Część cyklu, wydarzenia wpisują się w to, co przedstawione w serialu (sezon piąty) oraz moim Przekleństwie.
Castiel upada i, chociaż nie żałuje decyzji, która
doprowadziła go do tego stanu oraz punktu na mapie wydarzeń, jednocześnie boi
się, co będzie dalej. Strachem napawa go możliwość, że Dean się załamie,
a Sam doprowadzi świat do zagłady wraz z hordą lojalnych wojowników Pana
zbyt ślepych, by dostrzec, że pewne zasady uległy przeterminowaniu.
Boi się własnej nieuchronnej słabości, drży na myśl, jak
bardzo stanie się bezużyteczny. Ciężar tej obawy jest doskonale wyczuwalny i
już od dawna ciągle obecny gdzieś w plątaninie myśli.
Anioł, marnując resztki przeciekającego mu przez palce czasu,
skoro na Boga nie może liczyć, koczuje w pobliżu motelu. Obserwuje Impalę.
Samochód jest nieruchomy, jego potężny silnik milczy, jednak Cas doskonale wie,
jak obaj Winchesterowie odnoszą się do tego szczególnego dla ich rodziny auta.
Nagle uwaga anioła zostaje rozproszona. Zza jego pleców daje
się słyszeć wściekłe miauknięcie, szamotaninę, której towarzyszy przerażony pisk
jakiegoś niewielkiego ptaka. Zanim dziki kocur wykończy ofiarę, Castiel
interweniuje. Nie powinien zaburzać porządku rzeczy, ale uczy się życia od
łowców, od Deana.
Jednym ruchem skrzydeł przenosi się kilkanaście metrów do
tyłu. Drapieżnik ucieka spłoszony, sycząc ostrzegawczo, a anioł podnosi rannego
ptaka. To samiec dymówki amerykańskiej. Ma intensywnie niebieski grzbiet w
pięknym kobaltowym odcieniu oraz rudą głowę i pierś – teraz uwalaną krwią,
płynącą z dwóch głębokich ran. Zwierzę cechuje znajoma rezygnacja, jak również ujmujący
blask, pulsujący zgodnie z szaleńczym biciem niewielkiego serca. Jaskółka
chciałby po prostu odlecieć. Castiel czuje i rozumie to pragnienie
bardziej, niż są w stanie wyrazić jakiekolwiek słowa. Ptak cicho kwili,
zamknięty w drżących dłoniach Casa, a jego krew przecieka między palcami
anioła.
Dymówka nie jest Deanem.
Zagajnikowi za motelem daleko do Piekła.
Castiel stanowi cień samego siebie.
Podejmuje decyzję w ułamku sekundy, zanim szok i upływ krwi
zabiją ranne stworzenie. Anioł sięga w głąb siebie, czerpie całą Łaskę, która
mu jeszcze została, po czym wpycha jej część w kruche, upierzone ciałko.
Uzdrowienie jest natychmiastowe, a jego efekt zupełnie przewidywalny. Ptak
podnosi się, kilka razy trzepie czystymi, sprawnymi skrzydłami, jakby
sprawdzając, czy na pewno zostały porządnie naprawione, po czym odlatuje, szczebiocząc.
Tak, Cas niczego nie żałuje.
Musi usiąść na ziemi, bo to, co zrobił przed momentem, choć
wydaje się błahe, na chwilę pozbawia go tchu. Zauważa dwie małe plamki krwi na
rękawie swojego płaszcza, przesuwa po nich czubkiem palca. Nie znikają, chociaż
dłonie znów ma nieskazitelne. Przynajmniej w tym dosłownym sensie, innego nie
ma siły roztrząsać.
Dymówka z głośnym świergotem nadlatuje z góry, mija policzek
swojego wybawcy o milimetry. Okrąża głowę anioła, skubie dziobem
rozczochrane, ciemne włosy, aż Cas rozumie i pozwala sobie na wybuchnięcie
śmiechem. Zupełnie nieadekwatnym do apokalipsy czy własnego upadku. Gdy Castiel
milknie, ptak wiruje nad nim w dzikim, ekstatycznym tańcu, aż w końcu oddala
się i jego cień z charakterystycznymi, wydłużonymi sterówkami na ogonie, staje
się niedostrzegalny nawet dla napędzanych Łaską bystrych oczu.
Anioł siedzi na ziemi, podkula kolana pod brodę, otula się
połami płaszcza i myśli, że niedługo sam wzniesie się po raz ostatni. To go
przygnębia, ale obiecuje sobie, że póki zostanie w tym wszystkim choć gram
sensu, poleci… Nawet ze złamanymi skrzydłami.
0 Opinia:
Prześlij komentarz
Wzbij słowami pióra, wzrusz, wścieknij. Wszystko, co konieczne.