś znajdę właściwą osobę,
bracie – wyraźnie akcentowała każdy wyraz. – I wtedy już nigdy nie będziesz
musiał się ze mną bawić – obiecała.
Coś w jej głosie kazało mu
wierzyć, że dotrzyma słowa. Może właśnie pod wpływem tej pewności, ledwie
muskając, drżącymi palcami pogłaskał ją po włosach.
– Okaże się, siostro. – W
szarych oczach na ułamek sekundy zamigotała nadzieja.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.